niedziela, 9 października 2016

Szymon: Moja mama i jej angielskie wyjście

Kolejny felieton Szymona Majewskiego:


Dziś napiszę o tym, jak moja mama wyszła z przyjęcia po angielsku. Żebyście poczuli smak tej słynnej rodzinnej anegdoty, nakreślę wam mały portret mamy.

Moja mama nawet imię miała takie trochę przedwojenne - Maria, Marysia. Taka też była, przedwojenna, czyli nie na ten czas, nie na czas pośpiechu i rywalizacji. Delikatna i nieśmiała. Nie lubiła za bardzo przyjęć, stresowały ją:

– Kto przyjdzie? Kto będzie? Nie potrafiła bywać, brylować towarzysko. A tu życie płynęło, synek już był na swoim, miał rodzinę i dzieci, co pewien czas organizował więc przyjęcia, a tam przychodziło mnóstwo gości, czasami ludzie, których nie znała. - „Synek celebrynek”, jak o sobie mówiłem, miał czasami znajomych z pierwszych stron, a to mamę peszyło już wyjątkowo. Pamiętam, jak kiedyś po coś przyjechał do mnie mój kolega Michał Zieliński, aktor, którego mama bardzo lubiła, filar „Rozmów w Tłoku”. Michał miał do mnie wpaść przejazdem. Gdy tylko zadzwonił dzwonek, mama nagle zniknęła. Z Michałem rozmawialiśmy w drzwiach może pięć minut. Przez ten czas mamy nie było. Gdy Michał poszedł, zacząłem jej szukać, po przejrzeniu wszystkich zakamarków wszedłem do garderoby i zobaczyłem, że mama stoi w niszy między lodówką a szafą!

– Mamo, co tu robisz?
– A wiesz, tak sobie tu stanęłam, ja tak lubię pana Michała, a dziś jakaś taka jestem nieuczesana…

To była cała Marysia Majewska, moja kochana mama, powojenne wydanie Stefci Rudeckiej. Inna mama wyleciałaby przede mnie, uścisnęła Michała, krzycząc:

– Boże, co tam u ciebie, mój Michałku!

A moja mama pięć minut wypełniała niszę obok lodówki, jakby była okupacja i Niemcy krążyli w okolicy.

Jej nieśmiałość czasem zastawiała na nią pułapki i zasadzki. Oto jedna z piękniejszych i barwniejszych historii domowych, kiedy tylko wspominam moją nieżyjącą już mamę, to zawsze ze łzami w oczach przypominam sobie słynną „angielską” anegdotę. To historia prawie filmowa, scena, która mogłaby zdarzyć się w pięknej, szlachetnej angielskiej komedii.

Było moje przyjęcie, chyba imieninowe, sporo osób jak na nasze mieszkanie na Młocinach, rodzina, znajomi i oczywiście moja mama. Pani Marysia dzielnie stawiała czoła wyzwaniom w postaci znajomych i nieznajomych, jednak po paru godzinach postanowiła wyjść, podeszła do mnie dyskretnie w kuchni i powiedziała:

– Szymku, ja wyjdę po angielsku.
– Dobrze, mamo, okej, jak chcesz. To cześć.
– Pa, cześć.

Po czym mama, dyskretnie przy ścianie, prześlizgnąwszy się przez cały salon, delikatnie i niezauważenie otworzyła drzwi na klatkę schodową i… chcąc zapalić światło na klatce wcisnęła… dzwonek do drzwi!!!

Na dźwięk dzwonka wszyscy obecni podskoczyli i spojrzeli w stronę drzwi, krzycząc:

– Marysiu!!! Wychodzisz!? Bez pożegnania!?

Po czym żegnanie się ze wszystkimi zajęło mojej nieśmiałej mamie kolejne dwie godziny…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz