sobota, 31 grudnia 2016

Opowieści Wigilijne Szymona Majewskiego



Szymon Majewski: Opowieści Wigilijne

Czyli „Walka z drapakiem. Kutia i…jenot”.

Lata osiemdziesiąte. Nasze małe mieszkano na Ochocie było w stanie pomieścić całą magię Świąt. Wszystko było najcudowniejsze i najbardziej wyjątkowe. Nawet świąteczna rodzinna awanturka o choinkę, po którą dziadek szedł w ostatniej chwili i koniec końców kupował co było. Do dziś pamiętam lecącą przez pokój choinkę i okrzyk dziadka:

- To wywalcie drapaka jak się nie podoba. Sami sobie kupujcie.

„Drapak” lub też „wiecheć” w niczym nie przypominał teraźniejszych jodeł kaukaskich, wyglądał jak wyliniała szczota, nie był ładny aż wzruszał. Ważne, by było miejsce, żeby mały Szymek mógł pod nią… spać. Uwielbiałem to. Zawsze mama ścieliła mi pod choinką, kładła jakiś materac i na tym pościel. Spałem tam długo dopóki igły nie zaczynały mi spadać za piżamę. Ale za to czułem się jak w lesie - te choinki miały zapach lasu.

Najbardziej lubiłem sam proces ubierania „drapaka”, z piwnicy dziadek przynosił stare pudło z bombkami, moment otwierania bombek był najfajniejszy, to było jakbym otwierał pudełko z bajkami. Parę bombek pamiętało jeszcze czasy przedwojenne, niektóre były robione przez dziadka, pamiętam Mikołaja z brodą z waty, podłużne bombki cukierki, lata mijały a ja ciągle myślałem, że są świeże. W końcu nie wytrzymałem i w trakcie ubierania „drapaka” zjadłem ponad dziesięcioletnie cukierki. Oczywiście potem odchorowałem moją miłość do archeologicznych bombek.

Najbardziej ekstremalne były świeczki na choince. Mieliśmy zestaw starych oprawek na świeczki nachoinkowe, oczywiście skończyło się małym pożarem choinki. Podczas gdy rodzina zajęta była dyskusją polityczną, w drugi dzień Świąt od świeczek zajęły się „włosy anielskie” i skończyło się tym, że wujek poświęcił marynarkę i zdusił ogień. Po krótkim gaszeniu wróciliśmy do sporu, który od lat dzielił moją rodzinę na pół : Piłsudski kontra Dmowski, PPS czy Endecja. Dziadek kochał Piłsudskiego, a część rodziny nie. Zawsze w połowie dyskusji chciał wychodzić, a mama wtedy wołała:

- Tato! Dlaczego masz wychodzić, przecież jesteś u siebie!

Mama robiła co mogła, żeby w PRL-u, za szpitalną pensję wyczarować cudowne Święta.

Udawało się zawsze. Najcudowniejsze były grzyby smażone i kutia, którą mama robiła najpyszniejszą na świecie. Mak mielony też był w maszynce do mięsa. Ja kręciłem, jako młody silny byczek, mama sypała mak a dziadek trzymał stół, który„chodził” po całej kuchni.

Dziś smak tej kutii jest w stanie powtórzyć jedynie moja córka Zosia, która podtrzymuje tradycje tej babcinej kuchni.

Oczywiście najmilej wspominam wspólne kolędy, miałem radochę, bo uwielbiałem przekręcać teksty kolęd. I tak „Wśród nocnej ciszy” była dla mnie kolędą o myśliwych strzelających w lesie „Śrut w nocnej ciszy” . Z kolei „Bracia. Patrzcie jeno…” były historią o jenocie „Bracia, patrzcie jenot!”.

Dziś dla moich dzieci, kolęda „Jezus malusieńki” jest kolędą o tym, że „Jezus ma Lusieńki”, czyli takie same pieski jak nasza Lusia…

Ja zaś próbuję od lat kontynuować tradycję przebierania się za Św. Mikołaja co robił przez lata mój dziadek. Moment, w którym mogę spytać teściową czy była grzeczna jest dla mnie bezcenny…

Szymon Majewski


Życzę dobrej (i zdrowej) zabawy Sylwestrowej.

sobota, 24 grudnia 2016

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO

Wierzysz, że się Bóg zrodził w Betlejemskim żłobie? 
Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie.
(Adam Mickiewicz)




Wiernym Czytelnikom bloga 
i przypadkowo odwiedzającym Gościom
życzę

Błogosławieństwa Dzieciątka Jezus
na okres Świąt Bożego Narodzenia
i Nowy 2017 Rok.


czwartek, 22 grudnia 2016

Ewelina: Wdech - Wydech - Wyluzuj!

Ewelina Drela z Mapy Zdrowia przedświątecznie.


Witaj,

Święta już za rogiem, więc zaczyna się robić dość nerwowo. Czy potrzebnie? Nie sądzę.

A jak Ty miewasz się w ten ostatni weekend przed Świętami? Wszystko przygotowane?

(...) Chciałabym Ci opowiedzieć, co mi się wczoraj przytrafiło. Mam taką przypadłość - uwielbiam śpiewać sobie i nucić w samochodzie.

I tylko wtedy, kiedy jadę sama, żeby nikt nie cierpiał z powodu moich jęków. Śpiewanie sprawia mi przyjemność, relaksuje i odpręża, a niekoniecznie potrafię to robić. 

Jechałam na zakupy i szukałam miejsca parkingowego w centrum handlowym. To był prawdziwy wyczyn! Ludzie między autami, wszyscy trąbią, ludzie się niecierpliwią.

Świąteczna atmosfera aż kipiała. Ja niewzruszenie słuchałam muzyki i śpiewałam sobie, kiedy tylko znałam słowa jakiejś świątecznej piosenki. Nagle tuż przed moją maską znalazły się dwie kobiety.

Jechałam (nie, toczyłam się - to lepiej oddaje stan faktyczny) może 10 km/h, więc nie miałam kłopotu z zatrzymaniem auta, śpiewałam sobie dalej i czekałam, aż przejda.

I nagle…

TARRRRRRAAAAHHHHH

Jedna z kobiet zatrzymała się i zaczęła ewidentnie złorzeczyć w moim kierunku. Pukała się w głowę, potem zaczęła uderzać pięściami o maskę samochodu.

Ups.

Pierwsza moja myśl była taka, że to może jakiś profesor śpiewu i usłyszała moje lekkie wycie, potem zaczęła pukać w szybę i usłyszałam jak krzyczy słowa 

„Chamstwo, mam prawo, takie samo jak ty”

Tu moje zdumienie osiągnęło zenit.

Ale że co? Ja komuś zabraniam śpiewać?

Odchyliłam szybę, spojrzałam na panią i zapytałam:

„Przepraszam, czy coś się stało?”

Pamiętaj, że przede mną klaksony, za mną sznur samochodów, a pani zaczęła tyradę:

„Co się stało? Co się stało???!!!! Co to za komentarze pod nosem, że co, ja nie mam nawet prawa przejść, bo jaśnie pani jedzie? Mam takie samo prawo do przechodzenia jak ty do jazdy”

Oj. Zrozumiałam. Ja sobie pod nosem śpiewałam kolędy, a ona myślała, że ja złorzeczę na nią. 

Poczekałam aż wyleje się z niej cały kubełek jadu i spokojnie odpowiedziałam”

„Ja sobie po prostu śpiewałam. Taki fetysz. W ogóle to Wesołych Świąt””

Zaniemówiła. Czasem widzisz na kreskówkach, jak komuś opada szczęka. Z tą panią stało się coś podobnego.

Chwilę potem pobiegła do centrum handlowego bez słowa. 

Śmieszne?

No nie wiem. Uwierz, że jak zaczęła walić pięściami w maskę samochodu, to nie było mi do śmiechu!

Potem weszłam do tego centrum i zobaczyłam jak ludzie rzucają się niemal na towary, kupują, co popadnie, szarpią, jakby dla nich miało zabraknąć.

Całe szczęście, że nie musisz tego przeżyć, żeby zamówić nasze zestawy świąteczne.

Ojej. Czemu my sobie to robimy? Przecież tego towaru jest mnóstwo, wystarczy dla wszystkich.

A Święta nie są po to, żeby wpadać w taki szał, krzyczeć, złościć się, pomstować. Są po to, żeby się cieszyć. Żeby być razem, żeby się do siebie uśmiechać. Żeby się zatrzymać na chwilę i pomyśleć.

Tak więc rada na najbliższe dni - pamiętaj, nie daj się zwariować. Wdech - Wydech - Odpuść.

Nawet jak nie kupisz perfekcyjnych prezentów. Nawet jeśli Twoje mieszkanie nie przejdzie testu białej rękawiczki.

To tylko Święta. To aż Święta. Nie zepsuj sobie ich.

Ewelina

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Ewelina: Czasami jest już za późno

Cotygodniowa porcja wiedzy od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia.


Witaj,

Jak się miewasz? Jak Twoje przygotowania do Świąt? Dzisiaj, kiedy się obudziłam, na zewnątrz miałam prawdziwe lodowisko. Dzieci sąsiadów z naprzeciwka z radością patrzyły, jak ludzie czołgają się po lodzie :) i co chwilę wybuchały gromkim śmiechem, kiedy ktoś wywinął orła. W końcu to tylko dzieci. :)

Jakiś czas temu znajomy zapytał mnie jakie jest najgorsze słowo na świecie. Miałam z tym kłopot, bo do głowy przyszły mi słowa odrzucenia, śmierć, choroba. A on zapytał mnie: „A co powiesz na słowo „za późno”?”

Zamurowało mnie. Za późno - tak, miał rację, po jakimś czasie dotarło do mnie, że to najgorsze słowo, jakie istnieje.

Kiedy ktoś mówi „za późno”, to znaczy, że przegapiłeś swoją szansę, że nic, absolutnie nic nie da się już zrobić.

Nie tak dawno spotkaliśmy się, żeby porozmawiać. I znów pojawiło się słowo „za późno”.

Doświadczyłeś tego kiedyś tak, że dotkliwie Cię to zabolało? To często dotyczy relacji, ale zdarza się, że zdrowia i życia również.

Zdrowy styl życia? Będę miał na to czas  na emeryturze. Póki co, może jeszcze jeden fast food. Odpowiednie odżywianie? Może od nowego roku. Zrobię, będę, zdecyduję się…

Wychodzi na to, że niemal wszyscy żyjemy w jakiejś bliżej nieokreślonej czasowo rzeczywistości, w mitycznym „kiedyś”. Jeść więcej owoców i warzyw? No kiedyś trzeba będzie się za to zabrać. Poświęcać więcej czasu swoim najbliższym, dawać im więcej miłości? Kiedyś o tym pomyślę.

Są jednak takie chwile w życiu, kiedy dosłownie w sekundę stajemy się mądrzejsi. Kiedy nasze życie, lub życie naszych bliskich jest zagrożone, kiedy pojawia się choroba lub śmierć, wtedy przychodzi otrzeźwienie.

Moja znajoma przez 20 lat walczyła z mężem, żeby przestał palić. Dwa zawały - to było mało. Tydzień temu dostał diagnozę - rak płuc. Natychmiast, w sekundzie rzucił palenie. Niestety, jest już za późno.

Podobnie było z moim ojcem, nie docierały argumenty, że zatruwa nie tylko siebie, ale też dzieci i cała rodzinę. Dopiero diagnoza - rak - i wielki płacz spowodowały, że zrezygnował z nałogu od razu. A potem lata i miesiące spędzone w szpitalu. Było za późno.

Inna znajoma - wiele razy rozmawiałyśmy o tym, że trzeba zdrowo się odżywiać. I przestać mówić „no kiedyś trzeba o tym pomyśleć”, a raczej „od teraz zaczynamy zdrowy styl życia”. Tłumaczyła, że jej mąż nigdy nie zdecyduje się na żadne mikstury czy oczyszczanie organizmu.

Jakiś czas temu usłyszał diagnozę: rak jelita. Mimo, że zaczął to oczyszczanie organizmu, kuracje ziołowe, zdrowe odżywianie. Przestał tak dużo pracować, poświęcał czas rodzinie. Niestety. Za późno. Tydzień temu zmarł. Młody człowiek. Za młody na taki koniec.

Nie obiecuj sobie, że kiedyś coś zrobisz, że kiedyś odmienisz swoje życie. Zacznij tu i teraz. Pamiętaj, że przeszłość już nie istnieje, podobnie przyszłość - jeszcze nie istnieje. Liczy się tylko to, co tu i teraz.  Nie ma lepszej pory na to, żeby oczyścić się ze wszystkiego, co Cię zatruwa, mentalnie i fizycznie, pozbyć się złogów i toksyn z organizmu.

Nie musisz poświęcać temu życia. Wystarczą dwie minuty dziennie. (...)

I zacznij od nowa. Zdrowe, pozbawione toksyn życie. Takie, żeby na nic nie było za późno.

Dobrej niedzieli,
Ewelina

niedziela, 18 grudnia 2016

Szymon Majewski: Kudły, czyli długie włosy a sprawa Polska

Felieton Szymona Majewskiego:



Szymon Majewski: Kudły, czyli długie włosy a sprawa Polska

Dla mnie symbolem mojej wolności w liceum były moje… kudły. Tak mówił o moich włosach mój dziadek.

- Szymuś, kiedy zetniesz kudły?

- Nigdy - mówiłem, jak chciałem go wkurzyć. - Zastanowię się - gdy byłem lepiej tego dnia usposobiony.

Włosy to była moja niepodległość, prawie ważna dla mnie jak Piłsudski dla dziadka.

Rzeczywiście, w owym czasie musiałem wyglądać nikczemnie. Długie włosy to zresztą był przysłowiowy pryszcz, nosiłem oprócz tego kurtkę jeansową Lee, która miała… 30 lat. Była ważna dla mnie, bo mój tata miał ją w ’67 na koncercie The Rolling Stones. Jak ja byłem dumny, gdy pojechałem w niej na ich koncert w ’89, a potem już w wolnym kraju na Służewiec. Kurtka już się sypała, miała powstawiane łaty z innych kurtek - była swoistą historią dżinsu w PRL, posklejany dżinsowy Frankenstein z różnych kawałków. Do tego nosiłem spodnie, też dżinsowe, pozszywane z różnych innych kawałków - co ciekawe, dziadziuś mimo że negował mój strój cały czas cerował moje kreacje. Jednak zwieńczeniem mojego outfitu były stare, za małe trampki, spalone nad ogniskiem - czubek przypominał jakąś zbotoksowaną wargę.

W związku z tym, że były za małe nosiłem je jak… kapcie.

Nic więc dziwnego, że gdy pani od biologii chciała, żebym poszedł po dziennik do pokoju nauczycielskiego powiedziała: – Może jednak nie, niech idzie Polańska, a ty się ogarnij. [Do dziś się nie ogarnąłem]


Walczyłem o te „kudły” jak Zawisza Czarny. Nawet gdy dziadek sięgał po najcięższą, polityczną broń:

- Czy wiesz, że takie włosy noszą „kacapy”.

Porównanie do kacapa, czyli Rosjanina miało mnie boleć najbardziej. Z powodu włosów i wyglądu uciekałem przed kibicami Legii, a na Starym Mieście przed skinheadami.

Dlatego wiele lat później już w wolnej Polsce, gdy dyrektor mojego syna poprosił mnie, żebym ściął Antkowi włosy odparłem:

- Nie, nie, panie dyrektorze, ale nie po to Wałęsa skakał przez płot, żebym teraz dziecku włosy ścinał.

Pointa miała miejsce parę lat później, kiedy spotkaliśmy byłego już dyrektora mojego syna, moja mama odpaliła chcąc być miła:

- Ojej panie dyrektorze jakie ma pan ładne, falowane włosy, to pana kolor czy to farba?

Szymon Majewski

czwartek, 15 grudnia 2016

GIF wycofał...

Główny Inspektor Farmaceutyczny wycofał z obrotu na terenie całego kraju:

1) hormonalny lek antykoncepcyjny Marvelon (Desogestrelum + Ethinylestradiolum), tabletki, 015 mg + 0,03 mg.
Nr serii: M019820 i data ważności: 12.2018.
Podmiot odpowiedzialny Merck Shapr@Dohme Lda, Portugalia.
Importer równoległy to Laboratorium Galenowe Olsztyn sp. z o.o.
Do GIF wpłynął wniosek importera równoległego o wycofanie z obrotu podanej serii produktu Marvelon z uwagi na błędne oznakowanie opakowania zewnętrznego. Część produktu została zapakowana w kartoniki jednostkowe oznaczone jako Marvelon 3 x 21 tabletek, a powinna być zapakowana w kartoniki oznakowane jako Marvelon 1 x 21 tabletek.


2) produkt leczniczy na prostatę, o przedłużonym działaniu, OMI-TAM (Tamsulosini hydrochloridum), tabletki o przedłużonym uwalnianiu, 0,4 mg.
Numer serii: 4L66A, data ważności: 09.2017.
Podmiot odpowiedzialny: +pharma arzneimittel gmbh Austria.
Powodem wycofania serii produktu leczniczego jest stwierdzenie, że badana próbka leku w zakresie przebadanych parametrów nie odpowiada wymaganiom specyfikacji wytwórcy ze względu na obniżoną zawartość substancji czynnej.
Lek jest wskazany do stosowania u mężczyzn w leczeniu objawów związanych z powiększonym gruczołem krokowym (łagodny rozrost gruczołu krokowego), takich jak: trudności w oddawaniu moczu (zmniejszony strumień moczu), oddawanie moczu kropelkami, uczucie nagłego parcia na pęcherz oraz częste oddawanie moczu, zarówno w nocy, jak i w ciągu dnia.

3) produkt leczniczy Locacid (Tretinoinum), 500µg/g, krem.
Numer serii: G00206, data ważności: 01.2017,
numer serii: G00207, data ważności: 03.2017,
numer serii: G00208, data ważności: 04.2017,
numer serii: G00210, data ważności: 07.2017,
numer serii: G00211, data ważności: 10.2017,
numer serii: G00212, data ważności: 11.2017.
Podmiot odpowiedzialny: Pierre Fabre Dermatologie, Francja.
Decyzji nadano rygor natychmiastowej wykonalności.
Decyzja została podjęta w związku z wynikami uzyskanymi podczas przeprowadzania badań stabilności, które wykazały, że ww. serie nie spełniają wymagań określonych w specyfikacji.
Wskazania: różne postacie kliniczne trądziku (z wyjątkiem trądziku różowatego).

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Ewelina: Zdrowie z beczki - wzmacnia odporność, zapobiega nowotworom

Ewelina Drela z Mapy Zdrowia zaprasza na cotygodniowy felieton.

Witaj,

Jak się miewasz w pierwszą w tym roku, grudniową niedzielę? Czy u Ciebie również spadł śnieg i przykrył wszystko białym, lekkim puchem?

Ja powoli rozpoczynam przygotowania do Świąt. To już tylko nieco ponad 3 tygodnie. Zaczęłam już wszystko planować, szykuję grafik i listę rzeczy do zrobienia i załatwienia. W tym roku znowu będę miała sporo gości na Wigilii.

Do tego wszystkiego potrzebuję min., trzech rzeczy, czyli:
a) zdrowia,
b) cierpliwości,
c) czasu.

Od razu zakładam, że może zabraknąć mi czasu i cierpliwości, ale jeśli nawali zdrowie - no to kaplica. (...) Ważne jest (...) odpowiednie hartowanie organizmu i odżywianie.

No właśnie. Jest coś takiego w tej porze roku, że organizm (a przynajmniej mój organizm), domaga się zaserwowania szczególnie tej jednej potrawy, o której i Ty nie powinieneś zapominać w swojej diecie.

Kapusta kiszona. Znajoma przywozi mi co roku kapustę kiszoną swojej roboty. Dostaję specjalne, drewniane wiaderko przygniecione kamieniem, gdzie kapusta odpoczywa. Po jakimś czasie mogę przełożyć ją do słoików, a najlepiej - zjeść.



Kiedy na dworze jest pierwszy śnieg, to znaczy, że trzeba organizmowi dostarczyć tego eliksiru zdrowia. Ja gotuję kaszę jęczmienną lub gryczaną niepaloną, do tego przygotowuję wołowy gulasz i surówkę z kiszonej kapusty. Mniam! Aż mi ślinka cieknie na samą myśl. A nie dość, że to takie pyszne, to jeszcze naprawdę zdrowe!

Kiszona kapusta zawiera mnóstwo witamin, głównie witaminę C, dzięki której wzmacnia organizm i chroni przed przeziębieniami. Dodatkowo ma dużą ilość witamin z grupy B, witaminy E, K i A.

Jednak to nie wszystko. Kapusta kiszona nie tylko pomaga wzmacniać odporność, ale też jest eliksirem młodości. Zawiera przeciwutleniacze - kartenoidy i polifenole, które opóźniają procesy starzenia i walczą z wolnymi rodnikami.

Dodatkowo, zawarte w kapuście kiszonej fitoncydy mają działanie bakteriobójcze oraz grzybobójcze.

Ta niepozorna, niemal wypchnięta z eleganckich kuchni, potrawa zawiera również niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania organizmu związki manganu, cynku, wapnia, potasu, żelaza i siarki.

W trakcie fermentacji wytwarza się w kapuście naturalny kwas mlekowy, który dobroczynnie wpływa na nasz przewód pokarmowy. Uczeni z Instytutu Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności PAN w Olsztynie mówią:

„Bakterie mlekowe wzmagają perystaltykę jelit przyśpieszając pasaż jelitowy, likwidują zaparcia, przywracają prawidłową mikroflorę jelitową po antybiotykoterapii i działają wzmacniająco na nasz system odpornościowy. Kwas mlekowy zakwaszając środowisko działa toksycznie na mikroorganizmy patogenne m.in. na drożdżaki odpowiedzialne za stosunkowo częste zakażenia grzybiczne”.

(...)

Co zatem pozostaje? Jeść kapustę kiszoną, ponieważ nie tylko chroni przed grypą, ale również przed nowotworami, wspomaga trawienie, a do tego jest bardziej lekkostrawna od świeżej kapusty i niskokaloryczna.

A jaki jest mój ulubiony sposób na surówkę z kiszonej kapusty? Do miski wrzucam kiszoną kapustę, starte jabłko, marchewkę, trochę soli, pieprzu, odrobinę cukru, kminek i oliwę. Mieszam. Gotowe.

Dobrej niedzieli,
Ewelina


Zachęcam też do przeczytania artykułu "Uważaj na kiszoną kapustę z folii" na stronach Wirtualnej Polski.

niedziela, 11 grudnia 2016

Szymon Majewski. Krótki tekst o miłości

Felieton Szymona Majewskiego.


Szymon Majewski. Krótki tekst o miłości

Czyli jak i kiedy się żenić na okładkach magazynów?

Kolekcjonuję wzrokiem okładki kolorowych magazynów i zawsze jest tak: Tylko u nas! Para Roku! Sabrina i Sebastian i gorący materiał o ich miłości! I bonus: zdjęcia ze ślubu…

Czytam, że poznali się i pokochali na planie programu „Szalejące parkiety”, połączyło ich wspólne selfie, ona - tancerka, kocha go za luz i wrażliwość, on - aktor, ją za pewność siebie i za to, że płacze przy zachodach słońca.

Potem następuje gorąca sesja w Pałacu na Wodzie, kolejne foty to wizyta w ich sypialni, w której jak pisze redakcja „wykuwał się sukces Pary Roku”.

Są małżeństwem już… dwa miesiące! Planują sześcioro dzieci!

Niestety, pół roku później magazyn „Pakiety i Panele Sukcesu” informuje:

„Dramat! Sabrina uciekła od Sebastiana do Janusza - hodowcy koni”.

Już bez wspólnej sesji. Na razie…

Myślę sobie wtedy, kurczę, przynajmniej Sabrina i Sebastian będą mieli pamiątkę, a może bardziej wstydliwą dokumentację nagłego porywu serca i chęci przekucia tego do razu na okładkę. Oczywiście, może to też się przekłada na fejm tak zwany i ilość zaproszeń na Galę Lakiery do Paznokci, Tygodnia Szminki i Złotych Róż i Goździków.

Sam chodzę, sam bywam i boję się brzmieć tu jak emeryt i pan z siwą brodą na puszczy, ale czy nie można trochę poczekać? Rok, dwa, trzy lata? Pobyć razem w tym małżeństwie albo bez i wtedy - hop na okładki!

Uwierzcie mi, naprawdę znam w szołbiznesie ludzi, którzy przestali być ze sobą gdy gazeta z ich twarzami właśnie się drukowała! Czyli ich związek był słabszy od farby drukarskiej i krótszy niż cykl wydawniczy.

I co potem, chodzisz po ulicach i mijasz te kioski ze sobą w objęciach tej, z którą już nie jesteś?

Oczywiście, ten papier potem ląduje w śmietniku albo drukują na nim inną Parę Roku, ale… Dlaczego się nie powstrzymać chwilę? Upewnić? Czy to jest to, czy nie?

Dlatego wprowadziłbym tu pewne regulacje prawne dla młodych małżeństw i par szołbiznesowych:

6 miesięcy razem - pierwsze wspólne selfie na FB.

1 rok - drugie selfie.

2 lata - filmowa relacja ze spaceru w Łazienkach na Instagramie.

5 lat - Ustawka w Łazienkach dla portalu „Co w trawie piszczy”.

10 lat - Wizyta i wywiad w Radiu Love Info.

I… 20 lat - dopiero wtedy, okładka dla magazynu „Panele i Parkiety Sukcesu”.

PS. Dla potrzeb tekstu imiona Sebastiana i Sabriny są zmienione co nie oznacza, że takie sytuacje nie istnieją.

Szymon Majewski


czwartek, 8 grudnia 2016

Ból pleców groźny dla zdrowia psychicznego


Ważne informacje dotyczące powiązania bolących pleców ze zdrowiem psychicznym podał Tomasz Kobosz z Medexpressu.


Brytyjscy naukowcy z Anglia Ruskin University przyjrzeli się zależnościom pomiędzy bólem pleców a zaburzeniami psychicznymi. Rezultaty badania są dość niepokojące…

Terminem "bóle pleców" określa się dolegliwości bólowe odczuwanego po stronie grzbietowej, wzdłuż osi pionowej ciała. Jest to objaw bardzo niespecyficzny, związany ze schorzeniami kręgosłupa, rdzenia kręgowego lub elementów aparatu kostno-mięśniowego razem z towarzyszącymi nerwami.

Ból pleców należy do ścisłej czołówki przyczyn niepełnosprawności. Wg raportu „Global Burden of Disease” bóle odcinka lędźwiowego dotyczą niemal 10 % światowej populacji. Ze względu na coraz powszechniejszy siedzący tryb życia, odsetek ten będzie rosnąć.

Jedno ze wcześniejszych badań, w którym posłużono się danymi z World Mental Health Survey, wykazało, że przewlekłe bóle pleców związane są ze wzrostem ryzyka zaburzeń nastroju, nadużywania alkoholu oraz zaburzeń lękowych.

Do tej pory niewiele jednak było prac, które dotyczyły osób z bólem pleców mieszkających w krajach o niskich i średnich dochodach.

Najnowsza analiza, której wyniki opublikowano na łamach czasopisma „General Hospital Psychiatry”, objęła 19,5 tys. osób dorosłych z 43 tych krajów (w tym 19 o niskich i 24 o średnich dochodach). Dane pochodziły z bazy World Health Survey 2002-2004, utworzonej przez Światową Organizację Zdrowia.

Bóle pleców dotyczyły 35,1 % analizowanej populacji, przy czym u 6,9% były to bóle o charakterze przewlekłym. Okazało się, ze najrzadziej na ból pleców cierpią Chińczycy - 13,7 %, najczęściej zaś mieszkańcy Nepalu (57,1 %), Bangladeszu (53,1 %) i Brazylii (52 %).

Osoby doświadczające bólu pleców były ponad dwukrotnie bardziej narażone na pojawienie się objawów zaburzeń psychicznych, takich jak: lęk, obniżenie nastroju, objawy psychotyczne oraz zaburzenia snu. W przypadku bólu przewlekłego narażenie na depresję było aż 3-krotnie wyższe w porównaniu do osób bez dolegliwości bólowych.

Co ciekawe, zależności pomiędzy bólem pleców a ryzykiem wystąpienia zaburzeń psychicznych były niemal takie same we wszystkich uwzględnionych w analizie krajach, niezależnie od ich socjoekonomicznej kondycji.


poniedziałek, 5 grudnia 2016

Ewelina: Zrób TĄ jedną rzecz, żeby być szczęśliwszym

W dzisiejszym felietonie Ewelina Drela z Mapy Zdrowia uczy nas szczęścia.


Witaj,

Mam nadzieję, że Twój weekend upływa dobrze i spokojnie. Jak się miewasz? Nie wiem, czy słyszałeś, znajoma powiedziała mi wczoraj, że w nadchodzącym tygodniu nad Polskę ma nadpłynąć arktyczne powietrze.

Będzie zimno. Nie wiem, jak w Twoim otoczeniu, ale wokół mnie wszyscy kichają i prychają. To najwyższy czas, żeby zacząć codziennie pić te ziarenka i wzmocnić swoją odporność.

Jakiś czas temu miałam okazję posłuchać człowieka, który w jakimś sensie jest dla mnie inspiracją, wzorem do naśladowania. Nie wiem, czy powiedziałabym, że jest autorytetem, ale coś blisko tego.

Jego wykłady, szkolenia, prelekcje, które mam okazję słuchać od czasu do czasu, zawsze są dla mnie zimnym prysznicem.

To John Maxwell. Amerykański mówca, naprawdę szczęśliwy człowiek. Zawsze zastanawiałam się, co czyni go tak spokojnym, szczęśliwym i zdrowym człowiekiem.

I ostatnio się dowiedziałam.

Powiedział, że jego sekretem jest to, że budząc się co rano zastanawia się, co może dzisiaj dać ludziom, których spotyka. Jaką inspirację, dobre słowo, zachętę, motywację?

Zdradził, że sekretem dobrego, zdrowego życia jest nie tylko odżywianie, ale też zmiana podejścia z „co ja mogę mieć z tej znajomości, z tego człowieka, z tej firmy” na „co ja mogę dać temu człowiekowi.

Czasami wystarczy uśmiech, czasem dobre słowo. John opowiadał o swoim ojcu, który ma w tym momencie ponad 100 lat, przez całe życie ciężko pracował.

Ponieważ zaczął mieć kłopoty ze zdrowiem i potrzebował całodobowej opieki, zdecydował, że przeniesie się do ośrodka, w którym się nim zaopiekują. (Pamiętaj, że mówimy o realiach amerykańskich, nie polskich).

Kiedy John zadzwonił, żeby umówić się ze swoim tatą na spotkanie, ten powiedział, że w ten weekend nie będzie miał czasu, ponieważ to początek miesiąca, do ośrodka wprowadza się nowa grupa osób, a on zgłosił się na ochotnika, żeby witać nowych mieszkańców w drzwiach.

John zapytał „Czy to nie jest dla Ciebie trudne? Ludzie żegnają się z rodziną, są smutni, nikogo nie znają”, a jego tato odpowiedział „Właśnie dlatego potrzebują w drzwiach tego domu zobaczyć uśmiechniętego staruszka, który ich przywita, zaprosi na brydża, opowie, jak tu jest dobrze i jak wszystko funkcjonuje”.

Rozumiesz? Właśnie o to chodzi. Czasem, żeby na obiad ugotować to, co Twój mąż, żona, córka, rodzice lubią najbardziej. Czasem po prostu się uśmiechnąć, na przykład do pani w sklepie.

Zaintrygowało mnie to bardzo, na tyle, że postanowiłam wprowadzić tę zasadę w życie. Wiesz, co Ci powiem? To działa.

Mam jeszcze więcej energii, więcej się uśmiecham. Od tygodnia pani w pobliskim sklepie również wita mnie uśmiechem, choć wcześniej nie była tak miło nastawiona.

Czasami trzeba przerwać ten ciąg narzekania i szukania dziury w całym. Bo pogoda zła, bo mało pieniędzy, bo choroba, bo mgła, bo mąż niedobry, bo dzieci się nie odzywają.

Każdy ma ciężko. Narzekanie, użalanie się nad sobą nie pomaga. Pomaga zrobienie czegoś dla innych, choćby uśmiech.

Znam takie osoby, które wręcz nie cierpią swojej rodziny, praca sprawia im przykrość. W ciągu jednej sekundy są w stanie wymyślić 37 powodów, dla których dzień jest beznadziejny, a wszystko i wszyscy wokół tylko ich  drażnią.

A może Ty też tak masz? Z dnia na dzień 
stajesz się  złośliwy, opryskliwy i zgnuśniały. Tak nie znajdziesz szczęścia, a co więcej - bardziej męczysz się sam ze sobą niż z innymi. A żeby sobie z tym poradzić, tym bardziej narzekasz i jesteś złośliwy.

Zamiast tego pomyśl, co możesz zrobić dobrego - dzisiaj nie dla siebie, ale dla kogoś innego. Jeśli nie wyjdziesz ze spojrzeniem poza czubek własnego nosa - nigdy nie będziesz naprawdę szczęśliwy.

Szczęśliwej niedzieli,
Ewelina

niedziela, 4 grudnia 2016

Szymon Majewski: Komu dać szkołę? Może rodzicom?

Felieton Szymona Najewskiego:


Szymon Majewski: Komu dać szkołę? Może rodzicom?

Tym razem o kilku klasowych zebraniach…

Dzwonię do kolegi:

- Co robisz ?

- Odwożę córkę na zajęcia z tańca, potem jedziemy na hiszpański i basen.

I widzę te dzieciaki jak prują do szkoły, niektóre oprócz plecaka mają przytroczoną rakietę do tenisa, torbę na kółkach z podręcznikami do esperanto, i tak zasuwają do 21-ej a potem jeszcze… praca domowa! Bo trzeba do przodu, bo punkty, bo szkoła, bo studia, bo geniusz, bo Mariusz ma średnią 5,6 a Ty! 5,5 ! I co z tym zrobimy?!

Pamiętam takie zebranie w szkole. Siedzimy w klasie, pan dyrektor, pani wychowawczyni, rodzice i nagle wstaje tatuś i mówi:

- Dlaczego szkoła nic nie zadaje na sobotę i niedzielę?! Mój syn siedzi i nic nie robi, a mógłby podgonić materiał.

Nie wytrzymałem: Proszę pana, idź pan z dzieckiem na rower, do lasu, przewietrz go pan!

Oburzenie, konsternacja, ale to Majewski, więc wiadomo, artysta na „różowych papierach”! Na rower dziecko chce wysyłać zamiast zgięte w pałąk do lekcji!

A ja zawsze uważałem, że rower i las więcej dadzą dzieciom niż te półtonowe tornistry.

Ten Ojciec zmierzył mnie wzrokiem, wytrzymałem, a tydzień później była szkolna wycieczka rowerowa i co?

Jego blady syn chciał wsiadać na rower przez kierownicę!

Raz załatwiłem wycieczkę do Huty Zawiercie. Genialna sprawa, jednodniowy wypad w środku tygodnia, więc jedna matka na zebraniu:

- Co to za pomysł z tą hutą? Już lepiej niech siedzą i robią lekcje!

Mówi się o problemach ze szkołą, dziećmi itp., a może powinny być szkoły dla rodziców?

Wszyscy się nakręcają. Szkoła musi być w rankingu wysoko, więc dobre noty musi mieć. Te dzieci, które dają noty są pchanie do przodu, reszta pod dywan. Masz średnią 3,1 to nie wezmą cię do recytacji, wiersz dajmy temu co ma 5,6 i jest gwarancja, że się nauczy!

Kolejny obrazek z zebrania.

Wstaje Tata w typie Director of Directors i pyta:

- Jaki jest poziom angielskiego w szkole?

Dyrektor:

- Wysoki. Codziennie dwie lekcje…

- Tak? Naprawdę? A do mnie ostatnio przyjechał kontrachent z USA, mieszkał u mnie, rano przy śniadaniu rozmawialiśmy o sytuacji ekonomicznej Polski i Roger spytał mojego syna o coś, a ten ani me ani be!?

Ludzie! To była trzecia klasa podstawówki!

Tak pogoń za wynikami doprowadzała do paranoi, prosta praca domowa stawała się okazją do wyścigu teamów rodzinnych! Pamiętam, jak pani w szkole kazała dzieciom zrobić karmniki dla ptaków. Ok, coś tam moje dzieci skleciły. Lecimy rano do szkoły, mija nas matka z dzieckiem, na ręku mają profesjonalny karmnik wielkości telewizora.

- A co to? - pytam.

- Stolarzowi zleciłam.

I dostał chłopak 6, a moi po 3!

***

Dzieci z wycieczki do huty wróciły zachwycone! Przeżywały to cały tydzień…


Szymon Majewski