środa, 31 sierpnia 2016

Pić, czy nie pić - MLEKO

Czy pić mleko, każdy musi zdecydować sam.


Pomocny w tym może być artykuł, opublikowany przez serwis Medexpress, pt. "Fakty i mity na temat picia mleka". Oto fragmenty:

Przeciwnicy picia mleka wskazują, że mleko krowie charakteryzuje się wysoką zawartością białka (3,5 g/100 g) w porównaniu do mleka kobiecego (0,9-1,4 g/100 g) oraz 3-krotnie wyższą ilością składników mineralnych i z tego powodu nie powinno być spożywane przez człowieka. Tymczasem to jedynie argument za tym, że mleko krowie nie powinno być podawane niemowlętom. Natomiast organizm starszych dzieci i osób dorosłych ma zdecydowanie wyższe zapotrzebowanie na składniki odżywcze, w związku z czym w ich przypadku przytoczony wyżej argument traci znaczenie.

Zdjęcie ze strony http://lif-e.pl/

Krytycy mleka wskazują ponadto, że jego picie jest niekorzystne ze względu na obecność laktozy - dwucukru, którego rzekomo organizm dorosłego człowieka nie trawi. Fakty są jednak takie, że w toku ewolucji populacja europejska wykształciła zdolność trawienia laktozy również w życiu dorosłym. Jest to możliwe dzięki wytwarzaniu przez organizm człowieka enzymu zwanego laktazą (zdolność tę mają wszystkie zdrowe niemowlęta, bo laktoza występuje też w mleku kobiecym). Enzym ten rozkłada laktozę na glukozę i galaktozę - cukry proste, które mogą być wchłonięte w jelicie cienkim. Szacuje się, że jedynie 10-20 % dorosłych Polaków nie posiada tej zdolności, a tym samym nie toleruje laktozy i nie powinno pić mleka (picie mleka objawia się u nich m.in. bólami brzucha i wzdęciami).

(...) Mleko i jego przetwory są zalecane przez dietetyków ponieważ stanowią najważniejsze źródło wapnia - składnika niezbędnego do budowy mocnych kości i zębów oraz prawidłowej pracy serca i mięśni. W żadnej innej grupie produktów spożywczych nie znajdziemy porównywalnych ilości tego pierwiastka. Mleko dostarcza również wysokiej jakości białka, ważne witaminy (A, B2) i składniki mineralne, takie jak potas, cynk i magnez. Instytut Żywności i Żywienia rekomenduje osobom dorosłym wypijanie co najmniej 2 szklanek mleka dziennie, a dzieciom w wieku szkolnym 3-4 szklanek. Mleko można jednak zastąpić jogurtem, kefirem, maślanką, a częściowo także serem.

Pełna treść artykułu dostępna jest pod adresem http://www.medexpress.pl/fakty-i-mity-na-temat-picia-mleka/64802.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Ewelina: Ceramiczna czy żeliwna – czyli o patelniach cd.

Z Eweliną Drelą z Mapy Zdrowia o patelniach - ciąg dalszy!

Witaj,

Pisząc do Ciebie dzisiaj zwróciłam uwagę, że to ostatni weekend sierpnia. Dla wielu rodzin - ostatnie dni wakacji. Szybko minęło, prawda?

Pewnie już niedługo zawita jesień. Z całym swoim pięknem, ale również deszczami, chłodem i kapryśną pogodą. Ja zdecydowałam się zabezpieczyć swój organizm i już dzisiaj zadbać o odporność. (...)

Wróćmy jednak do tematu. Zgodnie z obietnicą z zeszłego tygodnia, dzisiaj kontynuujemy temat wyboru najzdrowszej patelni. Pewnie część osób przyzna, że smażenie w ogóle nie jest zdrowe, więc nie istnieje coś takiego jak zdrowa patelnia.

Z drugiej strony – wszystko powinno się robić z należnym umiarem i rozsądkiem. Trudno wyrzec się wszystkich potraw, a patelnia czasem przydaje się, choćby do duszenia mięs czy przyrządzania warzyw.

Wspominałam Ci poprzednio, że od zawsze byłam przywiązana do naturalnych patelni żeliwnych. Jednak za namową znajomych postanowiłam kupić patelnię ceramiczną.

Zdjęcie ze strony http://www.kinghoffsklep.pl/

Długo wybierałam najlepszą. Wiedząc o szkodliwym działaniu aluminium, zdecydowałam się na patelnią stalową z powłoką ceramiczną. Koniecznie taką, która nie zawiera szkodliwych substancji PTFE i PFOA. Powiem Ci szczerze, że trudno było taką znaleźć.

Większość patelni na półkach sklepowych była zwyczajnie aluminiowa, co prawda z powłoką ceramiczną, ale jednak. Gdyby powłoka się porysowała lub odprysnęła – wolę nie karmić swojego organizmu związkami aluminium.

Co prawda sprzedawcy i producenci zapewniają, że powłoka ceramiczna jest odporna na uszkodzenia i porysowania, jednak wiem, że czasami to się zdarza. Zwłaszcza, kiedy patelnia ma cienką powłokę lub jest kiepskiej jakości.

Podobnie jak w przypadku kupowania jedzenia, tak tutaj również mam podobną zasadę. Lepiej kupić patelnię naprawdę dobrej jakości, nawet jeśli kosztuje więcej niż te przeciętne. W końcu chodzi o nasze zdrowie, a nawet życie, prawda?

Patelnie ceramiczne mają swoje zalety, w tym między innymi:
•    dobrej jakości patelnie ceramiczne są ekologiczne,
•    równomiernie się nagrzewają,
•    są odporne na działanie wysokich temperatur,
•    przyrządzam potrawy dodając jedynie niewielką ilość tłuszczu lub wcale,
•    nic do nich nie przywiera, więc mycie ich jest bardzo łatwe,
•    występują w różnych kolorach i są po prostu ładne,
•    w porównaniu do patelni żeliwnych są bardzo lekkie.

Jednak mają też swoje wady. Ja swojej patelni nigdy nie wkładam do zmywarki i raczej nie zalewam gorącej patelni chłodną wodą. Mogłoby to spowodować odpryskiwanie powłoki lub jej znaczne osłabienie.

Podobnie – podczas smażenia czy duszenia nie używam metalowych łyżek. Wyłącznie drewniane lub silikonowe. Dzięki temu moja patelnia ceramiczna ma już półtora roku i nadal świetnie wygląda. Choć przyznam szczerze, że zaczyna się już powoli zużywać.

Moja mama zdecydowała się na zakup patelni z powłoką granitową. Miała być nie do zdarcia i nie do porysowania. Co się okazało? Wystarczyło przejechać po niej metalową łyżką kilka razy i wygląda jak lodowisko po całym dniu jeżdżenia na łyżwach.

Zdjęcie ze strony http://www.domowyskarbiec.pl/

Ja od zawsze byłam przywiązana do żeliwnych patelni. Są chyba najbardziej ekologiczne, bo żeliwo to stop żelaza i węgla. A do tego wszystkiego, są długowieczne. Jeśli raz kupisz żeliwną patelnię i odpowiednio o nią dbasz – posłuży Ci na wiele lat, a nawet na całe życie.

Swoją pierwszą żeliwną patelnię dostałam od rodziców, kiedy wyjeżdżałam na studia. Mam ją do teraz i wciąż przygotowuję na niej potrawy.

Na rynku dostępne są patelnie żeliwne emaliowane i surowe. Ja jestem zwolenniczką tych drugich. Co prawda nie wyglądają tak kolorowo i pięknie jak patelnie ceramiczne, są potwornie ciężkie, trzeba je konserwować i po prostu umieć się z nimi obchodzić.

Ale są jak dobre wino – im starsze, tym lepsze.

A zalety? Proszę bardzo:
•    dzięki temu, że są ciężkie, są stabilne. Nie przewrócą się na kuchence, nic się z nich nie wyleje,
•    Są twarde i równe, nie odkształcają się pod wpływem wysokiej temperatury,
•    Podczas smażenia do potraw dostaje się żelazo - nic groźnego, wręcz przeciwnie,
•    Długo utrzymują ciepło, można jeść potrawy prosto z patelni, bez obaw o porysowanie powłoki,
•    Świetnie nadaje się do powolnego duszenia i smażenia potraw.

Kto zna patelnie żeliwne ten wie, że nie wolno ich wkładać do zmywarki ani używać detergentów. Ich niewątpliwą wadą jest to, że są wrażliwe na zmiany temperatury. Smażenie i duszenie najlepiej rozpocząć na wolnym ogniu, potem zmieniając na średni.
Dość długo się rozgrzewają, ale potem można błyskawicznie przygotować potrawy. No i… nie ma to jak jajecznica prosto z żeliwnej patelni w niedzielny poranek!

Dobrej niedzieli,
Ewelina

niedziela, 28 sierpnia 2016

Wspomnienia z podróży Szymona Majewskiego

To już siódmy felieton Szymona Majewskiego - tym razem pod tytułem:

"Powrót z wakacji ‘77, czyli Szymon Majewski i wspomnienia z podróży".


Jak teraz wracam z wakacji nad morzem, autem, z walizkami, pakując się wcześniej może dwie godziny, to przypominam sobie powroty z wakacji, gdy jeździłem z dziadkiem na Zwolaki nad rzekę Tanew.

Powrót z dwutygodniowych wakacji w pensjonacie, gdzie wszystko ci podają pod nos, to nic w porównaniu z powrotem z wakacji w latach osiemdziesiątych, kiedy to jeździłem z dziadkiem na dwa i pół miesiąca!

Taki powrót to była operacja „Pustynna Burza”. Zaczynała się dwa tygodnie przed wyjazdem. Dziadek najpierw zarządzał pakowanie… garnków! Tak, na wieś woziło się własne garnki, patelnie i talerze. Owijaliśmy je najpierw w koce, pakowaliśmy w szary papier, potem wiązaliśmy je najmocniejszymi sznurkami.

Z tak przygotowanymi czterema paczkami jechało się rowerami na pocztę do Ulanowa i wysyłało do Warszawy. Graty szły prawie trzy tygodnie!

Tylko dziadek znał realia PRL, potrafił tak wysłać naczynia, że były dzień po tym, jak wracaliśmy do Warszawy. Chyba, że nie były. Jedna z paczek nie doszła, więc po czterdziestu latach nie ma co się jej spodziewać, nasze talerze do dziś krążą gdzieś w przestrzeni gastronomicznej naszego kraju.

Kiedy pierwszy etap był za nami, braliśmy się za kolejny, ten etap stanowiło zabezpieczenie czterech kubłów z malinami. Tak! Każdy zawierał maliny zasypane cukrem, z których zimą Szymuś miał pić pyszny sok trzymający go z dala od przeziębień. Zabezpieczenie kubłów to była specjalność dziadka. Owijał je specjalną folią, potem znowu kocami i na koniec mocnym drutem – nie miało prawa nic się wylać!

Gdy nadchodził dzień wyjazdu każdy miał swoje zadanie, mój starszy brat cioteczny Paweł ogarniał rowery, ja swój bagaż i rower, dziadek – dwa kubły, wujek – dwa plus część bagażu, moja mama – suczkę Muszkę.

Rano podjeżdżał żuk, zamówiony tydzień wcześniej na wsi, wiózł nas do Stalowej Woli, tam czekaliśmy na pociąg. Gdy nadjeżdżał, dziadek z wujkiem lecieli zajmować miejsca, ja z bratem lecieliśmy do wagonu pocztowego, żeby nadać rowery do Warszawy, suczka Muszka szczekała. Mama stała na peronie z psem i czterema kubłami malin. Gdy dziadek i wujek zajęli miejsca, rozdzielali się, dziadek leciał po nas do pocztowego, żeby pomóc w nadawaniu, wujek brał mamę i dwa kubły, potem my wracając, braliśmy resztę.

I tak jechaliśmy do Warszawy, w przedziale drugiej klasy byliśmy my, cztery kubły malin, pies i dziesięć tobołków. Pachniało grzybami suszonymi i wiejską kiełbasą, nie można było wrócić z pustymi rękami.

Jadąc do Warszawy, z wypiekami słuchaliśmy opowieści dziadka, jak to ciężko się podróżowało tuż po wojnie…

piątek, 26 sierpnia 2016

GIF wycofał...

Główny Inspektor Farmaceutyczny wycofał z obrotu na terenie całego kraju:

1) produkt leczniczy Vigantoletten 1000, tabletki 25 mcg (1000 j.m.), 30 tabletek.
Numeray serii:
- 191465, data ważności 31.08.2017,
- 192942, data ważności 31.08.2017,
- 194883, data ważności 31.08.2017,
- 194885, data ważności 31.08.2017,
- 194889, data ważności 31.10.2017.
Podmiot odpowiedzialny w kraju eksportu: Merck KGaA, Niemcy.
Kraj eksportu: Rumunia.
Importer równoległy: Forfarm Sp. z o. o.
Decyzja została podjęta w związku ze stwierdzeniem, że produkt w kraju eksportu, nie był zgodny w zakresie substancji pomocniczych z wydanym pozwoleniem na import równoległy nr 280/15.


2) tabletki powlekane Infex Zatoki
Następujące serie produktu:
- numer serii: 16101616, data ważności: 02.2019,
- numer serii: 16206116, data ważności: 04.2019,
- numer serii: 16206216, data ważności: 04.2019,
- numer serii: 16149116, data ważności: 03.2019.
Podmiotem odpowiedzialnym jest Teva Pharmaceuticals Polska Sp. z o.o. 
Decyzja została podjęta w związku z użyciem nieaktualnej ulotki w procesie pakowania.
Lek Infex Zatoki jest stosowany w celu złagodzenia objawów niedrożności nosa i zatok obocznych nosa z towarzyszącym bólem głowy, gorączką, bólami w przebiegu przeziębienia lub grypy.


3) lek NEUROL 0,25 (Alprazolamum), 0,25 mg, tabletki.
Numer serii: 2011215, data ważności: 30.11.2017. 
Podmiot odpowiedzialny: Zentiva k.s. Czechy.
Lek wycofany został na wniosek podmiotu odpowiedzialnego, w związku z wykryciem w opakowaniu innego produktu leczniczego.
Decyzja ta została objęta rygorem natychmiastowej wykonalności.
Lek  Neurol 0,25 stosowany w leczeniu zespołu lęku napadowego, zespołów lękowych z depresją.


4) lek KARBIS (Candesartanum cilexetilum), 8 mg, 56 tabletek.
Numer serii: TC5090, data ważności: 05.2017.
Podmiot odpowiedzialny: KRKA, d.d. Słowenia.
Decyzja GIF została podjęta w związku z uzyskaniem wyników niezgodnych ze specyfikacją w ciągłych badaniach stabilności w zakresie parametru substancje pokrewne. Wyniki niezgodne zostały potwierdzone "w komunikacie Rapid Alert przesłanym do GIF z organu kompetentnego w Słowenii".
Tabletki Karbis są stosowane m.in. w leczeniu pacjentów z niewydolnością serca i zaburzoną czynnością skurczową lewej komory jako leczenie wspomagające.


5) lek ATRAM 12,5 (Carvedilolum) 12,5 mg, tabletki.
Numer serii: 2561215, data ważności: 30.11. 2017.
Podmiot odpowiedzialny: Zentiva k.s. Czechy.
Decyzja wstrzymania w obrocie została podjęta w związku z istniejącym ryzykiem wystąpienia w opakowaniu leku Atram 12,5 produktu Neurol 0,25.
Mając na uwadze powyższe, lek nie może być przedmiotem obrotu oraz nie może być stosowany w lecznictwie do czasu podjęcia działań, mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa jego stosowania.
Atram 12,5 jest wskazany w leczeniu nadciśnienia tętniczego, niewydolności serca, choroby wieńcowej.


6) produkt leczniczy Taromentin (Amoxicillinum + Adicum clavulanicum), 400 mg + 57mg/5ml, proszek do sporządzania zawiesiny doustnej, butelka 140 ml.
Numer serii: 020316, data ważności: 03.2018.
Podmiotem odpowiedzialnym są Tarchomińskie Zakłady Farmaceutyczne Polfa S.A.
Decyzji nadano rygor natychmiastowej wykonalności.
Powodem wycofania było stwierdzenie ww. serii produktu dodatkowego składnika, czyli substancji pomocniczej – celulozy mikrokrystalicznej.
Wskazania: zakażenia dróg oddechowych, zakażenia skóry i tkanek miękkich, zakażenia układu moczowo-płciowego, posocznica, zakażenia w obrębie jamy brzusznej, zakażenia pooperacyjne .


środa, 24 sierpnia 2016

20 rad dla urlopowiczów

Kończy się sierpień, ale nie kończy się sezon wyjazdów zagranicznych.
Wszystkim wyjeżdżającym do miejsc o niskim poziomie kultury sanitarnej lub miejsc o odmiennej endemicznej florze bakteryjnej, przydatne mogą być rady, jak zminimalizować zagrożenie urlopowymi zakażeniami, których udziela dr n. farmaceutycznych Leszek Borkowski.

dr n. farm. Leszek Borkowski
Oto 20 rad od dr Borkowskiego:

1/ pić napoje firmowo zamknięte, znanych międzynarodowych koncernów oraz wodę najdroższą z pewnego źródła zawsze przegotowaną;

2/ nie korzystać z kostek lodu do napojów;

3/ zrezygnować z soków wyciskanych ze świeżych owoców szczególnie na ulicach lub miejscach dużego ruchu turystycznego;

4/ pić napoje przez własne słomki zabrane z Polski , nie dotykając ustami brzegów szklanek lub szyjek butelek;

5/ nie dzielić się z nikim kubkami z napojami, ani sztućcami, czy talerzykiem z jedzeniem;

6/ unikać słodyczy, a szczególnie ciastek z kremem;

7/ ograniczyć lody, nabiał, majonez, jogurty, zimne przekąski;

8/ nie jeść surowych warzyw, sałatek, roślin, morskich, mięczaków, skorupiaków;

9/ unikać pokarmów, które mogłyby być zanieczyszczone przez muchy, osy;

10/ spożywać owoce własnoręcznie umyte i własnoręcznie obrane;

11/ dokładnie myć ręce po wyjściu z każdej toalety i przed każdym posiłkiem;

12/ nie dotykać palcami ust;

13/ myć zęby w wodzie przegotowanej lub markowej fabrycznie zamkniętej/butelkowanej;

14/ witać się przez podanie ręki unikać całowania nawet w policzek;

15/ nie jeść posiłków przygotowywanych na ulicach;

16/ jeść wyłącznie produkty poddawane wysoko termicznej obróbce;

17/ unikać stosunków intymnych z ludnością miejscową o niskiej higienie osobistej, w tym także salonów masażu, a jeżeli już do takich dochodzi to stosować prezerwatywy;

18/ nie karmić, nie głaskać lokalnych zwierząt, nie dawać się im lizać;

19/ nie dać się namówić na tatuaż,  piercing-przekłuwanie uszu, fałdów skórnych w różnych częściach naszego ciała, zabiegi akupunktury, unikać usług fryzjerskich i kosmetycznych szczególnie pomocy manikiurzystki i pedikiurzystki;

20/ jeżeli nie zachodzi bezwzględna konieczność to unikać pomocy stomatologicznej, nawet gdy jest ona po bardzo okazyjnej cenie.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Ewelina: Teflonowe patelnie zabijają - naprawdę?


I znowu Ewelina Drela z Mapy Zdrowia - tym razem o patelniach!

Witaj,

Po liście dotyczącym szkodliwości folii aluminiowej dostałam wiele pytań dotyczących patelni. Jaka najzdrowsza? Czy to prawda, że teflon zabija? Lepiej wybrać ceramiczną, czy jednak tytanową? A może marmurową?

Pojawiło się wiele trudnych pytań, dlatego stwierdziłam, że zbadam sprawę. Powiem Ci szczerze, że to wcale nie było proste. (...)

Kiedyś sprawa była prosta. Moja babcia, potem mama używały patelni żeliwnych. Prawdziwych, ręcznie wyrabianych przez Romów. Nie było mowy o teflonie, tytanie, ceramice, stali, stopach i innych uszczęśliwiaczach życia w kuchni.

Spróbuj dzisiaj wejść do hipermarketu lub sklepu ze sprzętem kuchennym – ilość różnych rodzajów patelni jest wręcz powalająca. Jak wybrać najlepszą?

Grafika ze strony http://domowegotowanie.pl/

Jakiś czas temu hitem były  patelnie teflonowe. Można na nich smażyć bez tłuszczu, jedzenie nie przywiera, dość szybko się rozgrzewają. 

Ale uwaga. 

Światowy Fundusz na Rzecz Przyrody (WWF), alarmuje:

„Teflon i jemu podobne związki wykazują tendencję do odkładania się w tkankach mózgowych, zwłaszcza w podwzgórzu, w ten sposób mogą zakłócać pracę hormonów. 

Mają również właściwości rakotwórcze, mogą wpływać negatywnie na układ odpornościowy organizmów i powodować nieprawidłowości rozwojowe. 

Z tych względów lepiej ograniczyć kontakt dzieci, które są bardziej wrażliwe na wpływ szkodliwych substancji chemicznych niż dorośli.”

Wierzyć, czy nie? Trudno powiedzieć. Zdania uczonych są podzielone. Polscy naukowcy, zapytani o szkodliwość teflonu, zaprzeczają. Twierdzą, że jest to jeden z najbezpieczniejszych polimerów.

Na pewno powinieneś zwrócić uwagę na jedną rzecz. Teflon to jedynie warstwa pokrywająca patelnię. Dodatkowo jest to powłoka naprawdę delikatna. Łatwo się rysuje i odpryskuje. Pamiętaj, że samo naczynie jest wykonane najczęściej z aluminium. I to nie jest zdrowe. 

Jeśli smażysz na uszkodzonej patelni aluminiowej z warstwą teflonu, jedzenie wchodzi w reakcję z aluminium i może faktycznie spowodować spustoszenie w Twoim organizmie. Oczywiście, nie od razu. Metale ciężkie odkładają się nieodwracalnie przez całe lata.

Jeśli regularnie oczyszczasz organizm (...) jest szansa, że część z tych metali ciężkich zostanie wymieciona z Twojego organizmu.

Jeśli więc decydujesz się na korzystanie z patelni z powłoką teflonową, raczej unikaj tych aluminiowych. Zdecyduj się na stalową, choć jest zazwyczaj droższa i dużo ciężej ją dostać.

Za tydzień: cała prawda o patelniach ceramicznych i żeliwnych. 

Dobrej niedzieli,
Ewelina

niedziela, 21 sierpnia 2016

Piętnastoletni kapitan. O trzymaniu kursu w życiu pisze Szymon Majewski

Jak ostatnio w każdą niedzielę publikuję felieton Szymona Majewskiego.
Zapraszam do lektury:




Mój dziadek Ignacy powtarzał mi „Szymuś, pamiętaj, jesteś piętnastoletnim kapitanem”!

Wiedziałem dobrze, co to znaczyło. Mama wychowywała mnie sama, tata odfrunął, całe szczęście był dziadziuś, który mi ojcował, jak mógł. To on mianował mnie na kapitana tego statku, zwanego rodziną. „Piętnastoletni kapitan” to tytuł książki Juliusza Verne’a, którego powieści razem z Dziadkiem kochaliśmy. To powieść o chłopcu, synu kapitana statku, którego tata w czasie rejsu ginie, a chłopak przejmuje dowództwo nad krnąbrną załogą. Musi, nie ma wyjścia.

Bycie „kapitanem” okrętu „Rodzina Majewskich” oznaczało dowodzenie tym statkiem, zwanym domem, trzymanie kursu, steru… To dużo…, dużo więcej niż tylko niestwarzanie problemów właściwych dla tego wieku.

Kochany Dziadek Ignaś, mianując mnie kapitanem statku, niechcący ukręcił bat na moje dzieci! Gdyż teraz jego „piętnastoletni kapitan Szymek” jest już „pięćdziesięcioletnim kapitanem” i choć czasami chciałby sobie odpuścić, to nie może, cały czas dowodzi statkiem i wkurza tym samym załogę. Statek nie może zboczyć z kursu, rozbić się o skałę, na statku każdy musi mieć zadania i wypełniać je sumiennie.

Kapitan Szymon jest nie do wytrzymania zwłaszcza gdy wyjedzie. Moje dzieci śmieją się ze mnie, mówiąc: Tato, ile razy jeszcze wyślesz sms-a o treści: „Wszystko ok?” albo „Jak tam?”. Pamiętam, jak moja córka nie wytrzymała i na kolejne pytanie „Wszystko ok?” odpisała: „Nie. Jestem w lesie i goni mnie zboczeniec”.

Rzeczywiście, potrzeba kontrolowania wszystkiego i wszystkich przejawia się ciągłym powtarzaniem próśb i poleceń, co wkurza mojego syna, który mówi: „Tato, czy ty wiesz, że powiedziałeś dziś, żebym wystawił pojemnik ze śmieciami już chyba dziesięć razy!!!”. Ma rację, ale to jest poza mną, łapię się na tym, że rzucam te hasła jak robot, beznamiętnie, seriami: „Trzeba sprzątnąć kuchnię”, „Kto zgrabi liście”, „Są listy do odebrania”, „Trzeba kupić wodę”. Gdy w moim mniemaniu nie ma reakcji, sam rzucam się do działania. Wtedy „Pięćdziesięcioletni Kapitan” lata sam jak kot z pęcherzem i zwija żagle na statku i czyści pokład, nie dając szans załodze na samodzielne podjęcie działań! Automat zwany ojcem i mężem.

Dlatego tą drogą, licząc na to, że Dziadek czyta moje teksty w niebie, piszę:

Dziadku, wszystko jest w porządku, statek płynie i ma się dobrze! Czy mogę już przez chwilę nie być kapitanem, tylko chociaż majtkiem albo kucharzem, bo moja załoga ma już dosyć mojego zarządzania pokładem?!

sobota, 20 sierpnia 2016

Na Facebooku oferują bony do drogerii. To oszustwo!

Jak donosi portal RMF 24, na Facebooku znowu działają oszuści.

Hakerzy stworzyli fikcyjną grupę oferującą bony do drogerii.


Oszuści, przy pomocy skradzionych wcześniej kont Waszych znajomych wysyłają zaproszenia do zamkniętych grup, które mają oferować warte tysiąc złotych kupony. Strona grupy podstępnie przekierowuje do spreparowanej witryny, która umożliwia hakerom kradzież loginu i hasła. W dodatku oszuści, pod pozorem wyboru oferty drogerii, każą użytkownikom wysłać dwa SMS-y premium. Koszt tylko jednej takiej wiadomości to ponad 30 złotych.

Bliższe informacje o zagrożeniu oraz rady - jak ustrzec się przed oszustami w artykule "Na Facebooku oferują bony do drogerii za 1000 złotych. To oszustwo!" na portalu RFM 24,


czwartek, 18 sierpnia 2016

Niebezpieczny tatuaż. Sanepid ostrzega

Sanepid, na swoich stronach, opublikował ostrzeżenie przed tatuażami z czarnej henny.


Oto treść ostrzeżenia:

Czarna henna - ostrzeżenie

Pomorski Państwowy Wojewódzki Inspektor Sanitarny realizując ustawowy obowiązek nadzoru nad bezpieczeństwem kosmetyków ostrzega przed skutkami zdrowotnymi korzystania z usługi nietrwałego tatuażu czarną henną do malowania ciała jaka może być oferowana w sezonie letnim w miejscowościach wypoczynkowych, na deptakach itp.

Określenie „czarną henna” nie jest zarezerwowane dla jednego preparatu, nazwa ta stosowana jest w odniesieniu do grupy produktów przeznaczonych do barwienia ciała na czarno. Pierwotnie określano w ten sposób mieszaninę henny oraz indygo, które po zmieszaniu dawały zbliżony do czarnego kolor włosów lub skóry. Barwnik ten (pochodzenia roślinnego) jest jednak stosunkowo drogi, a wykonywane nim tatuaże mniej trwałe i nie tak intensywnie czarne jak te wykonane henną zawierającą barwniki syntetyczne.

Tatuaż wykonany henną z zasady jest nietrwały, natomiast w przypadku zastosowania nieodpowiedniego barwnika do jego wykonania może dojść do pozostawienia trwałego śladu w postaci przebarwień czy blizn. Dzieje się tak gdy wykonujący tatuaże używa tańszego preparatu zawierającego niedozwolony barwnik (parafenylenodiaminy PPD). Jego stosowanie jest dopuszczalne wyłącznie w farbach do włosów, a to i tak dopiero po umieszczeniu odpowiednich ostrzeżeń na wyrobie dotyczących możliwych reakcji alergicznych.

W związku z tym, że następstwa wykonania tatuażu henną z PPD mogą pozostawić ślady na całe życie, a oferta wykonywania tego typy zdobień jest skierowana głównie do dzieci i młodzieży dlatego tak ważna jest świadomość rodziców oraz opiekunów o ryzyku jakim ze sobą niesie zdobienie ciała czarną henną. Wykonany tatuaż należy obserwować aby nie doprowadzić do pojawienia się blizn, to co powinno zaniepokoić to pojawienie się w obrębie wykonanego tatuażu zaczerwienienia, świądu, wysypki lub pęcherzy. W przypadku stwierdzenia któregokolwiek z wyżej wymienionych objawów należy zgłosić się do lekarza. Trzeba powiedzieć, że PPD jest alergenem, tak więc opisane odczyny nie muszą się pojawić u wszystkich - pojawią się tylko u osób uczulonych.

Odróżnienie henny naturalnej od syntetycznej możliwe jest jedynie w badaniach analitycznych. Dlatego osoby decydujące się na zdobienie ciała henną powinny przynajmniej upewnić się co do pochodzenia i składu preparatu - zapoznać się z treścią etykiety jaka powinna być dołączona do każdego opakowania.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Ewelina: Cała prawda o lodach

Ewelina Drela z Mapy Zdrowia, w swoich niedzielnych tekstach przybliża nam zasady zdrowego odżywiania, oraz problemy z tym związane.

Tym razem - o lodach.

Witaj,

Jak się miewasz? Jak mijają Ci wakacje? Mam nadzieję, że bez względu na wszystkie okoliczności udało Ci się trochę odpocząć tego lata. 

Znasz mnie już trochę więc wiesz, że lubię obserwować ludzi, ich zachowania i przyzwyczajenia. Tym razem będąc na zakupach w sklepie zauważyłam ciekawą rzecz.

Prawie nikt nie wychodził ze sklepu, dopóki nie zaopatrzył się w wielkie pudło lodów. Owocowe, kakaowe, śmietankowe, większe, mniejsze, różne. 

Pomyślałam sobie, że przecież jest lato, cóż w tym dziwnego. Tego samego dnia wyszłam na spacer i… znów to samo. Każdy idzie dzierżąc w ręku lód na patyku, w kubeczku, rożku. 


Różnokolorowe gałki (lub kulki - jak wolisz) rozpływały się w sierpniowym słońcu. Wygląda na to, że faktycznie jesteśmy miłośnikami lodów. Dlatego postanowiłam przyjrzeć się tej sprawie.

Wybrałam się na małe śledztwo do hipermarketu (tam nikogo nie dziwi, że bierzesz coś do ręki, czytasz skład i odkładasz).

Wyniki? Opłakane. Po raz kolejny wniosek mam tylko jeden: płacimy ciężkie pieniądze kupując coś, co nam szkodzi. 

Bo jak wyjaśnisz obecność czegoś, co nazywa się odtworzone mleko odtłuszczone? Albo ziemniaczany syrop glukozowy?

To jednak nie największe hity. W kilku deserach w składzie znalazłam alkohol. Ciekawe, jaka zawartość? Tego producent już nie podał.

W zasadzie większość lodowych deserów zawierała utwardzone tłuszcze roślinne, jednak nikt nie podał zawartości tłuszczów trans. Wszystkie były bogato oblane syropem glukozowo-fruktozowym. (...)

Co w sumie normalne, im bardziej udziwniony smak lodów, tym więcej ma w sobie chemii. Zagęstniki, emulgatory, aromaty, pojawiają się w składzie tuż po mleku i syropie glukozowym. Większość deserów lodowych jest też bogata w „witaminę” E: E410, E412, E150c i tak dalej. Aż szkoda wymieniać. 

A jeśli wydaje Ci się, że sorbety owocowe są zdrowsze, uważaj. Teoretycznie są zdrowsze, bo produkuje się je na bazie soków owocowych i nie zawierają mleka. Praktycznie – zawierają śladowe ilości soku z koncentratu (ok. 2 % maksimum), a cała reszta to woda, cukier, barwniki i aromaty. 

To wszystko brzmi strasznie pesymistycznie, prawda? Rozumiem Cię, możesz się złościć, że przecież nie każdy ma w domu urządzenie do lodów, nie każdy ma czas, bo to przecież czasochłonne. 

Obraz ze strony http://pichcenie.pl/

Ale mam też dla Ciebie świetną wiadomość. Nie tak dawno dostałam od swojej znajomej świetny przepis na domowe, zdrowe i pyszne lody. Sam decydujesz, jak słodkie mają być, a co najważniejsze, nie zawierają żadnego mleka, żadnej wody i ani grama chemii. 

Chcesz? Proszę bardzo. Będziesz potrzebował:
• 3 banany
i dodatki:
• 4 łyżki naturalnego kakao lub
• 4 łyżki masła orzechowego lub 
• ulubione owoce sezonowe lub
• 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii lub
• 1 łyżeczka wiórków kokosowych.

Tak naprawdę wszystko to, co lubisz w lodach.

Banany obierz ze skórki i pokrój w plasterki. Niech każdy ma ok. 1 cm. Włóż do woreczka i wrzuć do zamrażarki na 2-3 godziny. Najlepiej na dzień przed. 

Następnego dnia do blendera wrzuć zamrożone banany i to, co lubisz najbardziej. Moje ulubione połączenia to:
banany+maliny - wychodzą lody malinowe,
banany+masło orzechowe+syrop klonowy - lody orzechowe,
banany+mleko kokosowe+wiórki kokosowe - lody kokosowe.

Zblenduj wszystko na gładką masę i wrzuć na chwilę do zamrażarki. Gotowe! Pycha! Bez cukru, bez innych świństw. 

W tym roku spróbowałam do bananów dodać jarmuż. Palce lizać!

Dobrej niedzieli,
Ewelina

niedziela, 14 sierpnia 2016

Szymon Majewski: SmartWON!

Tydzień temu zapraszałem do zapoznania się z cotygodniowymi felietonami Szymona Majewskiego.


Tym razem o naszych pociechach na wakacjach.

Dzwoni mój przyjaciel i mówi:

- Kurcze, bracie, moja córka pierwszy raz na koloniach, dzwoni co pięć minut, już w autokarze jej się nie podobało, SMS-y śle, że te dziewczyny w jej grupie jakieś dziwne, jedna się z niej śmieje, druga się dziwnie patrzy.

Drugiego dnia było jeszcze gorzej, córka przyjaciela zadzwoniła do niego rano, że w pokoju była ćma, komar i dwa pająki. Na dowód wysłała dwa MMS-y –z pająkiem przy framudze i zdjęcie komara rozwalonego klapkiem. Trzeciego dnia było sześć telefonów i dwa MMS-y, tym razem pojawił się zaciek na ścianie. Oprócz tego pokłóciła się z kolegą z grupy, bo wyśmiał jej czapkę z daszkiem, pod wieczór zdała relację, szlochając w telefon mamie.

Diagnoza była jasna: dzieje się dramat, chce, żeby ojciec ją zabierał! Niestety on nie może, bo pracuje, mama też. Teściowa nie pojedzie po wnusię, bo ma chorą nogę. Poza tym kolonie są w Bieszczadach, 500 km od domu. Operacja jest nie do wykonania, córka dzwoni już dziesięć i więcej razy razy dziennie. Kolega zaczyna łykać ziołowe leki na uspokojenie, już trzy razy rozmawiał z wychowawcą, raz z szefem firmy organizującej obóz.

Tragedia się pogłębia: w międzyczasie okazuje się, że dziewczynce schował ktoś kapcie!

...............

Pamiętam, jak będąc młodym harcerzem, w epoce przedsmartfonowej pojechałem na swój pierwszy obóz. Bawiliśmy się w Indian, wszyscy, tylko nie ja, mimo że zastępowy mianował mnie szamanem. Dlaczego? Otóż od pierwszego dnia tęskniłem za mamą, codziennie płakałem w poduszkę, chodziłem smutny ze zwieszoną głową, nie chciałem się kąpać w jeziorze. Już pierwszego dnia wieczorem napisałem list do mamy o treści:

„Mamo kochana, tęsknię za Tobą, jest mi źle. Przyjedź proszę po mnie i zabierz mnie stąd!“

Był PRL, list szedł półtora tygodnia przez pola, wsie i lasy, w torbie listonosza. Mama, gdy tylko go dostała, usiadła i napisała:

„Synku, bardzo mi przykro, że tęsknisz, ale niestety nie mogę przyjechać, bo pracuję, mam dodatkowe dyżury“.

List szedł znowu tyle samo i dostałem go… ostatniego dnia obozu! Przyniósł mi go drużynowy, gdy wsiadaliśmy do autobusu.

Tylko że wtedy już tęskniłem nie za mamą, a za obozem, który się właśnie kończył.


sobota, 13 sierpnia 2016

3 zasady komunikacji

Ciekawy tekst opublikował Dariusz Puzyrkiewicz na portalu Mam biznes.


Ważny artykuł, nie tylko dla osób związanych z biznesem, gdyż - jak pisze Dariusz - "Każdy człowiek przez cały dzień zanurzony jest w strumieniu komunikacji".

Gorąco namawiam do zapoznania się z artykułem "3 zasady komunikacji z klientem".

Dariusz Puzyrkiewicz
"Każdy człowiek przez cały dzień zanurzony jest w strumieniu komunikacji. Mówi się o przeładowaniu informacjami, ale drugi biegun - absolutna cisza - doprowadza nas do szału. Poza tym, każdy z nas ciągle się komunikuje z otoczeniem. Według badań Matthiasa Mehla z Uniwersytetu w Arizonie kobiety i mężczyźni wypowiadają średnio około 16 000 słów dziennie. Ale to nie wszystko".

I jeszcze zakończenie artykułu:

"Każdy artykuł, powinien mieć podsumowanie, prawda? Może lepsza dla Ciebie będzie zachęta do działania, zamiast podsumowania?

Jeśli chcesz świadomie wywierać wpływ na swoich klientów, to zacznij od szybkiej analizy - jak dziś wywierasz wpływ na otoczenie i co warto zmienić? Po drugie, wybierz, choć jeden element całościowej komunikacji, który od razu będzie Cię wyróżniał. I mów jak do jaszczurki, by wywołać jej szybką reakcję.

A jeśli niczego nie zrobisz - pamiętaj, że to także jasny i wyraźny komunikat dla klienta. Tylko, czy taki, o jaki Ci chodzi?   

Nie znosimy ciszy!
Każdy z nas się nieustannie komunikuje!".

czwartek, 11 sierpnia 2016

BPA – toksyczna substancja, która zabija twoje dziecko

Ciekawy tekst odnalazłem na stronach LADYGUGU.


Tak tytuł "BPA – toksyczna substancja, która zabija twoje dziecko", jak i cały artykuł zmuszają do refleksji. Są to informacje istotne dla zdrowia każdego, nie tylko dzieci, choc one są najbardziej narażone na działanie substancji toksycznych.


Oto początek artykułu:

Jak możesz łatwo zabić swoje dziecko?

1. Kupuj plastikowe sztućce i talerzyki nieznanych firm.
2. Nie czytaj oznaczeń na opakowaniu.
3. Nie wyrzucaj zniszczonych i popękanych naczyń i kubków.
4. Pakuj mu jedzenie w tanie pudełka ze sklepu „wszystko po 2 złote”.

I teraz zagadka: jak te wszystkie rzeczy mogą niby zabić twoje dziecko? Czy przez to, że mogą łatwo się złamać i dziecko może połknąć ząbek widelca? Czy przez to, że farba się zmywa i dziecko zjada ją razem z kaszką i umiera w męczarniach? A może dlatego, że tanie=tak brzydkie, że można paść trupem na miejscu? I tak, i nie, a raczej: nie tylko przez to wszystko. Tym czymś, co będzie przysłowiowym gwoździem do trumny, jest Bisfenol-A, czyli BPA.

Każda matka, która umie czytać i dla której ważne jest bezpieczeństwo własnego dziecka na pewno widziała nieraz na opakowaniu produktów dla dzieci tajemniczy napis „BPA FREE”. 

Pełna treść artykułu na stronie http://ladygugu.pl/szkodliwe-dzialanie-bpa-bisfenol-a/#prettyPhoto.


I jeszcze koniec artykułu:

Ja tam chcę mieć zdrowe dziecko i świadomie staram się unikać BPA. Jak to robię?

1. Używam produktów tylko znanych i poważanych firm; te firmy dają gwarancję, że do produkcji ich towarów nie użyto BPA. Piszą o tym na opakowaniu, a jeśli opakowań nie ma, to zaznaczają na samym produkcie odpowiednią ikoną.

2. Sprawdzam na spodzie ikonę – kod recyklingowy. Kupuję tylko rzeczy, które mają cyfry: 1, 2, 4, 5. Wszystkie inne są niepewne. Mamy na rynku tak wielki wybór pudełek i opakowań, że bez problemu znajdziemy odpowiednie. Unikajmy bezwzględnie tych z liczbą 3, 6 i 7!


3. Nie kupuję tanich, supermarketowych naczyń i sztućców „na wagę” czy z chińskich sklepów. Bardzo często są to produkty na licencji znanych marek, oferowane w dyskontach, sprzedawane bez żadnych opakowań. Nie znajdziemy na nich często żadnych oznaczeń. Ale jeśli myślimy, że skoro talerz jest na licencji Disneya lub Marvela, więc są one bezpieczne, bo gwarantowane przez wielkie koncerny, jesteśmy w błędzie. Produkcja takich naczyń polega na wykupie licencji i biciu ich najtańszą z możliwych metod w najtańszym możliwym kraju, gdzie nikt nie słyszał o BPA. Do tego przychodzą do sklepu w takiej ilości, że nietrudno o uszkodzenie ich powierzchni, odpryśnięcie kantu itd.

4. Wszystko, co uległo uszkodzeniu (choćby mocniejszemu zarysowaniu), a było wykonane z plastiku wyrzucam. Nauczyło mnie to szanować rzeczy i być bardziej ostrożną, bo wprawdzie plastikowy talerzyk kupię od razu nowy, ale na przykład pokrywę od sokowirówki już chyba tylko z nową sokowirówką…

5. Staram się unikać żywności puszkowanej – BPA może też znajdować się w żywicy epoksydowej, którą pokrywane są wnętrza puszek. Jeśli już je jem, to staram się nie zgrzytać widelcem po powierzchni, wygrzebując ostatnie sardynki. Mimo że od 2011 roku BPA jest zakazane, to ktoś może jeszcze mieć konserwy turystyczne ukradzione przez ojca z jednostki wojskowej…

6. Kiedy tylko mogę, stosuję ceramikę, drewno, stal szlachetną zamiast plastiku. 3-letnie dziecko naprawdę jest w stanie jeść nie zrzucając talerza za każdym razem na podłogę…

7. Nie wkładam plastików do mikrofalówki i nie myję ich żrącymi, ściernymi środkami (np. cifem). To uszkadza ich powierzchnię, a tak jak wcześniej pisałam, wtedy wydziela się najwięcej BPA.

8. Myję często ręce – BPA znajduje się też na powierzchni wydruków z bankomatów i paragonów, czyli na papierze termicznym.

9. Kupuję napoje w szklanych opakowaniach, szczególnie unikam coli z puszki i… piwa.

Owszem, można odnieść wrażenie, że nieco oszalałam w związku z BPA. Być może nie ma tak wielkiego ono wpływu na człowieka; nie wiemy tego wszystkiego na 100%, bo badań na ludziach było niewiele (albo nie było wcale). Ale wolę chuchać na zimne – w zasadzie nic mnie to nie kosztuje, a wolę mieć w domu zdrowe dziecko, niż odwiedzać je na cmentarzu. A wy nie?..

Pełna treść artykułu na stronie http://ladygugu.pl/szkodliwe-dzialanie-bpa-bisfenol-a/#prettyPhoto.


wtorek, 9 sierpnia 2016

Ewelina: Groźna dla zdrowia folia aluminiowa

Kolejny tekst Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:

Witaj,

Jak mijają Ci wakacje? Mam nadzieję, że mimo urlopu nie porzuciłeś zdrowych nawyków? (...)

Dzisiaj będzie krótko, ale rzeczowo. (Wiem, często to obiecuję, a potem piszę długi list, ale tym razem naprawdę będzie krócej. Zdecydowałam, że opowiem Ci dzisiaj o czymś, co jest szkodliwe dla Twojego zdrowia, a Ty nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy.

Folia aluminiowa.

Zdjęcie ze strony http://www.seromaniacy.pl/

Ponad 90 % Polaków używa jej w kuchni, nie tylko do przechowywania żywności, ale też do pieczenia. Używamy aluminiowych patelni pokrytych teflonem, aluminiowych tacek na grilla, folii aluminiowej do pieczenia ziemniaków, ryb czy warzyw.

Bez tłuszczu, to przecież zdrowiej, prawda?

No właśnie niekoniecznie. Okazuje się, że folia aluminiowa nie tylko nie jest zdrowa, ale wręcz trzeba jej unikać. Światowa Organizacja Zdrowia, która do tej pory milczała, zabrała głos.

Naukowcy przestrzegają, że aluminium, zwłaszcza podgrzane, przedostaje się do żywności, a wraz z nią do naszego organizmu i tam odkłada się nieodwracalnie w kościach i mózgu.

Na ten moment uważa się, że to może być jedną z przyczyn osteoporozy oraz choroby Alzheimera oraz zaników pamięci.

Rozumiesz to?

Nie wiem jak Ty, ale ja jestem wkurzona. Po prostu wkurzona. Całe lata wmawiano nam, że folia jest zdrowa, ułatwia gotowanie bez tłuszczu, wciskało się nam tacki do grilla i innowacyjne aluminiowe patelnie.

Po kilkunastu latach ostrzega się nas, że „ups, chyba to jest szkodliwe”.

Podobna sytuacja jest z konserwantami, żywnością GMO i innymi wynalazkami. Teraz mamy dozwolone normy, wszystko jest w porządku. Co będzie za kilkanaście lat? Być może znów usłyszymy oświadczenie że „ups, to Was zabija, unikajcie tego”.

Tak naprawdę to postanowiłam sobie, że na czas wakacji te listy będą pozytywne, zabawne. I masz. Nie wytrzymałam. Ale tak pomyślałam, że wakacje to sezon grillowy, to czas na jedzenie ryb i ziemniaków w folii (bo przecież zdrowsze niż smażone), więc powinieneś wiedzieć.

W moim domu aluminium dostało nakaz eksmisji. Wyrzuciłam wszystkie folie, patelnie, tacki, wszystko. Z wielkim trudem znalazłam patelnię stalową, pokrytą teflonem. W sklepach wciąż próbuje nam się wciskać szkodliwy badziew, po obniżonych cenach.

Znaleźć stalową patelnię to jest sztuka. Ale warto. Podobnie folia aluminiowa - czerwona kartka na zawsze. Nie użyję jej nawet do zawijania kanapek.

Zastanawia mnie tylko jedno: dlaczego nikt nie odpowiada za to wciskanie nam głupot? Czemu ludzie, którzy kilkanaście lat temu przekonywali, że to zdrowy zamiennik tłuszczu i smażenia, teraz chodzą bezkarnie po ulicy?

Choć w sumie… kilkadziesiąt lat temu uważano, że papierosy to tak naprawdę nic złego. Dzisiaj wiemy, że to jedna z głównych przyczyn wielu nowotworów. Wiem z doświadczenia, jak wygląda oddział torakochirurgii, bo mój ojciec wypalił sobie raka płuc. Długo na to pracował.

Tak czy siak. Zachowaj czujność, unikaj folii aluminiowej, zwłaszcza tej podgrzewanej.

Zdjęcie ze strony http://przewodnikpanidomu.pl/

(...) Jeśli oczyszczasz organizm regularnie, jest szansa, że część „aluminiowej żywności” zostanie bezpiecznie wydalona.

Dobrej niedzieli,
Ewelina

niedziela, 7 sierpnia 2016

Szymon Majewski i jego felietony

Nigdy nie byłem zwolennikiem humoru Szymona Majewskiego. Ale ostatnio mnie zaskoczył. Felietony, które publikuje na stronach portalu Aleteia pokazują Jego inną twarz.
Ostatnio opublikował czwarty felieton.

Na dole strony umieściłem linki do poprzednich felietonów.


Supermama kontratakuje

Nie uczyłem się dobrze, oj nie. Byłem za wesoły, nadpobudliwy, rozgiglany. W szkole mówili, że niegrzeczny, dziadek Ignacy twierdził, że jestem tzw. żywe srebro, lekarze dwadzieścia lat później, że mam ADHD.

Roznosiło mnie. W liceum sprawa się pogorszyła. Ówczesny system szkolny wyraźnie nie wytrzymywał kudłatego Szymka z dziurami w spodniach i kurtką jeansową pozszywaną z innych kurtek. Nie byłem bandziorem szkolnym, nie. Byłem młodym wesołym wrażliwcem, trochę przerażonym nagłą dorosłością, poszedłem więc w wygłup. Niektórzy nauczyciele to rozumieli, jak kochany polonista prof. Gugulski, który miał na mnie sposób, po prostu otwierał drzwi, kazał mi wyjść i się wygalopować! Cały czas zresztą powtarzał, że Majewski jest w porządku, tylko trzeba wiedzieć, którą szufladkę w głowie otworzyć. Wierzył we mnie i ja dzięki temu trochę w siebie też. Lubił moje wypracowania, dawał mi na przykład dwóję za pisanie nie na temat, a jednocześnie piątkę za świetny pomysł. Jego przeciwieństwem była Pani od matematyki. Pani T. Nie rozumieliśmy się zupełnie. Ja przerażony matematyką. Ona surowa, ostra, oj nielubiąca chyba takiego chudego sowizdrzała jak ja. Na jej lekcjach się spinałem, kładłem wszystkie klasówki, sypały się dwóje i pały. Dwója. Powiecie, ludzka rzecz. Jednak pani T. sprawiały one największą radość. Nie było mowy o jakiejś pomocy, wytłumaczeniu. Atmosfera na lekcjach była jak na minutę przed operacją Pustynna Burza.

Moja mama posłała mnie na korepetycje i tu ciekawa sprawa, okazało się, że mój korepetytor twierdził, że matematykę umiem spokojnie na trójkę, tylko mam kompletną blokadę na panią T. I strach przed szkołą. Efektem moich starań albo raczej niestarań było niezdanie. Na tle klasy rzeczywiście ja i moi dwaj przyjaciele byliśmy trochę kolorowymi ptakami. Pani T. ewidentnie na nas zagięła, jak to się mówi, parol. Jednego z nas, Marcina, ratowało to, że był dobry z matmy, mnie i mojego przyjaciela Rafała już nic. Pani T. wiedziała, że interesujemy się innymi przedmiotami, że jesteśmy dobrzy z historii, polskiego, ale to w jej oczach nas nie ratowało, ba, chyba nawet nas pognębiało, bo wymykało się zaszufladkowaniu nas w roli całkowitych ciołków. Wszystkie wywiadówki i zebrania kończyły się dla mojej mamy płaczem. Pani T. jakoś lubiła chyba jej smutek, moja mama zaś chyba to trochę ułatwiała, była delikatna, zbyt delikatna na tamte czasy, wychowywała mnie sama, ze swoją przedwojenną, romantyczną nadwrażliwością zbierała cięgi od ludzi, którzy chcieli się poczuć lepiej. Pamiętam, że nie chciałem widzieć mamy słabej, bezbronnej, ale parę rzeczy ją przerosło, dostało jej się od życia, męża, nie potrafiła się odnaleźć w rzeczywistości PRL-owskourzędniczej. Nasza pani matematyczka zaś święciła triumfy, po niezdaniu do kolejnej klasy, w końcu poległem na maturze, pamiętam jej głośne: „Majewski! Nie rokujesz!“, ostry, podcinający skrzydła wyrok na początku klasy maturalnej. I tak się stało. Nie zdałem. Najciekawsze jest to, że mogła mi postawić słabą trójkę.

Mama kumulowała w sobie te porażki i razy. Nie sądziłem, że kiedyś wybuchnie. Do czasu.

Minęło dziesięć lat. Pracowałem już w radiu, urodziły się dzieci. Któregoś czerwcowego dnia dzwoni do mnie sąsiadka mojej mamy i mówi:

– Szymon, mama dzisiaj przeszła samą siebie, dokonała ataku na twoją matematyczkę w sklepie spożywczym! Przerażony, zatelefonowałem do mamy:

– Mamo, Boże, co się stało ?

– Szymku, musiałam. Spotkałam w spożywczym panią T. i nie wytrzymałam, poczekałam aż nie będzie miała odwrotu i przy półce z nabiałem zablokowałam jej drogę ucieczki, przyparłam torbami i powiedziałam: 
– Ty podła babo, dlaczego w szkole gnębiłaś tak fajnych chłopców!!!

Powiedziałem: – Mamo, po co, rany gościa, po tylu latach?

A mama odpowiedziała: – Synku, musiałam!!!

To prawda. Musiała. Po raz pierwszy pokonała samą siebie, wyszła z roli ofiary, bezbronnej matki do bicia!

I wiecie co? Byłem z niej dumny!

Szymon Majewski

Poprzednie felietony Szymona Majewskiego:


1) "Szymon - o czym tu będę…",
2) "Szymuś, nie repetuj, bo nabity!",
3) "Moja twarz brzmi znajomo".

Dla mających mało czasu - osobiście polecam felieton 2.

sobota, 6 sierpnia 2016

GIF wycofał...

Główny Inspektorat Farmaceutyczny podjął decyzję o wycofaniu z obrotu na terenie całego kraju:

1) Ascorbic ACID Injection B.P., 500 mg/5ml, roztwór do wstrzykiwań.
Numer serii: AA-1601, data ważności: 02.2018.
Podmiot odpowiedzialny: Systochem Laboratories Ltd., Loni.
Decyzji nadano rygor natychmiastowej wykonalności.
Powodem wycofania jest niezgodność produktu z wymaganiami Farmakopei Brytyjskiej w zakresie barwy roztworu i pH oraz siły łamiącej ampułki.
Lek Ascorbic, znany szerzej jako witamina C, stosowany jest przez osoby m.in. z niedokrwistością, stanami zapalnymi skóry i błon śluzowych, a także z problemami przewodu pokarmowego. W szczególności, lek jest konieczny dla chorych na szkorbut.


2) produkt leczniczy Encorton (Prednisonum):
- 10 mg, tabletki, 20 tabletek, numer serii: 4157902, data ważności: 01.2019,
- 1 mg, tabletki, 20 tabletek:  numer serii: 41582977, data ważności: 02.2019.
Podmiot odpowiedzialny: Pabianickie Zakłady Farmaceutyczne Polfa S.A.
Do GIF wpłynął wniosek podmiotu odpowiedzialnego o wycofanie z obrotu przedmiotowych serii w związku z podejrzeniem obecności fragmentów szkła w części fiołek.
Encorton to sterydowy lek przeciwzapalny.


czwartek, 4 sierpnia 2016

Dr Borkowski: Zgłaszanie działań niepożądanych leków

W ramach swojego cyklu uświadamiania pacjentów, dr n. farm. Leszek Borkowski przedstawił kolejny artykuł "Co daje pacjentom zgłaszanie działań niepożądanych?".

dr n. farm. Leszek Borkowski
Na początek co to są działania niepożądane leków?
Odpowiada na to pytanie slajd prof. Anny Wieli-Hojeńskiej, Kierownika Katedry i Zakładu Farmakologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu.


Zasady zgłaszania przez pacjentów działań niepożądanych określone są na stronie Ministerstwa Zdrowia.

Wspomniany wyżej artykuł dr Leszka Borkowskiego ("Co daje pacjentom zgłaszanie działań niepożądanych?")  wymienia ostatnio wprowadzone zmiany w charakterystykach 9 leków, wprowadzone na podstawie zgłaszania - także przez pacjentów - działań niepożądanych.

Swój artykuł dr Borkowski kończy apelem: "Podając tych kilka przykładów apeluję raz jeszcze - bądźmy uważni i reagujmy właściwie na pojawiające się działania niepożądane w najlepiej pojętym interesie własnym oraz innych pacjentów.".

Poprzedni, publikowany na moim blogu artykuł dr Borkowskiego: "Dr Borkowski o darmowych lekach dla seniorów".

wtorek, 2 sierpnia 2016

Ewelina: Zachowaj trochę lata na chłodne dni

Czas na niedzielna wiadomość od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia.
Przyjemniej (i refleksyjnej) lektury.

Witaj,

Końcówka lipca i początek sierpnia to dwa wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości: wakacje u dziadków, które charakteryzowały się tym, że pozwalali na więcej niż rodzice i… tym, że babcia i mama zawsze zabierały trochę lata do słoików i pudełek - na chłodne i zimowe dni.

Początek sierpnia przypomina również o tym, że jesteśmy już za połową lata, a co za tym idzie, trzeba zacząć myśleć o przygotowaniu organizmu do zimy, zadbaniu o odporność i pełnię energii. Zanim zaczną się wrześniowe pluchy trzeba wzmocnić system immunologiczny, pozbyć się złogów i toksyn z organizmu. Najlepiej naturalnie (...)

Truskawki, maliny, jagody, agrest – wszystko się nadawało.

Zdjęcie ze strony http://soki-z-natury.pl/

A propos agrestu - przypomina mi się bardzo śmieszna historia. Moja młodsza siostra od dziecka miała wilczy apetyt. Jadła wszystko i dużo. Kiedy pojechała ze mną do dziadków nie była szczęśliwa - można było wiele, ale w kwestii jedzenia panowała żelazna dyscyplina.

Posiłki o stałych porach, brak dokładek, bo posiłek był odpowiedni i sycący oraz brak podjadania między posiłkami. Kiedy więc pewnego popołudnia siostra znów skarżyła się na głos, że jest głodna, babcia wskazała na wiadro agrestu, które tego samego dnia rano dziadek przyniósł z rynku i powiedziała:
- Zjedz trochę agrestu.
- Babciu, ale ja nie lubię agrestu – odpowiedziała moja siostra.
- O, no to dzięki Bogu, że chociaż tego nie lubisz!

Ta historia przeszła do legendy. Zawsze wspomnienie jej poprawia mi humor, a kiedy kilka dni temu zobaczyłam na rynku świeży agrest, uśmiałam się prawie do łez.

Ale wróćmy do tematu. Teraz, kiedy owoce są najsmaczniejsze i relatywnie niedrogie - to idealny czas żeby pomyśleć o zimowych zapasach. Kilka dni temu pochwaliłam się znajomej, że właśnie zabieram się do zimowych przetworów i mrożonek, na co ona zaskoczona zapytała: „Dżem w sklepie kosztuje kilka złotych. Chce Ci się to robić?”

Niby tak. Jednak spójrz na etykiety tych dżemów, marmolad i przetworów. „Wyprodukowano z 40 g owoców na 100 g produktu” To ja pytam, czym jest to pozostałe 60 g? Zapewne cukier lub, o zgrozo, syrop glukozowo-fruktozowy, tona wzmacniaczy smaku, konserwantów, przypraw i aromatów.

Nawet jeśli producent pisze, że do produkcji dżemu użyto 100 g owoców na 100 g produktu, coś jest nie tak. Kiedy robię przetwory w domu, z 500 g owoców jestem w stanie zrobić maksymalnie 200, może 250 g dżemu, już po dodaniu słodyczy i pasteryzacji. Owoce zwyczajnie puszczają sok i zmniejszają objętość podczas smażenia.

Poza tym – jaką mam pewność, czy owoce użyte do produkcji tego dżemu były zdrowe, nie zepsute, nie uprawiane metodą GMO? Żadnej. No, chyba że kupuję dżem ekologiczny. Wtedy mam większą pewność.

Ja jednak jestem dość staroświecka, wolę sama zrobić przetwory. Lubię wiedzieć, co jeść. Dodać tyle słodyczy, ile potrzebuję. Mogę wtedy zrobić dżemy bez użycia białego cukru, połączyć różne smaki, np., porzeczkę z maliną lub jagody z jabłkiem albo truskawkę z agrestem.

Jak zrobić dżem bez użycia białego cukru? Zamiast tego dodaję ksylitol lub fruktozę, choć raczej ksylitol. W tym roku pierwszy raz zrobiłam dżemy bez dodatku żadnego cukru. Dokładnie wysmażyłam owoce (zajęły wszystkie patelnie na całe dwa dni), dokładnie wyparzyłam słoiki, bardzo długo pasteryzowałam i wekowałam dżemy.

Powiem Ci szczerze - już próbowałam - są rewelacyjne! Te sklepowe nawet nie umywają się do prawdziwych, domowych konfitur.

Ale to nie wszystko. Ponieważ bardzo lubię koktajle owocowe latem, kiedy pod blender wskakują truskawki, maliny, porzeczki, jeżyny, agrest, jagody - wszystko co dostępne - chcę zachować tę przyjemność również na jesień i zimę, kiedy będzie można tylko pomarzyć o świeżych truskawkach i malinach. Może będą - ale zagraniczne, pryskane chemią i nie tak pachnące. Dlatego poza słoikami z dżemami i konfiturami przygotowuję świeże owoce do zamrożenia. Nie ma nic prostszego. Wystarczy je dokładnie umyć, odrzucić szypułki, wysuszyć, wrzucić do woreczków i włożyć do zamrażarki.

W zimie, kiedy przyjdzie ochota na owocowy koktajl, po prostu sięgam do zamrażarki, wrzucam owoce do blendera i mam gotowe. Pyszne, z pewnego źródła i dużo tańsze niż gotowe mrożonki.

Czasami też przygotowuję mus owocowy, gotowy do koktajlu. Blenduję owoce, przelewam mus do pudełek i zamrażam. Potem nawet nie muszę go blendować, rozmrażam i mam gotowy, pyszny deser.

Dobrej niedzieli,
Ewelina