poniedziałek, 31 października 2016

Ewelina: Unikaj tego, jeśli cierpisz na migrenę

Kolejne spotkanie z Eweliną Drelą z Mapy Zdrowia .
Zapraszam:

Witaj,

Jak mija Ci jesienna niedziela? Mam nadzieję, że dzisiejszy poranek miałeś lepszy, niż ja kilka dni temu. Obudziłam się z potwornym bólem głowy. Nie, nie zgadłeś. Nie piłam alkoholu dzień wcześniej, nie było żadnej imprezy.

Kiedy tylko otworzyłam oczy, zrozumiałam, że to migrena. Światłowstręt, brak apetytu i to uczucie, jakby mi ktoś założył na głowę ciasną, żelazną obręcz.

Pewnie nie uwierzysz, że do niedawna nie miałam pojęcia, co to znaczy ból głowy, nie mówiąc o migrenie. Po prostu nie znałam tego odczucia. Byłam naprawdę szczęśliwym człowiekiem. Do czasu. Bo jakiś czas temu dopadło i mnie.


Zdjęcie ze strony https://portal.abczdrowie.pl

Na początku nie wiedziałam co się dzieje. Taki dziwny ból, jakby ktoś uderzał mi młotkiem w głowę. A potem migrena. Okropność.

Wtedy odkryłam coś, co dla mnie było naprawdę szokujące, a dla Ciebie może okazać się pożyteczną wskazówką. Oczywiście nie myślę teraz o tym, że ból głowy często powodują toksyny, które masowo krążą po zanieczyszczonym organizmie. (...)

Wiesz, co mnie tak zszokowało? Okazuje się, że są potrawy, które mogą powodować, a nawet nasilać ból głowy i migrenę. Poważnie! Sprawą zajął się Instytut Żywności i Żywienia, a ich wnioski są naprawdę ciekawe.

Co zatem powoduje i nasila ból głowy, oczywiście poza toksynami?

Czekolada. I to ta najzdrowsza, gorzka. Jest zdrowsza niż na przykład mleczna, bo zawiera dużo flawonoidów, które mają działanie oksydacyjne.

Jednak dla osób cierpiących na migrenę i bóle głowy jest zabroniona. Ze wszystkich produktów, które wymienię, to właśnie gorzka czekolada najbardziej zwiększa ryzyko wystąpienia bólów głowy i migreny. Oprócz rodzaju należy również zwrócić uwagę na ilość spożytej czekolady, bo u każdego inna porcja może wywołać ból głowy.

Co jeszcze?

Na przykład czerwone wino. Alkohol w ogóle  wzmaga ból głowy i ataki migreny, ponieważ rozszerza naczynia krwionośne. Powoduje również odwodnienie organizmu, które jest częstą przyczyną bólów głowy. Czerwone wino jest szczególnie niewskazane ze względu na obecność fenoli.

Tyramina. To obco brzmiące słowo jest dość powszechne w wielu produktach. Tyramina pobudza obwodowy układ adrenergiczny i wpływa na naczynia krwionośne mózgu, co może wywoływać nawet bardzo silne bóle głowy.

A gdzie czai się ta podstępna substancja?

Najwięcej znajdziesz w serach żółtych, dojrzewających i pleśniowych, w winie typu Wermuth i Chainti, piwie, podrobach, niektórych kiełbasach (zwłaszcza suszonych), czekoladzie, przejrzałych bananach oraz produktach na bazie soi.

Konserwanty i chemia. To już nie powinno Cię bardzo zdziwić. W tej grupie króluje oczywiście dobry znajomy glutaminian sodu i kolejny – aspartam.

Dodatkowo to, co może powodować migreny i ból głowy to azotany i azotyny (używane głównie przy produkcji wędlin) oraz siarczyny. Aż strach pomyśleć, jakie spustoszenie sieją w organizmie. Najlepiej jest pozbyć się ich z organizmu raz na zawsze.

Jeśli zaczyna Cię boleć głowa, powinieneś pomyśleć o dwóch rzeczach: czy masz oczyszczony organizm, nie zatruty toksynami, oraz o tym, co niedawno zjadłeś lub wypiłeś.

(...) od razu pomyślałam o tym, co zjadłam poprzedniego dnia i znalazłam winowajcę. Ser pleśniowy.

Powiem Ci szczerze, początkowo podchodziłam dość sceptycznie do tych wiadomości. Wydawało mi się, że to, co jem, nie ma wpływu na ból głowy.

A ponieważ jakiś czas temu migreny nie dawały mi spokoju, spróbowałam odstawić niektóre produkty. Ostatnio - po prostu przez zapomnienie spałaszowałam całkiem sporą ilość pleśniowego sera. Ale ogólnie unikam wina, serów i chemii w jedzeniu, a zamiast tego wybieram inne potrawy - takie, które faktycznie redukują bóle głowy – moje migreny zaczęły się zmniejszać, aż w końcu zupełnie zniknęły. Bez tabletek, leków, chemii.

No chyba, że się zapomnę, to potem cierpię.

Dużo zdrowia,
Ewelina


Z migreną radzi sobie Tradycyjna Medycyna Chińska



Więcej na stronie http://migrenicy.pl/akupresura-na-migreny,60


Więcej na stronie http://kobieta.onet.pl/ciekawostki/dzieki-tej-prostej-sztuczce-pozegnacie-sie-z-migrena-na-dobre/tn6p1k

niedziela, 30 października 2016

Szymon: wszystkie moje przeziębienia, czyli o radości zostania w domu

Felieton Szymona Majewskiego.


Najbardziej lubiłem chorować. To jasne, bo tylko wtedy mogłem cały dzień siedzieć z dziadkiem.

Najfajniejsze było małe przeziębionko, takie z temperaturą do 38 stopni, bo jak się zdarzyło więcej to już Szymek odlatywał. Wspaniałe było 37 i 7, bo robiło wrażenie na mamie, a jednocześnie nie rozkładało mnie na całego.

37 i 7 dawało mi co najmniej tydzień w domu z dziadkiem.

Chorowanie czasem realne, a czasem symulowane miało swoje rytuały. Przede wszystkim, Szymusiowi należała się specjalna konstrukcja poduszkowa, dziadek wstawiał mi za nią dużą deskę do ciasta, dzięki temu mogłem w łóżku siedzieć i robić to, co kochałem, czyli czytać. Drugi przywilej to herbata malinowa na życzenie. Pełna malin przywiezionych z Ulanowa, rozgrzewająca, często z cytryną i miodem. To był hit moich wszystkich choróbek dzieciństwa. To nie koniec luksusów. Dziadek, żeby rozweselić wnuka montował kolejkę linową łączącą kuchnię z moim pokojem. Samą konstrukcję z kółkiem montowaliśmy we dwóch z zestawu Mały Mechanik, potem linkę dziadek zaczepiał na wieszaku na ubrania koło kuchni. Trzeba było krzyknąć do dziadka: „Dziadku zrób mi kanapkę”, po pięciu minutach kanapka ze smalcem wyjeżdżała z przystanku KUCHNIA, a ja ją odbierałem na stacji ŁÓŻKO. Po zjedzeniu wysyłałem talerz z powrotem.

Do chorobowych rytuałów należało oglądanie slajdów z wakacji, opatrzonych dziadkowym komentarzem, albo „Czterech Pancernych i Psa”, też w wersji na rzutnik. Żeby stworzyć małe kino dziadek zamykał drzwi do kuchni i pokoju. To mogło mieć miejsce tylko kiedy byłem już zdrowszy, bez gorączki. Ale najcudowniejsze chwile spędzałem pod stołem, gdy dziadek malował. Tak, dziadziuś był malarzem amatorem, rozstawiał w pokoju sztalugi i malował pejzaże, a ja pod stołem budowałem różne dziwne konstrukcje z poduszek, koców i małych krzesełek, w takiej jurcie siedziałem godzinami słuchając jak dziadek rozmawiał sam z sobą prowadząc osobliwy dialog:

– Jakie buty, psze pana?

– Z cholewami! Tak, tak.

Nie wiem, wspomnieniem jakiej sytuacji był ten dialog, ale zawsze mnie bawił.

Dziadek miał osobliwe poczucie humoru i swego rodzaju partyzancki sznyt, pamiętam jak któregoś dnia zadzwonił telefon, dziadek podszedł do aparatu, wziął słuchawkę, posłuchał, pokiwał głową i odezwał się takimi słowami:

– A ty się dzisiaj zesrasz!

Wystraszyłem się, rany gościa, komuż to dziadek życzy takiej przygody, spytałem więc:

– Co się stało?

Dziadek odpowiedział:

– Jakiś dureń zadzwonił i powiedział: Dzisiaj umrzesz.

To był czas robienia tzw. żartów telefonicznych. Numery były w książce telefonicznej i nudzące się dzieciaki na chybił trafił dzwoniły z takimi wkrętami.

Jak się nie nudziłem, dziadek Ignacy robił z każdej mojej choroby bajkę i nieraz zdarzyło mi się przystawiać termometr do kaloryfera, żeby zafundować sobie parę dni z kolejką linową i pokazem slajdów.

Szymon Majewski

piątek, 28 października 2016

Karmienie piersią chroni przed rakiem



Jak podaje Tomasz Kobosz z MedExpressu, za Cancer Epidemiology, karmienie piersią chroni przed rakiem.

Stanisław Wyspiański "Macierzyństwo" 1902

Zdaniem ekspertów Europejskiego Kodeksu Walki z Rakiem karmienie piersią obniża u kobiet ryzyko pojawienia się w przyszłości raka piersi. (...)

Analiza badań przeprowadzonych w 30 krajach wykazała, że prawdopodobieństwo zachorowania na nowotwór maleje o ok. 4 %, gdy matka karmi dziecko piersią przez 12 miesięcy po pierwszym porodzie. Każdy następny poród i dwunastomiesięczny okres karmienia piersią prowadzi do spadku ryzyka pojawienia się raka o kolejne 7 %.

Rak piersi jest po raku płuca drugim najczęściej diagnozowanym nowotworem złośliwym. Jak pokazują wyniki ostatnich badań, na przestrzeni minionych 25 lat współczynniki zachorowalności na raka piersi wzrosły średnio o około 30 %. (...)

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zaleca, aby niemowlęta były karmione wyłącznie piersią do końca 6. miesiąca życia. Dzięki naturalnemu karmieniu zapewniamy dziecku ochronę immunologiczną i zmniejszamy ryzyko jego zachorowania na szereg chorób dietozależnych w przyszłości.

Jak pokazują badania, karmienie piersią jest korzystne nie tylko dla zdrowia dziecka, ale i dla organizmu matki. Pomaga ono bowiem zmniejszyć ryzyko krwawienia poporodowego, zwiększyć remineralizację kości oraz zmniejszyć ryzyko zachorowania na raka jajników i raka piersi w okresie pomenopauzalnym. (...)

Całość artykułu pod adresem http://www.medexpress.pl/karmienie-piersia-chroni-przed-rakiem/65193.

środa, 26 października 2016

Masz 20 minut? Upiecz chleb!

Jeżeli nie pieczesz chleba dla swojej rodziny, to przeczytaj artykuł "Masz 20 minut? Upiecz chleb!".


Jadwiga Operacz nie tylko podaje argumenty, które zachęcają do aktywności w tym względzie, lecz także podaje odpowiednie przepisy.

Artykuł dostępny jest pod adresem http://pl.forher.aleteia.org/articles/masz-20-minut-upiecz-chleb/.


poniedziałek, 24 października 2016

Ewelina: Jedną ręką dwóch nie weźmiesz, a szkoda, bo zdrowe

I znowu spotykamy się z Eweliną Drelą z Mapy Zdrowia.

Witaj,

Jak minął Ci ostatni tydzień? U mnie deszczowo, szaro, trochę smutno. Ale to też dobra wiadomość. Zaczął się czas, kiedy można posiedzieć w kuchni, ugotować coś pysznego i zdrowego i nie żal, że piękna pogoda za oknem, a ja tkwię przy garnkach.

Ostatnio mam ogromny apetyt na zdrowe jedzenie, mój organizm domaga się dużych ilości warzyw, zdrowych białek i węglowodanów. (...) Przestała mi odpowiadać ciężka, tłusta kuchnia, za to warzywa - zjem każdy ich rodzaj.

Mołdawskie porzekadło mówi, że w jedną rękę dwóch dyni nie weźmiesz. A szkoda. Dynie, nie dość, że są pyszne i można je przyrządzić na wiele różnych sposobów - to jeszcze niebiańsko zdrowe.


Zdjęcie ze strony http://mowimyjak.se.pl/

Kilka dni temu wpadłam do zaprzyjaźnionego warzywniaka i okazało się, że to już najwyższy czas na dynię. Są już nasze polskie, zdrowe, dojrzałe i pyszne.

Kupiłam jedną, ogromną i pomyślałam, że zrobię z niej dobry użytek. Część miąższu zamarynowałam w słoiku w occie i przyprawach. Pestki wyjęłam i wysuszyłam w piekarniku, będzie dobra przekąska zamiast popcornu na babski wieczór.

A reszta? Mmmmm…zrobiłam pyszną, rozgrzewającą, słoneczną zupę dyniową. A na deser pyszne ciasto. Przepis na nie dostałam od zaprzyjaźnionych Kanadyjczyków. Istna uczta.

Pamiętam, że jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy znajomy moich rodziców przywiózł pierwsze dynie, zrobiłyśmy z nich z siostrą ozdoby na Halloween. Wyrzuciłyśmy to, co najcenniejsze, bo nikt w domu nie miał pomysłu na to, co się robi z dynią.

Nie wyrzuca się tego miąższu. Jest zdrowszy niż wiele innych warzyw. Jest pyszny, zawiera mnóstwo witamin, minerałów. Tak pokrótce, dynia zawiera mnóstwo karotenu, witaminę A, C i witaminy z grupy B, jak również wapń, magnez, żelazo, fosfor.


Grafika ze strony http://www.cholester.pl/

Dynia zawiera także pektyny i kwasy organiczne. Ze względu na sporą zawartość węglowodanów dynia szybko syci i dostarcza  również błonnika wspomagającego pracę układu pokarmowego. (...) zawsze działa wspomagająco przy oczyszczaniu.

Ale to jeszcze nic. Dynia ma wiele właściwości zdrowotnych:
•    wzmacnia układ odpornościowy,
•    pobudza trawienie i odtruwa jelita,
•    zaopatruje organizm w witaminę D,
•    pomaga zredukować tkankę tłuszczową i obniża poziom tłuszczów we krwi,
•    odciąża trzustkę, wzmacnia osłonki włókien nerwowych ale także działa uspokajająco i moczopędnie,
•    pomaga również w dolegliwościach nerek i gruczołu krokowego.



Wróćmy jednak do zupy. Taka zupa to prawdziwy eliksir zdrowia, szczególnie cenny teraz, kiedy większość moich znajomych męczy się z przeziębieniem. Słoneczna, rozgrzewająca zupa z pysznym imbirem, papryczką chilli, kuminem.

Chcesz? Też możesz taką zrobić. To nic trudnego.
Będziesz potrzebować:
•    surowa dynia - 800 g
•    ziemniaki - 2 szt.
•    marchewka - 1 szt.
•    przyprawa curry - 1 łyżeczka
•    korzeń imbiru - ok. 1 cm
•    cebula - 1 szt.
•    czosnek - 3 ząbki
•    papryczka chili - 1/2 (lub pół łyżeczki startej ostrej papryki chilli)
•    sól
•    pieprz
•    kumin rzymski
•    cukier
•    oliwa - 4 łyżki.

A to tajemnica unikalnego smaku zupy:

Dynię obieram i kroję w kostkę. Na oleju podsmażam pokrojoną w kostkę cebulę, dorzucam do niej czosnek i marchewkę. Kiedy się zarumieni, przerzucam wszystko do garnka, dokładam kostki dyni, ziemniaki, starty imbir, curry, kumin i papryczkę chili.

Zalewam niewielką ilością wody (tak, żeby tylko przykryła warzywa do 1/4) i gotuję, aż warzywa zmiękną. Wszystkie składniki miksuję do konsystencji kremu. Na koniec dodaję sól i pieprz do smaku. Aby wzmocnić efekt, gotową zupę posypuję startym parmezanem, prażonymi pestkami słonecznika lub migdałów. I gotowe.

Spróbuj, to naprawdę zdrowa, pyszna i szybka w przygotowaniu zupa. Nie trzeba do niej wywaru, żadnych kostek rosołowych, nic. Po prostu samo zdrowie, a imbir - to już w ogóle. (...)

Smacznego! I dobrej niedzieli,
Ewelina

Polecam też artykuł Moniki Selimi-Sokołowskiej "Dynia – królowa jesieni".


niedziela, 23 października 2016

Strażnik z Teksasu, czyli chudy Szymek kontra reszta świata!

Felieton Szymona Majewskiego:


Nigdy nie byłem bohaterem w swojej sprawie, dobra, chcą mnie bić, pertraktuję a jak się nie da i siła złego na jednego to „w długą!“. Ale nie daj Boże jak komuś coś się dzieje, na ulicy, w domu, lub w zagrodzie to się w Szymku takie siły uruchamiają, że idę walczyć w ciemno.

Pierwszy raz zaatakowałem w obronie mamy na Gubałówce. Miało to miejsce w 1976 roku, mama miała silną klaustrofobię, a bardzo chciała pokazać mi kolejkę na Gubałówkę, fajnie, tylko że w kolejce bardzo się zestresowała i musiała zażyć krople walerianowe (spokój w PRL-u pachniał zawsze walerianą). W wagonie rozszedł się silny zapach kropli i jakaś pani powiedziała: – Fu! Co tu tak śmierdzi? Mimo że byłem szkrabem, rzuciłem się na nią, krzycząc: – Zamknij się babo, moja mama jest chora!!

Zawsze tak miałem, niestety nie było to poparte siłą mięśni i zdolnością do bitki. Posiadałem jednak zdolność mobilizacji i ogólny przegląd pola, a także zdolność skrzyknięcia sojuszników. Pamiętam jak na boisku gitowcy zaczęli bić naszego kolegę Artura, było ich trzech, a nasz pan od WF-u schował się do kanciapy. Dokonałem szybkiego rachunku - ich jest trzech, nas ponad dwudziestu - okej. Mają po osiemnaście lat, my po trzynaście, ale… „I Herkules d…a, kiedy ludzi kupa”, jak mawiał mój dziadek. Zacząłem mobilizować grupę: - Chłopaki!! Chodźcie wszyscy, co jest!? Biją Artura!. W ciągu paru sekund całe boisko przy ul. Białobrzeskiej ruszyło na git-ludzi. Matematyka, choć jej nigdy nie lubiłem, zwyciężyła, git-ludzie uciekali w popłochu przez parkan.

Kiedy miałem siedemnaście lat, mięśni i umiejętności Khalidowa nadal nie było na stanie, ale w tramwaju nr 15 na Placu Narutowicza znowu rzuciłem się w bój, a z opresji uratowały mnie tylko refleks i spryt.

W samo, że się tak filmowo wyrażę, południe, wracałem z korepetycji z matematyki, gdy kątem oka zobaczyłem, jak w tramwaju dwóch pijanych, agresywnych gości zaczepia dziewczynę siedzącą przy oknie. Trwało to już jakieś parę minut, byli coraz ostrzejsi i chamscy, a we mnie obudził się Strażnik Teksasu, a raczej strażnik w teksasie, bo takie dżinsy wtedy nosiłem (teksas – materiał, który za komuny udawał jeans). Podszedłem i powiedziałem: - Panowie, kończymy zabawę, pani nie ma ochoty na wasze towarzystwo!

Gadka, acz trochę oldskulowa zadziałała, panowie mieli nowy, cel: błędny rycerz z tramwaju nr 15, chudy, kudłaty i w okularach, będzie rzeź! Po tekście mniej subtelnym niż mój:- Co ci się … nie podoba? Ruszyli na mnie. Musiałem grać twardziela, rzuciłem: - Okej, panowie, ale wyjdźmy, nie róbmy w tramwaju zadymy. Czasy były inne, nie biło się jak teraz profesorów w tramwajach albo panowie chcieli mieć widownie na przystanku, tak czy siak, ruszyliśmy do wyjścia. I mimo żem był licealista, to załatwiłem ich po profesorsku, wychodząc miałem plan ucieczki, czyli od razu „z kopyta“ jak tylko staniemy na ziemi, w biegach byłem dobry, szkolne wyścigi na 60 i 100 metrów raczej wygrywałem. Ale gdy wychodziłem na przystanek rzuciłem okiem na motorniczego, który obserwował całą sytuację i miałem takie wrażenie, że był po mojej „jasnej“ stronie mocy. To porozumienie dwóch bratnich dusz dało genialny plan, wyszedłem na przystanek, panowie za mną, ja wtedy dałem krok w tył do tramwaju, a pan motorniczy zamknął drzwi! Akcja była jak z Bonda! Panowie zostali na przystanku, występek i czarne charaktery zostały ukarane, a jasna strona mocy mogła otworzyć okna w tramwaju i powiedzieć parę słów na pożegnanie! Nagrodą za wszystko było to, że dziewczyna mi podziękowała i to, że mogłem historią chwalić się przed kolegami, a teraz tu przed Wami.

Wiele lat później, będąc już pracownikiem Radia Zet, dałem się sklepać trzem dresom na Ursynowie. Powód: śmieszna czapka. Nie musiałem nikogo bronić, a siebie nie za bardzo umiałem. Jednak już rok później w nocnym autobusie znowu z kierowcą pogoniliśmy gościa, który bił studenta, pamiętam, że jak uciekał posłałem jeszcze za nim słoik z bigosem od mojej mamy. Do dziś mam przed oczami, jak bigos z grzybami rozbryzguje się na jego bandyckich plecach!

Pamiętajcie! I Herkules d…a, kiedy ludzi kupa!
Szymon Majewski


A tak na marginesie. Cytat "I Herkules dupa, kiedy ludzi kupa" jest autorstwa Stanisława Grzesiuka.


piątek, 21 października 2016

Barwniki w żywności, a nasze dzieci


Ciekawy artykuł na ten temat publikuje portal 1000 pierwszych dni dla zdrowia.


Oto jego treść:

Stosowanie substancji dodatkowych do żywności jest regulowane prawnie. Jedną z grup substancji dodawanych do żywności ogólnego przeznaczenia są sztuczne barwniki. Celem ich stosowania jest przywrócenie lub nadanie barwy środkom spożywczym.

W 2007 r. naukowcy w Wielkiej Brytanii zbadali zależność pomiędzy spożyciem z żywnością sześciu barwników (tartrazyny, żółcieni chinolinowej, żółcieni pomarańczowej, azorubiny, czerwieni koszenilowej A, czerwieni Allura) a zachowaniem dzieci. Przebadano 153 dzieci 3-letnich oraz 144 dzieci 8- i 9-letnich. Podawano im napój zawierający 4 z 6 wyżej wymienionych barwników. Wyniki potwierdziły wpływ napoju zawierającego barwniki na nadaktywność w dwóch grupach wiekowych dzieci. Nadaktywność ta objawiała się m.in.: przerywaniem cudzych wypowiedzi, gadatliwością, impulsywnością, niepokojem, nadpobudliwością ruchową, czy problemami z koncentracją.

Konsekwencją tych badań było wprowadzenie obowiązku zamieszczania ostrzeżenia: „może mieć szkodliwy wpływ na aktywność i skupienie uwagi u dzieci” na etykietach środków spożywczych, zawierających jakikolwiek z przytoczonych w tym artykule 6 barwników. Obowiązek ten obejmuje kraje Unii Europejskiej i jest poparte odpowiednim rozporządzeniem.

Celem polskiego badania z 2011 roku była ocena zawartości wymienionych wcześniej sześciu barwników spożywczych w wybranych 20 środkach spożywczych: 12 napojach bezalkoholowych oraz 8 wyrobach cukierniczych np. karmelkach, cukierkach pudrowych. Wykazano, że zawartość barwników w tych produktach odpowiadała wymaganiom ustawodawstwa (wyniki były znacząco niższe od obowiązujących limitów). Badacze zauważyli również, że producenci rezygnowali z użycia tych barwników na rzecz innych, co prawdopodobnie wynika z faktu obowiązku umieszczania na etykietach produktów specjalnego ostrzeżenia o możliwym szkodliwym działaniu na aktywność i skupienie uwagi u dzieci.

Podsumowując, zawartość barwników, dla których ustalono wartość akceptowanego dziennego pobrania (ADI- ilość substancji, która może być spożywana przez człowieka przez całe życie, ze wszystkich źródeł, nie szkodząc zdrowiu), jest limitowana w żywności. Warto jednak zwrócić uwagę na ich zawartość w żywności i unikać produktów, które je zawierają.

Artykuł znajduje się na stronie http://www.1000dni.pl/wyniki-badan-o-1000-dniach/478-niektore-barwniki-zawarte-w-zywnosci-moga-zaburzac-koncentracje-i-skupienie-uwagi-u-dzieci.

Pod artykułem podane są teksty źródłowe, na podstawie których był napisany.

poniedziałek, 17 października 2016

Ewelina: Powstała z łez, a chroniła marynarzy przed szkorbutem!

Co tym razem pisze Ewelina Drela z Mapy Zdrowia - warto przeczytać:

Witaj,


Jak mija Ci niedziela? U mnie nawet nie jest najgorzej. Chwilowo przestało padać i udało się nawet wyjść na spacer.

Mam nadzieję, że pamiętasz o tym, żeby teraz szczególnie zadbać o swoje zdrowie i odporność (...). 

Mi dzięki temu udało się nie zachorować, choć wszyscy wokół mnie są mocno „pociągający”.

Ale do rzeczy. Dzisiaj chciałam Ci opowiedzieć o pewnym szczególnie zdrowym warzywie. Na stołach gości już od ponad 4000 lat, a mówi się, że jego główki powstały z łez Likurga, który został ukarany przez boga wina, Bachusa, za zniszczenie jego winnicy.

Kapusta, bo o niej mowa, uchodzi nierzadko za ciężkie, mało zdrowe i mało wykwintne warzywo. Tymczasem surowa kapusta może być w leczeniu tym, czym chleb w żywieniu, czyli absolutną podstawą.



Kapusta leczy kaca, chroni przed anemią, działa leczniczo w chorobach stawów, wspomaga odporność, wpływa na włosy i paznokcie. 

Czy wiedziałeś, że kapusta jest naprawdę niskokaloryczna, a witaminy C zawiera tyle, co cytryna? Nawet do 36 mg w 100 gramach kapusty. Ale to jeszcze nie wszystko.

Kapusta zawiera mnóstwo witamin z grupy B, witaminę E, A, K i rutynę. Ma w sobie również siarkę, która poprawia kondycję włosów i paznokci oraz niewielkie ilości arsenu. Na dokładkę - magnez, potas, drogocenne żelazo oraz kwas foliowy. 

To nadal nie wszystko. Kapusta to dobre źródło błonnika (...).

Teraz, w sezonie jesienno-zimowym szczególnie pożyteczna jest kapusta kiszona. Już od XVII wieku statki handlowe, które wypływały w morze wypełnione były kapustą kiszoną. 



Nie znano wówczas witamin, a kapusta kiszona nie tylko zapobiegała szkorbutowi i odmrożeniom, ale również wzmacniała odporność. Zawarty w kiszonej kapuście naturalny antybiotyk regulował pracę układu pokarmowego.

Podczas fermentacji, w kapuście kiszonej wydziela się kwas mlekowy, który jest źródłem kwasu askorbinowego. Mało tego, kiszona kapusta ma jeszcze więcej witaminy C niż surowa. Wychodzi na to, że jest bardziej bogata w witaminę C niż cytryny. 

Kwas mlekowy zawarty w kapuście kiszonej pomaga oczyszczać jelita z bakterii gnilnych, dzięki temu wspomaga wzrost dobroczynnych bakterii jelitowych. (...) 

Ja osobiście uwielbiam kapustę w różnych postaciach. Surową w sałatce, kiszoną z kminkiem, majerankiem, marchewką, bigosu, gołąbków. Zwłaszcza teraz, kiedy pogoda jest bardzo nieprzewidywalna, lubię do obiadu dodać surówkę ze świeżej lub kiszonej kapusty.

Dobrej niedzieli,
Ewelina



niedziela, 16 października 2016

Szymon Majewski: Dziadek MacGyver PRL-u!


PRL trzeba było jakoś ominąć, znaleźć sposób na system, przejść przez niego boso, ale w ostrogach. Moim idolem lat dziecinnych był mój dziadek Ignacy, mimo AK-owskiej przeszłości próbował brać czasem PRL na wesoło.

Było biednie, ciężko czasem, żyliśmy z emeryturki dziadka (zdrobnienie oddaje wielkość tej kwoty) i pensyjki mamy, co to była za pensja najlepiej obrazuje fakt, że moja mama jako pracownica służby zdrowia nosiła ciągle jedne pończochy do repasacji i łatania, zawsze mówiąc: - Boże, jak zemdleję na ulicy, co za wstyd będzie na Izbie Przyjęć!

Trzeba było sobie radzić więc patentami, jak obniżyć koszty i ominąć różne higieniczne zasadzki PRL. Np. wnuczek Szymuś chciał się napić gruźliczanki - wody z owianych złą sławą kultowych saturatorów, dobrze, ale o ile sok z wodą gazowaną wydawał się pyszny, o tyle kubeczki wielorazowego użytku myte były krótkim strumyczkiem wody. Dziadek jednak miał na to sposób, otóż zawsze latem nosił dla wnusia jego własny kubek. Podchodziliśmy do saturatora i dziadek zamawiał wodę z sokiem dla Szymka. Normalnie taka radość kosztowała 1,50, ale z własnym naczyniem - 1 zł!

Tylko dziadek, na wakacjach, gdy kiedyś w barze mlecznym nie było widelców (!), potrafił pójść do lasu i wystrugać dla mnie i dla siebie komplet drewnianych widelczyków!


Jednak mistrzem świata został, gdy byliśmy na wakacjach na Zwolakach, niedaleko Ośrodka Huty Stalowa Wola nad Tanwią. Mijając ośrodek w drodze na obiad, często chcieliśmy pograć w piłkarzyki. I tu zawsze były trzy przeszkody. Pierwsza: piłeczka była tylko dla mieszkańców ośrodka. Druga: piłeczki z reguły nie było. Trzecia: wynajęcie piłeczki kosztowało 3 zł. Co zrobił dziadek ? Wyrzeźbił piłeczkę z drewna! Zajęło mu to chyba cztery dni, ale tak się zaparł, że się udało. Wyciął w lesie kawałek kijka dębowego i tak pracował swoim scyzorykiem, że piłka była jak oryginalna. Teraz pewnie zrobiłaby to drukarka 3D. Wtedy zrobił to mój dziadek. Mój kochany Dziadek w 3 D. Piłka nie była może idealna i jestem pewien nawet, że w sensie geometrycznym nie była może kulą, ale się toczyła!

Wszyscy nam zazdrościli tej piłki, a moment chwały, gdy Szymek wraz z miejscowymi podjeżdżał pod ośrodek i z kieszeni wyjmował dębową futbolówkę był bezcenny!

W tym czasie gdy graliśmy w piłkarzyki dziadek Ignalek rzeźbił dla mnie łódeczkę z kory lub reperował rowery, mógł też robić spławiki z gęsiego pióra.

PRL miało patenty na obywatela, dziadek Ignacy miał patenty na PRL!

Gdy wspominam mojego dziadka, to zawsze widzę go pochylonego ze scyzorykiem albo z innym narzędziem reperującego coś, od garnka poprzez prodiż albo okulary.

Myślę, że teraz nie zamieniłby tego wszystkiego na oglądanie telenoweli, a jak by trzeba było, zreperowałby nawet internet!

Szymon Majewski

sobota, 15 października 2016

6 mitów na temat żywienia w chorobie nowotworowej


Serwis Medexpress, na podstawie poradnika dla pacjentów i opiekunów „Fakty i mity żywienia w chorobie nowotworowej” autorstwa dr Aleksandry Kapały, lekarza onkologa pracującego w Klinice Nowotworów Głowy i Szyi w Centrum Onkologii-Instytutu w Warszawie oraz Przewodniczącej Szpitalnego Zespołu Żywieniowego, przedstawił własne opracowanie na temat żywienia chorych z chorobą onkologiczną.

Oto fragmenty:


Mit 1. Chudnięcie i niedożywienie to stan naturalny towarzyszący chorobie – uważa tak 77% badanych.
W wyniku choroby i prowadzonej terapii mogą pojawić się problemy z odżywianiem (brak łaknienia, dysfagia, czyli problemy z przełykaniem, mdłości), jednak nie oznacza to, że spadek masy ciała dotyczy zawsze każdego chorego. Wiedząc o występowaniu takich działań niepożądanych tym bardziej warto zapytać lekarza lub dietetyka, jak zapobiec niedożywieniu organizmu.
Głębokie niedożywienie oraz wyniszczenie są często niezależnymi czynnikami złego rokowania. Należy podjąć intensywne leczenie żywieniowe ponieważ pacjent niedożywiony częściej rozwija powikłania, może źle tolerować leczenie. (...) Odpowiednio wcześnie przeprowadzona konsultacja z lekarzem lub dietetykiem, zmiana diety i/lub dodanie żywienia medycznego może pozytywnie wpłynąć na stopień odżywienia, ograniczając tym samym jego niekorzystny wpływ na terapię. Dlatego eksperci zgodnie podkreślają, że żywienie medyczne powinno być integralną częścią leczenia onkologicznego.

Mit 2.: Najlepsze i najbardziej odżywcze są posiłki domowe
W trakcie leczenia onkologicznego w przypadku wielu pacjentów onkologicznych nadchodzi moment, kiedy tradycyjna dieta nie jest w stanie zaspokoić zwiększonego zapotrzebowania na energię, białko i pozostałe składniki odżywcze. Nie bez przyczyny wielu ekspertów podkreśla, że jednym z integralnych elementów leczenia powinno być żywienie medyczne, czyli włączenie specjalistycznych preparatów odżywczych, które pozwalają uzupełnić niedobory pokarmowe. (...) 

Mit 3.: Raka można zagłodzić – 28% respondentów zgadza się ze stwierdzeniem, że podczas choroby nowotworowej powinno się ograniczyć spożycie produktów wysokokalorycznych, witamin i minerałów, ponieważ mogą one przyspieszyć rozwój choroby.
Głodówka nie hamuje rozwoju nowotworu, natomiast może w istotny sposób pogorszyć stan chorego. Niedożywienie u pacjenta prowadzi do tego, że organizm nie ma „paliwa” niezbędnego do życia i walki z chorobą. W celu pozyskania energii organizm wykorzystuje własne zapasy nie tylko z tkanki tłuszczowej, ale również tkanki mięśniowej. W konsekwencji może to skutkować skrajnym osłabieniem, nasilonym jadłowstrętem, spadkiem progu odczuwania bólu, jak również może doprowadzić do niewydolności wielu narządów. (...)

Mit 4.: Białko żywi raka – Co piąty badany uważa, że chorzy na raka powinni unikać produktów wysokobiałkowych, ponieważ może to sprzyjać rozwojowi nowotworu.
Wręcz przeciwnie, w przypadku pacjentów z chorobą nowotworową zapotrzebowanie na białko może znacząco wzrosnąć! Jeśli nie dostarczamy organizmowi wystarczającej ilości tego składnika, białko niezbędne do funkcjonowania pozyskiwane jest z rozkładu – na początku mięśni, a następnie z innych narządów. Stąd w trakcie rozwoju choroby nowotworowej dochodzi do dużych niedoborów białka. Dodatkowe usunięcie go z diety, bez konsultacji z lekarzem, osłabia organizm i może utrudniać walkę z chorobą.
Warto również pamiętać, że białko, węglowodany i tłuszcze wraz z witaminami, mikroelementami i wodą decydują o prawidłowym funkcjonowaniu metabolizmu. Białko pełni niezliczone role – warunkuje odnowę uszkodzonych tkanek, gojenie się ran, wspiera funkcje układu odpornościowego, produkcję enzymów i hormonów. To składnik, który jest zaangażowany praktycznie w każdą funkcję każdej komórki.

Mit 5.: Żywienie medyczne stosuje się tylko w szpitalu. To przede wszystkim kroplówki – Jak wykazało badanie świadomościowe , żywienie medyczne kojarzy się często z karmieniem za pomocą sondy bądź „kroplówki”, tymczasem form leczenia żywieniowego jest więcej.
Żywienie medyczne, po konsultacji z lekarzem, może być stosowane również w domu. Specjalne preparaty odżywcze dostępne są m.in. w formie płynnej bezpośrednio do picia i mogą być także stosowane jako dodatek do przygotowywanych posiłków. Natomiast kroplówka to najczęściej nic innego jak woda z niewielką ilością chlorku sodu, glukozy i ewentualnie innych soli. Nie jest to zamiennik posiłku, a jedynie sposób na wyrównanie zaburzeń elektrolitowych. Nie zawiera składników ożywczych, takich jak białko, tłuszcze czy węglowodany.
Jeżeli spożywanie posiłków drogą doustną jest niemożliwe, preparaty do żywienia medycznego podawane są przez zgłębniki bezpośrednio do przewodu pokarmowego. Trzecią opcją, stosowaną w ostateczności, w przypadku niewydolności przewodu pokarmowego, jest żywienie pozajelitowe, podawane bezpośrednio do żyły z pominięciem przewodu pokarmowego (mylnie nazywane „kroplówkami”). (...)

Mit 6.: Istnieje dieta lecząca z raka
O cudownych dietach, które leczą raka, mówi się bardzo wiele. Do tej pory jednak nie udowodniono skuteczności żadnej z nich, co więcej ryzyko niedożywienia podczas stosowania takich diet jest bardzo wysokie. (...) Niebezpieczeństwo rośnie w momencie, gdy autorzy takich diet zachęcają pacjentów do całkowitej rezygnacji z konwencjonalnego leczenia i ograniczenia terapii do stosowania ich diety. (...)

Link do artykułu "6 mitów na temat żywienia w chorobie nowotworowej" na stronach serwisu Medexpress.

czwartek, 13 października 2016

Decathlon wycofuje wadliwy sprzęt do wspinaczki. Apeluje o zwrot


Decathlon apeluje, by klienci, którzy kupili niebezpieczny sprzęt nie korzystali z niego i oddali go do sklepu.

Chodzi o sprzęt do asekuracji we wspinaczce firmy Black Diamond: Posiwire Quickpack, Positron Quickdraw Camalot™ and Iron Cuiser Via Ferrata, Subject To Inspection.


Decathlon apeluje o ostrożność, informuje też, że nie doszło do żadnego wypadku związanego z wyżej wymienionym sprzętem.

Marka Black Diamond wydała komunikat: "Jeśli jesteś użytkownikiem któregoś z powyższych artykułów prosimy o NATYCHMIASTOWE zaprzestanie użytkowania ich oraz kontrolę, czy jest on zdatny do użytku. Jeśli dojdą Państwo do wniosku, że nie, firma Black Diamond wymieni go bezpłatnie".


wtorek, 11 października 2016

Opieka nad osobą z demencją


Tomasz Kobosz z serwisu MedExpress opublikował artykuł "5 rzeczy, które trzeba wiedzieć opiekując się osobą z demencją".
Temat jest na tyle ważny, że publikuję jego fragmenty.


Schorzenia demencyjne, w tym choroba Alzheimera, stanowią nie lada wyzwanie dla rodzin pacjentów. Przedstawiamy odpowiedzi na pięć pytań najczęściej zadawanych przez opiekunów chorych.

1. Co zrobić, jeśli osoba z demencją nie chce jeść?
Część osób chorych na demencję albo odmawia przyjmowania pożywienia, albo zapomina lub ma inne kłopoty z przeżuwaniem. 
Dzieje się tak dlatego, że na pewnym etapie choroby część mózgu odpowiedzialna za naturalne przeżuwanie przestaje funkcjonować. W takiej sytuacji najlepszym sposobem jest ostrożne i troskliwe karmienie osoby starszej przez opiekuna. Warto postarać się o pomoc profesjonalnego dietetyka. Określi rodzaj i ilość pokarmów, które będą najlepsze dla seniora" - mówi prof. Michael Davidson, doświadczony ekspert w zakresie badań nad chorobą Alzheimera oraz opracowywania leków na demencję, współzałożyciel kompleksowego centrum dla seniorów Angel Care we Wrocławiu.
Niezależnie od opisanego problemu większość osób cierpiących na choroby demencyjne ma tendencję do utraty wagi. Nie ma przy tym znaczenia, jak dużo jedzą. (...)

2. Co zrobić, jeśli osoba z demencją nie pozwala się umyć?
Codzienna higiena to podstawa, jednak osoby z demencją bardzo często odmawiają mycia się. Dzieje się tak dlatego, że nie rozumieją, dlaczego mają zdjąć swoje ubranie i iść na przykład pod prysznic. Dodatkowo sam proces rozbierania postrzegają często jako atak fizyczny i bronią się przed nim.
"Na szczęście ten stan nie trwa długo, ale pod warunkiem, że osoba starsza traktowana jest delikatnie i empatycznie. Wtedy zmienia swoje nastawienie do mycia i opiekuna w ciągu kilku minut. Pamiętajmy przy tym, że argumentacja i tłumaczenie, jak ważna jest higiena, nie pomoże. Proste komunikaty koncentrujące się na przyjemnościach, na przykład czekających już po kąpieli, cierpliwość i zrozumienie dla seniora to najlepsze rozwiązanie w takiej sytuacji" - podkreśla prof. Davidson.
Warto też pamiętać o tym, że mycie często kojarzy się osobie starszej z nieprzyjemnym odczuciem zimna. Dzieje się tak m.in. dlatego, że w starszym wieku chłód odczuwa się bardziej. Dlatego przed kąpielą temperatura w łazience powinna być odrobinę wyższa niż zwykle, tak żeby senior czuł się komfortowo. Istotny jest jeszcze jeden fakt: strumień wody z prysznica znajdującego się nad głową osoby z demencją może wywoływać u niej strach i stres. Lepiej zorganizować mycie tak, by senior cały czas widział, skąd płynie woda. (...)
Aby obniżyć poziom stresu osoby starszej, warto też wprowadzić regularną porę mycia, każdego dnia (nawet jeśli wydaje się to niepotrzebne). W ten sposób kąpiel stanie się dla seniora formą rutyny, normalną częścią dnia. (...) 

3. Co zrobić, kiedy osoba z demencją nie chce spać?
Często zdarza się, że zamiast spać 6-8 godzin w ciągu doby, osoba z demencją śpi przez zaledwie 1-3 godziny, następnie przez kilka godzin jest aktywna i znowu śpi przez stosunkowo krótki czas.
"Przyczyną tego rodzaju problemów ze snem jest degeneracja tej części mózgu, która reguluje rytm dobowy. Środki nasenne są skuteczne tylko w małym stopniu, czasem powodują reakcje paradoksalne - z intensywnymi zaburzeniami zachowania, często o charakterze gwałtownym, mogą także spowodować delirium i często dodatkowo pogarszają funkcjonowanie pamięci. Pomóc może utrzymywanie aktywności seniora w dzień, jak najdłużej się da" - wyjaśnia dr Patryk Piotrowski, psychiatra z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
Dobrym rozwiązaniem jest wprowadzenie aktywności jak najbardziej angażujących, jak wyjścia na terapię zajęciową lub wycieczki. Podczas pobytu w domu trzeba zniechęcać seniora do popołudniowych drzemek, a  zachęcać do regularnych ćwiczeń (lecz nie później niż na cztery godziny przed snem). (...)

4. Co zrobić, jeśli osoba z demencją przestaje kontrolować fizjologię?
Osoby z demencją tracą kontrolę nad swoimi potrzebami fizjologicznymi na relatywnie wczesnym etapie choroby, już 1-2 lata od pojawienia się jej pierwszych symptomów.
"Nie dzieje się to z dnia na dzień, to proces stopniowy. Jednak bardzo ważne jest to, żeby ten problem właściwie zdiagnozować. To sprawy intymne, osoby starsze niechętnie dzielą się tego rodzaju kłopotami nawet z bliskimi. Czują się niepewnie w miejscach publicznych, więc unikają wychodzenia z domu. To dodatkowo potęguje samotność i poczucie wykluczenia – mówi dr Małgorzata Pędzik, geriatra z wrocławskiego centrum.
Ważne jest również to, żeby jak najdłużej utrwalać określony nawyk. Jednym z rozwiązań jest przypominanie seniorowi o korzystaniu z toalety nawet wtedy, gdy jego potrzeba nie jest oczywista. Jednak w określonym momencie konieczne staje się używanie pieluch dla dorosłych. Dobrze jest pomyśleć o tym wcześniej, ponieważ brak pełnej kontroli nad swoimi potrzebami fizjologicznymi jest bardzo upokarzający, zwłaszcza w miejscach publicznych. Istnieją pieluchy dyskretne i niewidoczne, dzięki czemu osoba starsza nie czuje dyskomfortu. 

5. Co zrobić, kiedy osoba z demencją przestaje mówić?
Dla osób z demencją typowe są problemy z komunikacją, w tym zapominanie słów, tracenie wątku, mówienie nieskładne czy powtarzanie tych samych historii. To również jest proces stopniowy, a jego przebieg jest bardzo indywidualny. Jednak na pewnym etapie kłopoty z porozumieniem się powodują, że senior jest coraz bardziej sfrustrowany, a opiekun staje się poirytowany i ma poczucie bezradności. 
"Pamiętajmy jednak, że nawet jeśli osoba z demencją ma problemy z mówieniem, to nadal jest zdolna do doświadczania uczuć i emocji. Dlatego w takich sytuacjach często ważniejsze jest to, jak mówimy, niż to, co mówimy" – wyjaśnia dr Piotrowski.
Trzeba unikać poprawiania i krytykowania seniora, jak również wchodzenia z nią w dyskusje. Opiekun powinien wykazywać się cierpliwością i starać się zrozumieć życzenia osoby starszej z jej gestów i ruchów. Nawet jeśli senior przestaje mówić, nadal można komunikować się z nim poprzez dotyk i wzrok. (...)

Osoby zainteresowane zapraszam do zapoznania się z pełną treścią artykułu "5 rzeczy, które trzeba wiedzieć opiekując się osobą z demencją" w serwisie MedExpress.

niedziela, 9 października 2016

Szymon: Moja mama i jej angielskie wyjście

Kolejny felieton Szymona Majewskiego:


Dziś napiszę o tym, jak moja mama wyszła z przyjęcia po angielsku. Żebyście poczuli smak tej słynnej rodzinnej anegdoty, nakreślę wam mały portret mamy.

Moja mama nawet imię miała takie trochę przedwojenne - Maria, Marysia. Taka też była, przedwojenna, czyli nie na ten czas, nie na czas pośpiechu i rywalizacji. Delikatna i nieśmiała. Nie lubiła za bardzo przyjęć, stresowały ją:

– Kto przyjdzie? Kto będzie? Nie potrafiła bywać, brylować towarzysko. A tu życie płynęło, synek już był na swoim, miał rodzinę i dzieci, co pewien czas organizował więc przyjęcia, a tam przychodziło mnóstwo gości, czasami ludzie, których nie znała. - „Synek celebrynek”, jak o sobie mówiłem, miał czasami znajomych z pierwszych stron, a to mamę peszyło już wyjątkowo. Pamiętam, jak kiedyś po coś przyjechał do mnie mój kolega Michał Zieliński, aktor, którego mama bardzo lubiła, filar „Rozmów w Tłoku”. Michał miał do mnie wpaść przejazdem. Gdy tylko zadzwonił dzwonek, mama nagle zniknęła. Z Michałem rozmawialiśmy w drzwiach może pięć minut. Przez ten czas mamy nie było. Gdy Michał poszedł, zacząłem jej szukać, po przejrzeniu wszystkich zakamarków wszedłem do garderoby i zobaczyłem, że mama stoi w niszy między lodówką a szafą!

– Mamo, co tu robisz?
– A wiesz, tak sobie tu stanęłam, ja tak lubię pana Michała, a dziś jakaś taka jestem nieuczesana…

To była cała Marysia Majewska, moja kochana mama, powojenne wydanie Stefci Rudeckiej. Inna mama wyleciałaby przede mnie, uścisnęła Michała, krzycząc:

– Boże, co tam u ciebie, mój Michałku!

A moja mama pięć minut wypełniała niszę obok lodówki, jakby była okupacja i Niemcy krążyli w okolicy.

Jej nieśmiałość czasem zastawiała na nią pułapki i zasadzki. Oto jedna z piękniejszych i barwniejszych historii domowych, kiedy tylko wspominam moją nieżyjącą już mamę, to zawsze ze łzami w oczach przypominam sobie słynną „angielską” anegdotę. To historia prawie filmowa, scena, która mogłaby zdarzyć się w pięknej, szlachetnej angielskiej komedii.

Było moje przyjęcie, chyba imieninowe, sporo osób jak na nasze mieszkanie na Młocinach, rodzina, znajomi i oczywiście moja mama. Pani Marysia dzielnie stawiała czoła wyzwaniom w postaci znajomych i nieznajomych, jednak po paru godzinach postanowiła wyjść, podeszła do mnie dyskretnie w kuchni i powiedziała:

– Szymku, ja wyjdę po angielsku.
– Dobrze, mamo, okej, jak chcesz. To cześć.
– Pa, cześć.

Po czym mama, dyskretnie przy ścianie, prześlizgnąwszy się przez cały salon, delikatnie i niezauważenie otworzyła drzwi na klatkę schodową i… chcąc zapalić światło na klatce wcisnęła… dzwonek do drzwi!!!

Na dźwięk dzwonka wszyscy obecni podskoczyli i spojrzeli w stronę drzwi, krzycząc:

– Marysiu!!! Wychodzisz!? Bez pożegnania!?

Po czym żegnanie się ze wszystkimi zajęło mojej nieśmiałej mamie kolejne dwie godziny…

piątek, 7 października 2016

Rowerki dziecięce na celowniku UOKiK

UOKiK radzi na co zwrócić uwagę kupując rower dla dziecka, przyczepkę lub fotelik rowerowy.


UOKiK poinformował, że Inspekcja Handlowa skontrolowała ostatnio produkty dla najmłodszych. Celem kontroli była ocena bezpieczeństwa rowerów dziecięcych oraz fotelików i przyczepek rowerowych oraz usunięcie z rynku produktów niebezpiecznych.

Inspektorzy sprawdzili 280 partii produktów dla dzieci. Wątpliwości wzbudziło 28 % (78 partii). Wady konstrukcyjne, które mogą zagrażać bezpieczeństwu dotyczyły 9 % (25 partii) rowerów.

UOKiK wskazał, że problemem w rowerach dziecięcych były ostre krawędzie elementów mocujących, zastosowanie mechanizmów, które umożliwiają regulację bez użycia narzędzi (przykładowo, siodełka dziecięce powinny być mocowane np. za pomocą śruby), a także nieprawidłowe funkcjonowanie części ruchomych roweru (np. brak swobodnego skrętu kierownicą w obie strony o co najmniej 60 stopni). Kontrolerzy zakwestionowali jedną partię fotelików rowerowych - ze względu na nieprawidłową budowę zabezpieczenia.

23 % (64 partii) produktów było źle oznakowanych. Przewinienia przedsiębiorców to niepełne informacje w instrukcji użytkowania oraz brak oznaczeń lub ostrzeżeń na produkcie. Pozytywnym aspektem jest to, że w porównaniu do poprzednich lat przedsiębiorcy lepiej radzą sobie ze znakowaniem rowerów i odpowiednią informacją.

Pełny tekst komunikatu UOKiK.



środa, 5 października 2016

Nowy wirus na facebooku wykorzystuje twoje zdjęcie!

Na Facebooku szaleje nowy wirus, tym razem jednak jest rozsyłany przez własnych znajomych, jako wideo. Nie klikajcie, nie ściągajcie!


Schemat wygląda następująco: dostajemy powiadomienie, że nasz znajomy wstawił wideo z naszym udziałem, na naszej tablicy na facebooku. Faktycznie na wallu zobaczymy swoje profilowe zdjęcie oznaczone guzikiem PLAY. 
Opatrzone jest on podpisem według formuły "Imię Video" (np. "Tadeusz Video"). Tak spreparowany link pojawia się na tablicy ofiary i kusi jej znajomych, którzy często bez zastanowienia w niego klikają.
Po kliknięciu zostajemy odesłani do strony łudząco przypominającej serwis Youtube, jednak, aby obejrzeć wideo, zostaniemy poproszeni o zainstalowanie specjalnej wtyczki. Wtedy sami zaczynamy rozsyłać wirusa, a nasze dane mogą trafić w ręce cyberprzestępców. 
Nasza przeglądarka zaczyna proponować nam strony zachęcającej do skorzystania z usług SMS premium (charakterystyczne numery zaczynające się na 925XX, które kosztują ponad 25 zł za jedną wiadomość) i dodatkowo wyświetla "agresywne" reklamy. Ów dodatek automatycznie zamienia też nasz facebookowy profil w swoiste "zombie", które rozsyła podobne wiadomości do innych znajomych. W ten sposób złośliwe oprogramowanie rozprzestrzenia się na kolejne komputery.

Po informacje, co zrobić, gdy zarazimy się facebookowym wirusem oraz jak chronić się przed takimi atakami zapraszam do artykułu "Nowy, internetowy wirus atakuje na Facebooku" w serwisie ONET.

Jeśli otrzymacie takie powiadomienie, ostrzeżcie znajomego, od którego otrzymaliście link, aby odinstalował wtyczkę ze swojego komputera.

poniedziałek, 3 października 2016

Ewelina: Naturalny probiotyk zamknięty w słoiku

Ewelina Drela z Mapy Zdrowia o kiszeniu ogórków.

Witaj,


Jak mija Ci niedziela? U mnie, po słonecznej sobocie jest deszczowo i jesiennie. Widać, że lato już całkiem daje za wygraną. 

Kiedy zaczyna się taka jesienna słota, zaczynam poważnie myśleć o odporności. Nie wiem, jak to się stało, ale pod koniec ubiegłego tygodnia niemal wszyscy moi znajomi złapali jakieś paskudne przeziębienie. Dosłownie, niemal w jednym momencie. Ci silniejsi już są zdrowi, reszta walczy. (...)

A kiedy przychodzą takie jesienne, deszczowe dni, mam na nie swoją obiadową receptę. Przygotowuję gulasz wołowy z kaszą jaglaną (pycha i zdrowo), a do tego obowiązkowo… najlepszy i naturalny probiotyk w formie dodatku.

Ogórek kiszony. Tak, to jest moment kiedy zaczynam pochłaniać olbrzymie ilości ogórków kiszonych. Nie są już co prawda małosolne, ale też nie za bardzo ukiszone. Takie w sam raz.

Zdjęcie ze strony http://www.przepisy.rzeszow.pl/

A czemu są takie zdrowe? Co takiego jest w kiszonych ogórkach, że tak je lubimy?

Przede wszystkim są pyszne. Idealne do gulaszu, ale też zupa ogórkowa… mmm... chyba wiem, co zjem jutro na obiad :)

Kiszone ogórki to nie tylko bomba witaminowa, ale też jeden z najskuteczniejszych, naturalnych probiotyków. Są źródłem kwasu mlekowego, który wydziela się w czasie fermentacji. Kwas mlekowy oczyszcza organizm (...) i wzmacnia system obronny, chroniąc Cię przed chorobami. 

Znów doświadczam tego, że organizm jest naprawdę mądry. Doskonale wie, czego mu potrzeba i zazwyczaj na to mam właśnie ochotę. Teraz potrzebuję głównie wzmocnienia i dużo odporności, dlatego pochłaniam ogórki kiszone.

Dodatkowo ogórki kiszone regulują florę bakteryjną w jelitach, wspomagają trawienie i wchłanianie produktów przemiany materii. (...) 

Kiszone ogórki dostarczają sporo witamin z grupy B, które pomagają regulować metabolizm, ułatwiają trawienie białek, tłuszczów i węglowodanów, wygładzają skórę, wzmacniają włosy i paznokcie oraz zwiększają przyswajalność żelaza, chroniąc przed anemią. Są dobrym źródłem witaminy C, A, E, K oraz magnezu, wapnia, fosforu i potasu. 

Najzdrowsze są kiszonki które robisz sam. Popatrz na skład kiszonych ogórków, które możesz kupić w sklepach. Cukier, substancje wzmacniające smak i zapach? Po co? Dobrze zrobione, domowe ogórki kiszone wcale tego nie potrzebują. Smakują i pachną znakomicie, a przy tym są zdrowsze i bardziej naturalne. 

Teraz już jest trochę za późno na kiszenie, bo już po sezonie na ogórki, ale mam nadzieję, że zrobiłeś zimowe zapasy.

Dobrej niedzieli,
Ewelina


niedziela, 2 października 2016

Szymon: Stan wojenny, a my… Indianie!

Szymona Majewskiego wspomnienie najwspanialszych wakacji w życiu!


Do tej pory spotykam ludzi, którzy uważają, że to bujda, że sobie wymyślam. Pytają mnie:

– Co? W środku stanu wojennego, za komuny, budujecie na środku jeziora obóz na palach? Z placem apelowym, z miejscem na ognisko? I co jeszcze powiesz, że ze zwodzonym mostem??

– Tak, był zwodzony most…

Tak, był zwodzony most, był plac apelowy, były chatki na wzór indiańskich, z plecionej maty i był bujane prycze. A to wszystko na środku Jeziora Morawy w 1982 r. I to był nasz pomysł, nasz, czyli najstarszego plutonu 16 WDH im. Zawiszy Czarnego.

Pamiętam jak mój drużynowy „Szwejk”, czyli Marek Gajdziński wpadł do mnie w styczniu 1982 roku, pokazał rysunek indiańskich chatek rodem z powieści Alfreda Szklarskiego i powiedział, że fajnie byłoby takie zbudować. Było ciemno, zimno, śnieżnie jakby na zamówienie Jaruzelskiego, ale to ten właśnie pomysł ogrzewał nas w te ponure dni.


Już na wiosnę mieliśmy plan, reszta to były dobre chęci, wyobraźnia i te cudowne 16 lat…, czyli jedyne w swoim rodzaju paliwo.

16 WDH, czyli popularna 16-tka słynęła z niekonwencjonalnych pomysłów i swoistej wariackiej czasami fantazji, ale żeby zamienić się w Indian nad Morawami, to wychodziło daleko poza czapki ówczesnego ZHP. Pamiętam, że już w kwietniu o niczym innym nie myślałem jak o tym obozie, rzecz jasne jak zwykle przepłacając to otarciem się o niezdanie. Jakoś wizja obozu na palach wydawała mi się bardziej kolorowa niż ponure oblicze Hugona Kołłątaja, patrona mojej szkoły.

W lipcu nasz pluton, czyli dwa zastępy, „Dziki” i „Wilki”, pojechał na Morawy, trzy tygodnie wcześniej od innych. Najpierw zaczęliśmy wbijać pale konstrukcyjne w dno jeziora naszym ręcznym kafarem. Dwóch stało po bokach na specjalnej platformie, a jeden z góry wbijał pal.


Równolegle pletliśmy maty z trzcin na dachy i ściany naszych chatek. Trzciny cięliśmy po drugiej stronie jeziora, potem wiązaliśmy je i przewoziliśmy na takiej tratwie, wiosłując pagajem. Po dwóch godzinach byliśmy na miejscu.


Pracowaliśmy po dziesięć, dwanaście godzin dzienne, z przerwą na wpadanie do wody z dachu chatki, wyścigi trzcinowymi tratwami i inne hopsztosy. To było jak sen, na zajęciach praktyczno-technicznych w szkole nie chciało nam się zrobić deski do krojenia, a tu robiliśmy konstrukcje Indian XX wieku.


Po trzech tygodniach trzy chatki stanęły, środkowa zajmowana była przez „Szwejka”, dwie boczne przez zastępy „Dzików” i „Wilków”.

Już wtedy zaczęli przyjeżdżać turyści, żeby oglądać tą dziwną indiańską konstrukcję na środku Moraw.

A my w tym czasie spędzaliśmy tam wakacje i obóz życia, który przeszedł do legendy 16 WDH im. Zawiszy Czarnego, drużyny, która liczy sobie już 105 lat!


Najmilej wspominam ogniska na środku jeziora (tak, było miejsce na ognisko z falowanej wysuwanej blachy) i chwile, kiedy rano mogłeś przez ścianę rzucić okiem na jezioro.

I to, jak stojąc na warcie podziwiałem z pomostu magiczny moment, gdy jezioro budzi się do życia. Nic nie odda tej radości, gdy na porannym apelu wciągaliśmy flagę na maszt stojący na środku jeziora.

Miałem 16 lat i byłem w 16-tce.

I to się wtedy najbardziej liczyło.

Klaw Boys!


Szymon Majewski

Kolejny felieton Szymona Majewskiego zamieszczę po dwutygodniowej przerwie.