niedziela, 23 października 2016

Strażnik z Teksasu, czyli chudy Szymek kontra reszta świata!

Felieton Szymona Majewskiego:


Nigdy nie byłem bohaterem w swojej sprawie, dobra, chcą mnie bić, pertraktuję a jak się nie da i siła złego na jednego to „w długą!“. Ale nie daj Boże jak komuś coś się dzieje, na ulicy, w domu, lub w zagrodzie to się w Szymku takie siły uruchamiają, że idę walczyć w ciemno.

Pierwszy raz zaatakowałem w obronie mamy na Gubałówce. Miało to miejsce w 1976 roku, mama miała silną klaustrofobię, a bardzo chciała pokazać mi kolejkę na Gubałówkę, fajnie, tylko że w kolejce bardzo się zestresowała i musiała zażyć krople walerianowe (spokój w PRL-u pachniał zawsze walerianą). W wagonie rozszedł się silny zapach kropli i jakaś pani powiedziała: – Fu! Co tu tak śmierdzi? Mimo że byłem szkrabem, rzuciłem się na nią, krzycząc: – Zamknij się babo, moja mama jest chora!!

Zawsze tak miałem, niestety nie było to poparte siłą mięśni i zdolnością do bitki. Posiadałem jednak zdolność mobilizacji i ogólny przegląd pola, a także zdolność skrzyknięcia sojuszników. Pamiętam jak na boisku gitowcy zaczęli bić naszego kolegę Artura, było ich trzech, a nasz pan od WF-u schował się do kanciapy. Dokonałem szybkiego rachunku - ich jest trzech, nas ponad dwudziestu - okej. Mają po osiemnaście lat, my po trzynaście, ale… „I Herkules d…a, kiedy ludzi kupa”, jak mawiał mój dziadek. Zacząłem mobilizować grupę: - Chłopaki!! Chodźcie wszyscy, co jest!? Biją Artura!. W ciągu paru sekund całe boisko przy ul. Białobrzeskiej ruszyło na git-ludzi. Matematyka, choć jej nigdy nie lubiłem, zwyciężyła, git-ludzie uciekali w popłochu przez parkan.

Kiedy miałem siedemnaście lat, mięśni i umiejętności Khalidowa nadal nie było na stanie, ale w tramwaju nr 15 na Placu Narutowicza znowu rzuciłem się w bój, a z opresji uratowały mnie tylko refleks i spryt.

W samo, że się tak filmowo wyrażę, południe, wracałem z korepetycji z matematyki, gdy kątem oka zobaczyłem, jak w tramwaju dwóch pijanych, agresywnych gości zaczepia dziewczynę siedzącą przy oknie. Trwało to już jakieś parę minut, byli coraz ostrzejsi i chamscy, a we mnie obudził się Strażnik Teksasu, a raczej strażnik w teksasie, bo takie dżinsy wtedy nosiłem (teksas – materiał, który za komuny udawał jeans). Podszedłem i powiedziałem: - Panowie, kończymy zabawę, pani nie ma ochoty na wasze towarzystwo!

Gadka, acz trochę oldskulowa zadziałała, panowie mieli nowy, cel: błędny rycerz z tramwaju nr 15, chudy, kudłaty i w okularach, będzie rzeź! Po tekście mniej subtelnym niż mój:- Co ci się … nie podoba? Ruszyli na mnie. Musiałem grać twardziela, rzuciłem: - Okej, panowie, ale wyjdźmy, nie róbmy w tramwaju zadymy. Czasy były inne, nie biło się jak teraz profesorów w tramwajach albo panowie chcieli mieć widownie na przystanku, tak czy siak, ruszyliśmy do wyjścia. I mimo żem był licealista, to załatwiłem ich po profesorsku, wychodząc miałem plan ucieczki, czyli od razu „z kopyta“ jak tylko staniemy na ziemi, w biegach byłem dobry, szkolne wyścigi na 60 i 100 metrów raczej wygrywałem. Ale gdy wychodziłem na przystanek rzuciłem okiem na motorniczego, który obserwował całą sytuację i miałem takie wrażenie, że był po mojej „jasnej“ stronie mocy. To porozumienie dwóch bratnich dusz dało genialny plan, wyszedłem na przystanek, panowie za mną, ja wtedy dałem krok w tył do tramwaju, a pan motorniczy zamknął drzwi! Akcja była jak z Bonda! Panowie zostali na przystanku, występek i czarne charaktery zostały ukarane, a jasna strona mocy mogła otworzyć okna w tramwaju i powiedzieć parę słów na pożegnanie! Nagrodą za wszystko było to, że dziewczyna mi podziękowała i to, że mogłem historią chwalić się przed kolegami, a teraz tu przed Wami.

Wiele lat później, będąc już pracownikiem Radia Zet, dałem się sklepać trzem dresom na Ursynowie. Powód: śmieszna czapka. Nie musiałem nikogo bronić, a siebie nie za bardzo umiałem. Jednak już rok później w nocnym autobusie znowu z kierowcą pogoniliśmy gościa, który bił studenta, pamiętam, że jak uciekał posłałem jeszcze za nim słoik z bigosem od mojej mamy. Do dziś mam przed oczami, jak bigos z grzybami rozbryzguje się na jego bandyckich plecach!

Pamiętajcie! I Herkules d…a, kiedy ludzi kupa!
Szymon Majewski


A tak na marginesie. Cytat "I Herkules dupa, kiedy ludzi kupa" jest autorstwa Stanisława Grzesiuka.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz