niedziela, 27 listopada 2016

Szymon Majewski: szkolna misja dziadka Ignasia

Felieton Szymona Majewskiego


Szymon Majewski: szkolna misja dziadka Ignasia

Pod kryptonimem „Kanapka dla wnusia“.

Nie wiem, czy gdy będę dziadkiem miałbym odwagę, wiedząc o dorastających dzieciakach to co wiem teraz, na wykonanie takiej akcji jaką wykonał mój dziadziuś, gdy w byłem w szkole.

Kochałem dziadka strasznie, pamiętam jak z synami wojskowych kłóciłem się o AK i Powstanie Warszawskie, doszło nawet do bójki w wyniku której miałem długo gojącą się śliwę pod okiem. Ale co innego innego dziadziuś Ignacy na terenie domowym, a co innego na terenie szkolnym. Zwłaszcza gdy wnusio ma czternaście lat, zaczyna dojrzewać i musi zgrywać twardziela, którym nie jest. A tu trzydzieścioro uczniów w tym szesnaście rozkwitających dziewczyn w fazie rozglądania się za facetami. My też już „byczkując” z lusterkami w dżinsach i grzebykami. Pamiętam, jak wtedy udawaliśmy, że lusterka służą nam do puszczania zajączków, ale tymczasem ukradkiem na korytarzu rzucało się okiem, „lustereczko powiedz przecie” i sprawdzało przystojność swojej pryszczatej facjaty.

Na przerwach dochodziło do rytuału tokowania i łowów, dziewczyny stały w grupach i piszczały pod oknem, a my lataliśmy za piłką z gąbki wykonując figury świadczące a naszej sprawności fizycznej. Rytuały jak w każdej szkole, ustalające hormonalny podział na grupy zdobywców i ofiar. Tu nie było miejsca na oznakę słabości. Choć szkoła Podstawowa nr. 61 im Juliana Przybosia była porządna, to prym dyktowało paru git-ludzi oraz kolega Ziółek, który wsławił się tym, że uciekł z domu i po trzech dniach został doprowadzony w asyście Milicji Obywatelskiej i dzielnicowego do szkoły. Mimo, że u dyrekcji miał tyły, to w oczach uczniów i co ważne uczennic akcje Ziółka wzrosły. Taki uczeń jak ja miał słabo, nie byłem twardzielem, co prawda dobrze grałem na bramce, ale byłem chudy, miałem okulary i słabe spodnie (po wujku). Nadrabiałem żartami, ale i tak w rankingu klasowych Johny Bravo byłem daleko.

Jednak po akcji dziadka moje akcje miały spaść do zera. Kochany dziadziuś… ech…

Była lekcja matematyki kiedy po dziesięciu minutach nagle puka dozorca, matematyczka i wychowawczyni pani Bożena przerywa lekcję, a dozorca mówi:

- Jest dziadek Szymka, ma coś dla niego.

Zdążyłem tylko pomyśleć „Nie, niech to się nie dzieje”. Za późno!

Pani wychowawczymi mówi:

- Proszę, proszę, co się stało?

A dziadziuś:

- A… bo Szymuś zapomniał drugiego śniadania, mama kanapki mu zrobiła.

Koniec! Klasą wstrząsnął zduszony rechot Ziółków i innych, dziewczyny zrobiły facepalmy i padły na różowe piórniki. Pamiętam, że łzy mi napłynęły do oczu, było to pomieszanie wzruszenia, wstydu i wściekłości na tych klasowych palantów. Podszedłem do dziadka i wziąłem zapakowane przez mamę śniadanie. Wróciłem do ławki, pani wychowawczyni próbowała zapanować na wybuchem klasowego obciachu, a ja przez łzy patrzyłem jak z oknem dziadek szedł do domu z naszym psem Muchą na smyczy.

Kapitan AK ps. „Skiba” dostarczył wnusiowi kanapkę z ogórkiem na terenie wroga…

….

Dziadku, bardzo bym chciał, żebyś mi jeszcze kiedyś przyniósł kanapkę! Nawet do radia!

Szymon Majewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz