niedziela, 2 października 2016

Szymon: Stan wojenny, a my… Indianie!

Szymona Majewskiego wspomnienie najwspanialszych wakacji w życiu!


Do tej pory spotykam ludzi, którzy uważają, że to bujda, że sobie wymyślam. Pytają mnie:

– Co? W środku stanu wojennego, za komuny, budujecie na środku jeziora obóz na palach? Z placem apelowym, z miejscem na ognisko? I co jeszcze powiesz, że ze zwodzonym mostem??

– Tak, był zwodzony most…

Tak, był zwodzony most, był plac apelowy, były chatki na wzór indiańskich, z plecionej maty i był bujane prycze. A to wszystko na środku Jeziora Morawy w 1982 r. I to był nasz pomysł, nasz, czyli najstarszego plutonu 16 WDH im. Zawiszy Czarnego.

Pamiętam jak mój drużynowy „Szwejk”, czyli Marek Gajdziński wpadł do mnie w styczniu 1982 roku, pokazał rysunek indiańskich chatek rodem z powieści Alfreda Szklarskiego i powiedział, że fajnie byłoby takie zbudować. Było ciemno, zimno, śnieżnie jakby na zamówienie Jaruzelskiego, ale to ten właśnie pomysł ogrzewał nas w te ponure dni.


Już na wiosnę mieliśmy plan, reszta to były dobre chęci, wyobraźnia i te cudowne 16 lat…, czyli jedyne w swoim rodzaju paliwo.

16 WDH, czyli popularna 16-tka słynęła z niekonwencjonalnych pomysłów i swoistej wariackiej czasami fantazji, ale żeby zamienić się w Indian nad Morawami, to wychodziło daleko poza czapki ówczesnego ZHP. Pamiętam, że już w kwietniu o niczym innym nie myślałem jak o tym obozie, rzecz jasne jak zwykle przepłacając to otarciem się o niezdanie. Jakoś wizja obozu na palach wydawała mi się bardziej kolorowa niż ponure oblicze Hugona Kołłątaja, patrona mojej szkoły.

W lipcu nasz pluton, czyli dwa zastępy, „Dziki” i „Wilki”, pojechał na Morawy, trzy tygodnie wcześniej od innych. Najpierw zaczęliśmy wbijać pale konstrukcyjne w dno jeziora naszym ręcznym kafarem. Dwóch stało po bokach na specjalnej platformie, a jeden z góry wbijał pal.


Równolegle pletliśmy maty z trzcin na dachy i ściany naszych chatek. Trzciny cięliśmy po drugiej stronie jeziora, potem wiązaliśmy je i przewoziliśmy na takiej tratwie, wiosłując pagajem. Po dwóch godzinach byliśmy na miejscu.


Pracowaliśmy po dziesięć, dwanaście godzin dzienne, z przerwą na wpadanie do wody z dachu chatki, wyścigi trzcinowymi tratwami i inne hopsztosy. To było jak sen, na zajęciach praktyczno-technicznych w szkole nie chciało nam się zrobić deski do krojenia, a tu robiliśmy konstrukcje Indian XX wieku.


Po trzech tygodniach trzy chatki stanęły, środkowa zajmowana była przez „Szwejka”, dwie boczne przez zastępy „Dzików” i „Wilków”.

Już wtedy zaczęli przyjeżdżać turyści, żeby oglądać tą dziwną indiańską konstrukcję na środku Moraw.

A my w tym czasie spędzaliśmy tam wakacje i obóz życia, który przeszedł do legendy 16 WDH im. Zawiszy Czarnego, drużyny, która liczy sobie już 105 lat!


Najmilej wspominam ogniska na środku jeziora (tak, było miejsce na ognisko z falowanej wysuwanej blachy) i chwile, kiedy rano mogłeś przez ścianę rzucić okiem na jezioro.

I to, jak stojąc na warcie podziwiałem z pomostu magiczny moment, gdy jezioro budzi się do życia. Nic nie odda tej radości, gdy na porannym apelu wciągaliśmy flagę na maszt stojący na środku jeziora.

Miałem 16 lat i byłem w 16-tce.

I to się wtedy najbardziej liczyło.

Klaw Boys!


Szymon Majewski

Kolejny felieton Szymona Majewskiego zamieszczę po dwutygodniowej przerwie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz