sobota, 31 grudnia 2016

Opowieści Wigilijne Szymona Majewskiego



Szymon Majewski: Opowieści Wigilijne

Czyli „Walka z drapakiem. Kutia i…jenot”.

Lata osiemdziesiąte. Nasze małe mieszkano na Ochocie było w stanie pomieścić całą magię Świąt. Wszystko było najcudowniejsze i najbardziej wyjątkowe. Nawet świąteczna rodzinna awanturka o choinkę, po którą dziadek szedł w ostatniej chwili i koniec końców kupował co było. Do dziś pamiętam lecącą przez pokój choinkę i okrzyk dziadka:

- To wywalcie drapaka jak się nie podoba. Sami sobie kupujcie.

„Drapak” lub też „wiecheć” w niczym nie przypominał teraźniejszych jodeł kaukaskich, wyglądał jak wyliniała szczota, nie był ładny aż wzruszał. Ważne, by było miejsce, żeby mały Szymek mógł pod nią… spać. Uwielbiałem to. Zawsze mama ścieliła mi pod choinką, kładła jakiś materac i na tym pościel. Spałem tam długo dopóki igły nie zaczynały mi spadać za piżamę. Ale za to czułem się jak w lesie - te choinki miały zapach lasu.

Najbardziej lubiłem sam proces ubierania „drapaka”, z piwnicy dziadek przynosił stare pudło z bombkami, moment otwierania bombek był najfajniejszy, to było jakbym otwierał pudełko z bajkami. Parę bombek pamiętało jeszcze czasy przedwojenne, niektóre były robione przez dziadka, pamiętam Mikołaja z brodą z waty, podłużne bombki cukierki, lata mijały a ja ciągle myślałem, że są świeże. W końcu nie wytrzymałem i w trakcie ubierania „drapaka” zjadłem ponad dziesięcioletnie cukierki. Oczywiście potem odchorowałem moją miłość do archeologicznych bombek.

Najbardziej ekstremalne były świeczki na choince. Mieliśmy zestaw starych oprawek na świeczki nachoinkowe, oczywiście skończyło się małym pożarem choinki. Podczas gdy rodzina zajęta była dyskusją polityczną, w drugi dzień Świąt od świeczek zajęły się „włosy anielskie” i skończyło się tym, że wujek poświęcił marynarkę i zdusił ogień. Po krótkim gaszeniu wróciliśmy do sporu, który od lat dzielił moją rodzinę na pół : Piłsudski kontra Dmowski, PPS czy Endecja. Dziadek kochał Piłsudskiego, a część rodziny nie. Zawsze w połowie dyskusji chciał wychodzić, a mama wtedy wołała:

- Tato! Dlaczego masz wychodzić, przecież jesteś u siebie!

Mama robiła co mogła, żeby w PRL-u, za szpitalną pensję wyczarować cudowne Święta.

Udawało się zawsze. Najcudowniejsze były grzyby smażone i kutia, którą mama robiła najpyszniejszą na świecie. Mak mielony też był w maszynce do mięsa. Ja kręciłem, jako młody silny byczek, mama sypała mak a dziadek trzymał stół, który„chodził” po całej kuchni.

Dziś smak tej kutii jest w stanie powtórzyć jedynie moja córka Zosia, która podtrzymuje tradycje tej babcinej kuchni.

Oczywiście najmilej wspominam wspólne kolędy, miałem radochę, bo uwielbiałem przekręcać teksty kolęd. I tak „Wśród nocnej ciszy” była dla mnie kolędą o myśliwych strzelających w lesie „Śrut w nocnej ciszy” . Z kolei „Bracia. Patrzcie jeno…” były historią o jenocie „Bracia, patrzcie jenot!”.

Dziś dla moich dzieci, kolęda „Jezus malusieńki” jest kolędą o tym, że „Jezus ma Lusieńki”, czyli takie same pieski jak nasza Lusia…

Ja zaś próbuję od lat kontynuować tradycję przebierania się za Św. Mikołaja co robił przez lata mój dziadek. Moment, w którym mogę spytać teściową czy była grzeczna jest dla mnie bezcenny…

Szymon Majewski


Życzę dobrej (i zdrowej) zabawy Sylwestrowej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz