niedziela, 26 lutego 2017

Szymon Majewski: Okulary na drzewie z widokiem na rzekę

Felieton Szymona Majewskiego:


Szymon Majewski: Okulary na drzewie z widokiem na rzekę

Czyli o tym, jak drugi raz pożegnałem się z Mamą…

Gdy zmarła moja mama, przez długi czas nie lubiłem chodzić na cmentarz. Grób rodzinny przykryty kamieniem, choć piękny, nigdy nie chciał mi się kojarzyć z brakiem obecności mamy. Denerwował mnie ten rytuał stawiania zniczy, kładzenia kwiatów, nie lubiłem tego, bo oznaczał dla mnie pogodzenie się z faktem odejścia mamy. Nie chciałem przyjąć, że Ona spoczywa tu gdzieś pomiędzy blokami.

Chciałem ją „pochować” na swój sposób, tak bym mógł swoje myśli kierować gdzieś indziej, w miejsce miłe i ważne dla niej. Dlatego zrobiłem coś innego, coś tak bardzo mojego, co pozwoliło mi mieć swoje magiczne miejsca związane z mamą i z pamięcią o Niej.

Od powojnia moja rodzina na wakacje jeździła do Ulanowa i na Zwolaki. Ulanów to miłe miasteczko w widłach Tanwi i Sanu, Zwolaki to mała miejscowość obok, położona w Lasach Janowskich. Mieszkała tam nasza ciocia Cyrylla Nowak, czyli ciocia Cyrysia. Wszystkie wakacje spędzaliśmy tam, bywało, że siedziałem u niej nawet dwa miesiące z dziadkiem, a mama czasami przyjeżdżała na trzy tygodnie. Uwielbiała to miejsce, piękne polany na rzeką Tanwią, dziewanny, pola i las. Mama w zasadzie kochała każdy las, ale ten ulanowski najbardziej. Tam zawsze odpoczywała i ładowała baterie na kolejny tok, jak to mówiła „słodkich zmagań“

Dlatego latem, kilka miesięcy po jej śmierci, zabrałem parę jej rzeczy i razem z moją rodziną i Jaśkiem, przyjacielem mamy, który był z nią przez ostatnie lata, pojechaliśmy do Ulanowa.

 
Jej czapkę zawiesiłem wysoko na drzewie, wspiąłem się tam z bratem Karolkiem. Czapka zawisła na sośnie, parę metrów nad ziemią w Dolinie Wilczego Kła, tak to miejsce nazwał dziadek, a ja nawet to lubiłem, bo zawsze wydawało mi się takie indiańskie, jak z książek Maya.

Okulary mamy, przyczepiłem na drzewie, ale już nad Tanwią, żeby mogła sobie popatrzeć na rzekę, którą tak kochała i na most między Zwolakami a Dąbrówką, gdzie chodziła, żeby popatrzeć na zachód słońca.

Jej zegarek, który jeszcze chodził, przypiąłem do pnia drzewa na wysokości paru metrów, żeby odmierzał czas Księżycowej Polanie [to kolejna nazwa dziadka]. To było miejsce, gdzie często jeździliśmy rowerami na pikniki.

Niedaleko był stary most, w jego poręczy nad strumykiem schowałem kalendarzyk mamy, ostatni kalendarzyk z zaznaczonymi datami, godzinami spotkań itp. Zapakowałem go do słoika i wepchnąłem dość głęboko, żeby został tam na lata.

A buty mojej mamy spłynęły Tanwią do Sanu, a potem do Wisły. Lubię marzyć, że płyną dalej i że zwiedzają świat.

Cały czas rodzinnie monitorujemy te miejsca. Czapka mamy ciągle wisi w koronie drzew, a najfajniejsze jest to, że ptaki zrobiły sobie w niej gniazdo i co roku rodzą się młode. Kalendarz został na moście, ale niestety nie mogliśmy znaleźć zegarka mimo, że zaznaczyłem drzewo. Okulary też zniknęły, może zardzewiały i spadły, gdy wiał wiatr na Tanwią.

Wierzę w to, że to są jej miejsca, jej ślady i jak myślę o niej to widzę spokojną Tanew i las, który kochała.

Szymon Majewski

czwartek, 23 lutego 2017

Radioklinika o smogu i roślinach domowych


Radioklinika opublikowała ciekawy artykuł pod dużo obiecującym tytule:


Temat na czasie, gdy ciągle walczymy za smogiem, a dodatkowo zafundowano nam w Polsce masową wycinkę drzew.

Na początek artykułu - wprowadzenie:

Doskonale wiemy, jakim powietrzem oddychamy żyjąc w dużych miastach i miasteczkach. Ostatnie informacje w mediach wręcz „trąbiły” na temat smogu. Był on jednym z głównych tematów, które mogliśmy usłyszeć w miejscach publicznych.

Jedni twierdzą, że to sprawa wykreowana przez media jak jedna z wielu, dla innych to problem teoretyczny (słynna wypowiedź Ministra Zdrowia), inni zaś zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. Uważają smog za poważny problem społeczny, który powoduje wiele problemów zdrowotnych i jest pośrednią przyczyną zgonów.


Europejska Agencja Środowiska alarmuje, że z powodu chorób związanych z wysokimi zanieczyszczeniami powietrza, w naszym kraju umiera 45 tysięcy osób w skali roku. To kilkanaście razy więcej niż w wypadkach samochodowych…

Zachęcam do zapoznania się z pełnym tekstem artykułu "Smog | Jak stworzyć przyjazny mikroklimat we własnym domu?", tym bardziej, że w dalszej części autorka - Monika Dubicka, prezentuje nam 10 roślin domowych, które oczyszczą nam powietrze w mieszkaniu.

I na koniec artykułu - wezwanie, aby nie przesadzać!



poniedziałek, 20 lutego 2017

Ewelina: Dlaczego zepsute jedzenie jest najzdrowsze?

Wiadomość od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:

Witaj,

Dziś temat nieco szokujący jak na dzisiejsze czasy. (...)

Kto powiedział że zdrowe jedzenie to tylko i wyłącznie świeże, surowe produkty? Przewrotne pytanie, nieprawdaż?

Dzisiaj z każdej strony jesteśmy niemal bombardowani informacjami, żeby przejść na dietę ściśle surową (raw), wegańską surową (wegan raw) lub drastycznie ograniczyć produkty tak zwane przetworzone.

Nic dziwnego, że stwierdzenie że zepsute jedzenie jest dla Ciebie najzdrowsze, wręcz staje się lekiem, wydaje się niedorzeczne.

Jednak sprawa nie jest taka prosta jak się wydaje. Rzeczywiście, surowa dieta bogata we wszystkie składniki odżywcze jest bardzo zdrowa i nie mam jej nic do zarzucenia.

Jednak organizm długo się przestawia na taki styl odżywiania, przystosowuje wszystkie narządy do pracy, musi wyprodukować jednych enzymów trawiennych nagle więcej, innych mniej.

Przede wszystkim jednak jesteśmy bardzo złożonym organizmem, w naszym przewodzie pokarmowym i rozrodczym znajduje się wiele rodzajów flory bakteryjnej, która wspomaga procesy trawienne, jej odpowiedni poziom gwarantuje odpowiednie ph poszczególnych rejonów ciała. (...)

Osłabienie organizmu spowodowane wysiłkiem, trudnościami życiowymi, przewlekłym stresem, obecność antybiotyków w jedzeniu lub też przyjmowanie antybiotyków lub nawet ziół o działaniu antywirusowym (czystek, wrotycz) w dużym stężeniu i ilości, powoduje nie tylko usunięcie wirusa ale też innych, nie tak silnych przecież bakterii i mikroorganizmów.

Objawia się to w postaci biegunki, wysypów skórnych, miejscowych drożdżyc, u kobiet w okolicach intymnych. Bowiem utrata tych dobrych bakterii powoduje rozrost drożdżaków, którymi bakterie się żywią.

I wtedy właśnie z pomocą przychodzi nam wspaniały sprzymierzeniec - „zepsute jedzenie”!

Tak, właśnie proces fermentacji i rozkładu powoduje powstanie środowiska i odczynu sprzyjających  rozwijaniu się tych małych mikroorganizmów, które działają na nas zbawiennie i leczniczo. To nie przypadek, że u naszych babć pełno było przetworów typu kapusta kiszona, ogórki kiszone, zsiadłe mleko, kefir.



Teraz dochodzą do tego towarzystwa jeszcze jogurty, dla których hoduje się specjalne kultury bakterii jogurtowych, sery pleśniowe, długo dojrzewające itp.

Mało tego, w sklepach można kupić specjalne zestawy do hodowli tych bakterii jogurtowych i samemu produkować jogurty, przy okazji zwiększając swoją świadomość, czym jest jogurt.

Zauważ że wszystkie te wyżej wymienione produkty zawierają ogrom witamin z grupy B, a także właśnie te probiotyczne bakterie.

Polecane są właśnie na zimę - kiedy nie mamy dostępu do zbyt dużej ilości surowych warzyw i owoców rodzimie produkowanych. Natura wie co robi - w zimie bowiem potrzebujemy więcej tych probiotyków - wcale nie w formie sztucznych kultur bakterii w postaci tabletek czy sztucznie doprawianych jogurtów.

Nasz organizm jest cudownym, żyjącym laboratorium, w którym te bakterie same się namnażają do właściwego poziomu, wystarczy mu regularnie dostarczać wraz z kiszonkami, kefirami, zsiadłym mlekiem małe ich ilości.

Ilości wyprodukowane w sposób naturalny - nie chcemy przecież faszerować się chemią - bo po co, skoro mamy tak cudowną naturalną aptekę w zasięgu ręki (i to za grosze!)

Jak widzisz natura zna odpowiedź na każde pytanie i każdy problem. Warto sięgać po naturalne probiotyki - zepsute jedzenie górą!

Dobrego dnia Ci życzę i zdrowia!
Ewelina 

niedziela, 19 lutego 2017

Szymon Majewski - Człowiek Śmiechu

Felieton Szymona Majewskiego.


Szymon Majewski - Człowiek Śmiechu

Czyli jak cię widzą, tak cię piszą.

Było to parę lat temu, jadę taksówką, akurat rozmawiam przez telefon, taksówkarz z zaciekawieniem patrzy na mnie, gdy kończę spogląda i mówi:

- Wiedziałem! Cały on, cały pan! Nic pana nie rusza. Po prostu wesoły człowiek.

Spojrzałem na niego. Miałem dwie możliwości, albo powiedzieć jak jest albo powiedzieć jak nie jest, czyli potwierdzić fakt, że spotkał uśmiechniętą kalkomanię. Trasa była krótka, więc wybrałem drugą opcję:

- Jasne, ma się rozumieć!

Taksówkarz wyraźnie zadowolony, że utwierdziłem go w tym jak zręcznym jest psychologiem, na pożegnanie przybił mi piątkę i odjechał.

A gdybym powiedział tak:

- Wie pan, teraz się śmieję, bo rozmawiam z kolegą, ale mam stany depresyjne od lat, mam też nerwicę lękową, oczywiście staram się sobie radzić, ale bywa różnie. Dużo siły daje mi rodzina, żona i dzieci, ale przez długi czas nie mogłem sobie poradzić po śmierci mojej mamy, chodziłem na terapię, leczyłem się farmakologicznej, nie potrafiłem też za bardzo poradzić sobie z presją zadań, które miałem, prowadząc tak duży program. Miliony widzów, tysiące oczekiwań, ciężar sławy, który była dla mnie za duży. Chciałem dać siebie wszystkim, a gdy już zacząłem, nie miałem siły postawić granic, a czułem że muszę. Gdy moja mama zaczęła chorować, jeździłem do niej do szpitala już z postawionymi włosami do programu, w kolorowych ciuchach. Wychodziłem ze szpitala, by za pół godziny bawić widownię i Polskę lub latać po ulicach jako Ącki. Mogłem być częściej w domu i nie byłem, za to też mam do siebie żal. I wie Pan, w końcu po wielu latach terapii powoli zacząłem z tego wychodzić, z dnia na dzień brałem coraz mniejszą dawkę leków. Aż w końcu, wziąłem już ostatnią pigułkę i tego dnia… spaliło nam się mieszkanie.

Żeby tego było mało w tym czasie, w przykrych okolicznościach rozstałem się z firmą, z którą pracowałem wiele lat, a potem z drugą.

Ale tak, proszę pana, jestem szczęśliwy, bo mam kapitalną rodzinę i pracę, która jest źródłem radości i satysfakcji. A uśmiecham się dlatego, bo zadzwonił do mnie mój przyjaciel, który zawsze jest w stanie mnie rozśmieszyć…

O już chyba jesteśmy na miejscu.


Szymon Majewski

czwartek, 16 lutego 2017

Co z tym ryżem?


Tomasz Kobosz z Medexpressu, opierając się na informacjach BBC News, publikuje ciekawy artykuł, o zawartości arsenu w ryżu.
Warto z tym tekstem się zapoznać:


Ryż staje się coraz bardziej popularny na europejskich talerzach. Co trzeba wiedzieć o zawartości związków arsenu w białych ziarenkach?

Związki arsenu (najczęściej jako kwasy arsenowy i arsenawy) występują naturalnie w wodach gruntowych. Arsen jest jednak toksyczny - w Unii Europejskiej ma on status substancji rakotwórczej.

W krajach o szczególnie wysokim poziomie zanieczyszczenia wód związkami arsenu (np. Bangladesz) mówi się o „pełzającej epidemii” nowotworów, chorób serca i zaburzeń rozwojowych, których przyczyną jest właśnie arsen.

Pierwiastek ten, jako składnik gleby i wód gruntowych, przenika praktycznie do wszystkich roślin, jednak w większości przypadków jego stężenie w pokarmach pochodzenia roślinnego jest znikome.

Wyjątkiem jest ryż. Ze względu na sposób jego uprawy (jako roślina wodolubna przez większą część okresu wegetacyjnego ryż musi rosnąć w płytkiej wodzie) jego ziarna zawierają 10-20 razy więcej związków arsenu, niż ziarna zbóż uprawianych „na sucho”. Czy to jednak dla konsumentów wystarczający powód do niepokoju?



- Wpływ arsenu na organizm jest zależny od dawki, dlatego można się tu posłużyć analogią do palenia papierosów - im więcej, tym większe zagrożenie. Kilka porcji ryżu tygodniowo z pewnością nie zaszkodzi osobie dorosłej - tłumaczy w rozmowie z BBC News prof. Andy Meharg z Queen's University w Belfaście, specjalista od wielu lat zajmujący się arsenem.

Jednak, jak uważa prof. Meharg, [w Wielkiej Brytanii] potrzebne są regulacje prawne, które w jakiś sposób chroniłyby osoby, w których diecie znajdują się znaczne ilości ryżu, a szczególnie odżywiane w taki sposób dzieci (chodzi tu także o ryż przetworzony, np. różnego typu ryżowe „chrupki”, chętnie zjadane przez najmłodszych).

- Nie od dziś wiadomo, że związki arsenu u dzieci wpływają niekorzystnie na rozwój układu immunologicznego, proces wzrostu oraz na rozwój intelektualny - dodaje prof. Meharg.

Konsumenci mają jednak wpływ na to, ile arsenu trafi do ich organizmów wraz z ryżem. Bardzo wiele zależy tu bowiem od sposobu jego gotowania. Jak radzi prof. Meharg, najmniejsze stężenie związków arsenu uzyskamy, jeśli przed ugotowaniem pozostawimy ryż przez noc w wodzie (500 ml wody na 100 g ryżu), następnie wylejemy ją, zastępując świeżą. Poziom arsenu w potrawie będzie wtedy o 80 proc. niższy, niż przy klasycznym gotowaniu, kiedy niemoczony wcześniej ryż pochłania całą wodę.

Jeśli na moczenie ryżu nie ma czasu, poziom toksycznych związków można nieco obniżyć gotując go po prostu w bardzo dużej ilości wody (proporcje 5:1).






Najczęściej nie znamy kraju pochodzenia ryżu, który spożywamy, a na pewno nie znamy stopnia zanieczyszczenia gleby i wód gruntowych w miejscu uprawy.
Tym bardziej pamiętajmy o pozostawianiu na noc ryżu w wodzie, oraz o gotowaniu w dużej ilości wody!