niedziela, 17 września 2017

Szymon Majewski: Spowiedź pantofla!



Czyli życie towarzyskie kontra życie rodzinne.

Siedzę z moim kolegą, świeżo upieczonym na wolnym ogniu mężem, ja po ślubie trzy tygodnie, on dwa miesiące. I on nagle:

„Wiesz, że lubię piłkę, wiesz, że lubię? Gram pięć razy w tygodniu, proszę ja ciebie, grałem przed ślubem, i chcę grać po ślubie, ale Agata mówi, że to przesada, że powinienem, rzadziej grać! O nie, nie dam sobie wejść na głowę! Nie!”.

To mówił gość, który właśnie, ot dał sobie wejść na głowę, ba! Wziął sobie dopiero co na głowę cały świat. „Nie dam sobie wejść na głowę” – mówi mąż, który ma właśnie dziecko w drodze, mieszkanie w drodze, pracę w drodze. On myślał, że będzie tak sam jak było w liceum!?

Nie będzie, kochani! Nie będzie! Będzie daleko od liceum! Sami to sobie wychodziliście i cudownie wyrandkowaliście!
Kiedy sadziłem w podskokach na randkę z moją szczupłonogą przyszłą żoną, wiedziałem, że już jestem zakochany po uszy, ale nie wiedziałem, że oto biegnę z kwiatami na spotkanie totalnej zmiany!

Totalnej zmiany mojego życia.

Bo gdy rok później, a tak to się potoczyło, odcinałem pępowinę mojej córki Zosi (w myśl zasady, jestem przy zapłodnieniu, to jestem i przy porodzie) to zaczynałem całkowicie inny film. Kiedy zostajesz młodym ojcem, to jakby z filmu romantycznego wskoczyć do przygodowego filmu drogi z elementami science fiction!





Gdy dzieciak ma kolkę, żona migrenę, garnek kaszkę, a mleko kożuch to nie ma żadnych kompromisów. Tu jeńców nie biorą. I gdzie tu czas na to, żeby grać z kolegami w karty albo piłkę!?

Chyba w jakimś innym Matriksie?! Nie ma takiej rzeczywistości, bo jeżeli kochasz to pomagasz, to jesteś w tym po uszy.

Dlatego gdy kolega powiedział mi o tym, że skoro grał pięć razy w tygodniu i nie chce z tego zrezygnować, to wiedziałem, że jak życie go nie zmieni to zmieni go… żona. Na innego.

Oczywiście, warto wtedy usiąść przy okrągłym (lub jak kto woli kwadratowym) stole i ustalić te przestrzenie bycia dla siebie. Ponegocjować i wyjdzie pewnie z tego, że panowie raz lub dwa razy w tygodniu wyjdziecie na piłkę. Jak będziecie mieli siły. Ja nie miałem. Nasze mieszkanko na Ursynowie (30 m kw.) dzieci latające w kółko, garnki nad stołem, chodziki pod stołem, koparka Antosia nad głową, a ja próbowałem pisać coś do radia jedną nogą bujając wózek z Zosią.

Żeby dzieci się choć wyszalały i wyprodukowały cudowne megadżule energii, wypuszczałem je na korytarz. Cudowni sąsiedzi godzili się na to. Ja siedziałem pisząc na kartce, Zosia i Antek robili kilometry od kaloryfera do okna.

Ja po prostu nie miałem kiedy wyjść. Zniknąłem z towarzyskiej rozkładówki na parę lat. Przez kolegów zostałem namaszczony na PANTOFLA!

Bo koledzy byli na mnie źli, a ja rzeczywiście wrosłem w tapetę i boazerię domową.



Często ten czas dla młodego ojca to rozterka pomiędzy byciem „menem” czy „pantofelmenem”.

Tak, jestem, byłem zdeklarowanym pantoflem! Wsuwką, wkładką, sandałem. Sandałem, półbutem i kaloszem.

A może bardziej dziecięcym bucikiem. I choć może, nie zaliczyłem paru bankietów i nie wytarłem paru trotuarów – jest mi teraz z tym dobrze bo byłem w każdym „kaszkowym” momencie życia moich dzieci.

A teraz za to sobie odbijam! Po pięćdziesiątce. Wychodzę w piątek o 20.00 i wracam o 23.00. Czasem nawet o 23.15.

Szymon „Pantofel” Majewski




poniedziałek, 11 września 2017

Ewelina: Małe kolorowe perełki, a zdrowsze niż...




Czerwone porzeczki i Ewelina Drela z Mapy Zdrowia




Witaj,

Jak mija Ci kolejna ciepła, letnia niedziela? Mam nadzieję, że odpoczywasz, leniuchujesz i ładujesz baterię na kolejny, niesamowity tydzień. (...) :)

Dzisiaj opowiem Ci pewną zabawną historię. Przypomniała mi się, kiedy wczoraj wyszłam do ogrodu zebrać owoce. Miałam kiedyś psa. Berneński pies pasterski, wabił się Bachus. Jeśli nie jesteś miłośnikiem psów, podpowiem Ci, że Bachus to było niecałe 80 kg miłości i radości.

Prawdziwy, wierny przyjaciel, na którego można było zawsze liczyć. Ale to nie był tylko futrzasty kumpel. To był naprawdę mądry pies.

Można było się z nim powygłupiać, ale też bronił, kiedy zbliżał się ktoś niepożądany. Ale to jeszcze nie wszystko.

Kiedy przychodziło lato i dojrzewały owoce, zaczynał się bachusowy czas. Jedne lubił bardziej, inne mniej. Największą sympatią obdarzył krzaki... czerwonej porzeczki. Opierał się o nie przednimi łapami i zębami zeskubywał owoce. 



Widok był komiczny, a po jego interwencji na krzaku zostawały tylko puste łodyżki po owocach. To był mądry pies. Porzeczki to jedne z najzdrowszych owoców, jakie dała nam matka natura.

Tak, zgadłeś. Właśnie przyszedł sezon na czerwone porzeczki. U mnie już dojrzały. Nie powstrzymałam się i krzak wczoraj opustoszał. Miałam robić dżem. Niestety, na dżem zabrakło.

Pewnie zastanawiasz się, co tak zdrowego jest w tych małych, perłowych koralikach? Pewnie się zdziwisz.

Od mniej więcej XVI wieku czerwone porzeczki zalecane są jako lekarstwo osobom cierpiącym na dolegliwości żołądkowo-jelitowe, choroby układu krążenia czy reumatyzm. Żołnierze i rycerze stosowali je do leczenia trudno gojących się ran, a panny wywabiały nimi piegi.

Jeśli cierpisz na nadciśnienie, czerwone porzeczki są w sam raz dla Ciebie. Duża zawartość potasu i witaminy PP pomaga obniżać i stabilizować ciśnienie krwi. 



Porzeczki zawierają pektyny, czyli rozpuszczalny błonnik. Dzięki temu wspomagają pracę jelit i dbają o rozwój zdrowej flory jelitowej. Są więc wspaniałym uzupełnieniem tych ziarenek. Zaleca się je również osobom cierpiącym na schorzenia wątroby lub zgagę, ponieważ pomagają regulować soki trawienne i łagodzą dolegliwości.

Już teraz wiesz, czemu moje porzeczki nie doczekały się dżemu? Może to lepiej, wyjdzie na zdrowie.
 

Dobrej niedzieli,
Odpoczywaj,
Ewelina



niedziela, 10 września 2017

Szymon Majewski: Pokochać i polubić, jak się nie da pewnych cech zgubić


Na początku byliśmy dla siebie jednym, cudownym słodkim deserem. Próbowaliśmy się na wszelkie sposoby i zawsze nam smakowało. Nie byliśmy w stanie się od siebie oderwać, cudownie spalane kalorie miłości nigdzie się nie odkładały.

Bywały jednak momenty, gdy myślałem: „Rany gościa, to tak już na zawsze?!”.

Jakby, kurczę, nie było, to żenimy się przecież z… obcym człowiekiem!

No tak, całkowicie obcym, to znaczy znamy go czasem dłużej lub krócej, ale w sumie to jednak ktoś z innej gliny, z innym zespołem cech i zagadek, które będziesz odkrywał dopiero po ślubie…

Bo zakochując się w kimś, zakochujesz się trochę w… sobie samym, w swoich emocjach, w swoim wyobrażeniu tej drugiej osoby. Malujesz w głowie jej piękny obrazek.

I nagle po latach, kiedy uleci różowa mgiełka zauroczenia, dostrzegamy, że druga osoba to… druga osoba, czyli inna życiowa jednostka ze swoimi własnymi granicami. I nagle obrazek zaczyna się rozjeżdżać z rzeczywistością, wypada nam z ramek.

Pierwsze, co mnie zdziwiło, to to, że moja żona Magda powoli je, a przez jakiś czas wydawało mi się, że je tak jak ja, czyli szybko. Co ciekawe, moja żona mówi, że ją po pewnym czasie zaczęło denerwować, że ja jem… za szybko.

Po jakimś czasie również dotarło do mnie, że moja kochana żona nie mówi za dużo. Jej z kolei obserwacje były zgoła odwrotne, otóż że ja mówię non stop.

Dziwne, jak ja tego przed ślubem nie zauważyłem? No jak? Musiałem, mówiąc bez przerwy, mówić też za nią. Co ciekawe, swoim kolegom opowiadałem, że spotykam się z dziewczyną, która ciągle mówi!

Miłość jest cudownym okulistą, który w zakładzie ma tylko różowe szkła.

Kiedyś szliśmy gdzieś z żoną, gdy nagle zorientowałem się, że ona jest gdzieś daleko w tyle, spytałem:

- Dlaczego tak wolno idziesz, coś się stało?

- To nie wiesz, że ja całe życie podbiegałam?

I to jest kluczowy moment - trzeba przestać podbiegać i zacząć iść po swojemu!

Myślę, że wiele par - widząc, że miłość ich życia idzie w innym tempie, je głośno, pompuje kolanem pod stołem - przeżywa coś na kształt zdrady, rozczarowania. Jak to? - ten cudowny obłok, ten boski kształt, który jest moją żoną, idzie powoli?

Albo ten mój rycerz spiżowy, który przyjeżdżał do mnie na rowerze pod dom, teraz pompuje nogą pod stołem i ciurka zupą?!



Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy nagle zauważyłem, że moja żona lubi sobie pospać - nie wstaje jak skowronek i leśny skaut, jak ja miałem w zwyczaju. Był to dla mnie szok! Zauważyłem to rok po ślubie. Jak tego mogłem nie widzieć, skoro znaliśmy się tyle lat? Otóż tak ją kochałem, że wstając rano sam, miałem wrażenie, że ona też ze mną wstaje. Ba, nawet mi się wydawało, że robi mi kawę.

Ona z kolei, co mi potem powiedziała, nie mogła zrozumieć, dlaczego nie wycieram rąk, kiedy płuczę je w kuchni, i robię wszystko mokrymi rękami. Nie mogła tego znieść!

I wiecie co? Nic się nie zmieniło. Nadal rano, gdy opłuczę ręce w umywalce, macham nimi, a potem startuję do krojenia chleba. Na szczęście Magda rzadko to widzi, bo oczywiście dosypia…

Nagle zaczęliśmy zauważać pełno rzeczy, a nawet całe zbiory cech, które drażniły nas w sobie i mieliśmy wtedy dwa wyjścia: albo iść z tym do sądu i powiedzieć: „Wysoki sądzie, on pompuje nogą, ona śpi do dziesiątej; on nie łapie moli, ona karze mi je łapać; on nie robi porządków, ona robi je bez przerwy…”, albo to polubić, a nawet pokochać.

I to jest tajemnica sukcesu tandemu zwanego małżeństwem. Pokochać te drobne „ceszki” drugiej osoby, skoro jest nam ze sobą dobrze. Gdy różowe okulary stracą barwę i małżeńskie soczewki miłości zgubią ostrość - pokochać te nasze pompowania nogą i spania do 10-tej.

Pamiętam tę chwilę, kiedy moja żona jakoś strasznie mnie wkurzyła po raz kolejny tym samym gestem, miną i już miałem się zapienić, zbuzować i nagle… Nie wiem, skąd to przyszło, ale polubiłem to…

I lubię do dziś.

A jak mam tego nie lubić, skoro kocham całościowo.

Czego i Wam życzę.




poniedziałek, 4 września 2017

Ewelina: A po czwarte - nigdy się nie poddawaj



Cotygodniowa informacja (inspirująca) 
od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:




Witaj,

Tak sobie myślę - co tydzień próbuję Ci przekazać coś istotnego na temat nawyków żywieniowych i zdrowego stylu życia.

Stosowanie ich wcale nie jest proste - wiem to z własnego doświadczenia. Wiem, że zdrowiej jest zjeść pomidora czy truskawki zamiast lodów i czekolady, wypić wodę mineralną zamiast szklanki coli, czy unikać fast-foodów.

Ale życie jest życiem - czasem zdarzy się wielka ochota na coś słodkiego. Czasem trafi się wypad ze znajomymi na pizzę. Trudno udawać zgreda i zamawiać sałatkę, gdy wszyscy wybierają coś innego. Czasem się udaje, ale nie zawsze. (...)

Pewnie masz tak samo, prawda? No nie mów, że nie zdarza Ci się zgrzeszyć. Nie wierzę.

Nie załamuj się. Drobne przewinienia naprawdę zdarzają się każdemu. Ale też jest na nie sposób.

Warto być gotowym na wyjścia ze znajomymi, kiedy to najczęściej zdarza nam się zarzucać zdrowe nawyki. Po pierwsze - przed wyjściem po prostu się najedz.

Dzięki temu, nawet jeśli głód się pojawi - wystarczy zamówić coś niewielkiego (również dzięki temu mało szkodzącego Twoim nowym nawykom). Dobrze jest też pochodzić po knajpkach i wyszukać takie, w których menu jest choć trochę lepsze.

Daj sobie miejsce na to żeby od czasu do czasu (byle nie za często!) zrobić sobie Dzień Jedzenia Wszystkiego. Raz w tygodniu/raz na dwa tygodnie.

Wtedy z góry przygotowujesz się na to, że może coś nie do końca było zdrowe i nie będziesz się samobiczować za pizzę czy słodycze.

Może też warto powiedzieć swoim znajomym że zacząłeś zdrowiej się odżywiać - ludzie często się tego wstydzą i wolą się tym nie chwalić - może się zdziwisz i do Ciebie dołączą.

Jeśli nie jesteś zwolennikiem jedzenia na mieście i Twoje grzeszki dotyczą wyłącznie podjadania słodyczy albo niezdrowych dań, jak zupki z proszku czy wysoko przetworzona żywność - najczęściej problem jest jeden.

Wychodzisz z domu lub zajmujesz się czymś przez długi czas, atakuje Cię wilczy głód i chcesz go zaspokoić jak najszybciej.

Sięgasz po coś, co jest pod ręką, co można w krótkim czasie przygotować. Najczęściej jest to kostka czekolady, zupka z proszku, słabej jakości wędlina czy czipsy. (...)

Na to też jest rada. Ja na przykład, siadając do pracy, przygotowuję sobie obraną marchewkę i kilka jabłek. Staram się gotować obiad dzień wcześniej, żeby potem nie zapychać się byle czym, kiedy zgłodnieję.

Ale tak naprawdę - to wcale nie jest najgorsze, że zgrzeszysz. To jest pół biedy. Mówi się, że „najtrudniejszy pierwszy krok”. Nieprawda. Najtrudniej jest wytrwać w postanowieniu, zwłaszcza wtedy, kiedy upadasz.

Zatem najczęściej, kiedy zdarzy Ci się odstępstwo od zdrowych nawyków, po prostu porzucasz zdrowe jedzenie. Myślisz sobie, że to już bez sensu. Nic z tych rzeczy. Wtedy to dopiero nabiera sensu.

I po czwarte - nigdy się nie poddawaj. Uzależnienia od niezdrowego jedzenia nie można zwalczyć tak, jak innych złych nawyków. Musisz jeść, dzięki temu żyjesz.

Pamiętaj - to zawsze jest wyzwanie i pokusa. Jedna chwila słabości wcale nie oznacza, że trzeba się poddać. Tu chodzi o Twoje życie i zdrowie.

Dobrej niedzieli,
Ewelina


PS. Nawet jeśli porzuciłeś zdrowy styl życia i oczyszczanie organizmu - spróbuj wrócić do niego. Zadbaj o siebie, o swoje życie i zdrowie. Naprawdę warto.
Masz jeszcze wiele do zrobienia. Nie wymagam cudów - zacznij od prostych rzeczy - oczyść organizm naturalnie i łagodnie, a kiedy Ci się to uda - sam zechcesz się zdrowo odżywiać.



poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Ewelina: Te leki już nie będą Ci potrzebne




Ewelina Drela z Mapy Zdrowia i ziele angielskie




Witaj,

   Jak się miewasz? Mam nadzieję, że upały nie dają Ci się za bardzo we znaki? Mi osobiście dość mocno dokuczyły w ostatnim tygodniu. Ale dzięki temu mam ciekawy temat listu do Ciebie.

   Lato - latem, urlop - urlopem, ale czasami jest tak, Że ból nie wybiera. Pomyśl - jaka jest pierwsza rzecz, którą robisz, gdy czujesz ból? Nauczony przez miliony reklam telewizyjnych i radiowych - bierzesz tabletkę. Byle szybciej przestało boleć. 

   A jeśli to jest - znany wszystkim kobietom - potworny, skurczowy ból brzucha, który czasami czują raz w miesiącu? Ból, który promieniuje do kręgosłupa? Nie pozwala siedzieć, leżeć ani stać. A jeśli to ból brzucha spowodowany chorobą jelit czy żołądka?

   Jeśli kiedykolwiek cierpiałeś na taki ból - dobrze wiesz, o czym mówię. I pewnie równie dobrze wiesz, że człowiek jest w stanie zrobić wtedy wszystko, byle tylko przestało boleć.

   Czasami taki ból brzucha to znak, że jelita domagają się Twojej uwagi i oczyszczenia. (...)

   Czy to bóle miesiączkowe, czy inne - zazwyczaj są spowodowane nadmiernymi skurczami mięśni gładkich.

   Kiedy dopadły mnie w ubiegłym tygodniu, próbowałam wszystkiego - tabletek (których normalnie unikam), picia naparów ziołowych. Nic nie pomagało.

   Był taki moment, kiedy miałam wrażenie, że chyba powieszę się na noc na żyrandolu, żeby nie musieć leżeć. Wtedy przypomniał mi się jeszcze jeden sposób. Spróbowałam bez przekonania.

   Przypomniało mi się, że działanie rozkurczowe miało mieć... ziele angielskie. Spróbowałam.

   I wiesz co?

   Po 20 minutach ból przeszedł jak ręką odjął, a ja zasnęłam.

   Jak to zrobiłam? To proste i przygotowanie takiej naturalnej „tabletki” trwa niecałą chwilę.

   Po pierwsze, przygotuj 3-5 kuleczek ziela angielskiego. Po drugie, otwórz buzię i włóż ziarenka między zęby trzonowe. Zaciśnij szczękę kilka razy, miażdżąc kuleczki. Zmieszaj ze śliną i połknij. I już. Nie mają charakterystycznego smaku, są łagodne, nie cierpkie i nie gorzkie. 


Ziele angielskie
   Po ostatnich dniach doszłam do wniosku, że to najlepszy ratunek na bolący brzuch i żołądek. Idealnie mieści się do damskiej torebki, nie zatruwa organizmu.

   Wręcz przeciwnie. Jeśli nie chcesz zatruwać organizmu aspartamem z gumy do żucia, ssij i zjadaj ziele angielskie.

   Ma właściwości odkażające i bakteriobójcze, więc znakomicie odświeża oddech i zapobiega próchnicy.

   Kilka kuleczek rozdrobnionych i zalanych wrzątkiem zrobi herbatkę, która działa rozluźniająco i wykrztuśnie.

   Ziele angielskie poprawia również trawienie i pomaga oczyszczać jelita z toksyn i zgniłych resztek. (...)

   Jak widzisz, Twoja szuflada z przyprawami kryje w sobie wspaniałe lekarstwa. Czasami odruchowo sięgamy po tabletki, zamiast przypomnieć sobie o naturalnych lekach, w które zaopatrzyła nas natura.

   Przyjemnej niedzieli,
Ewelina