poniedziałek, 27 lutego 2017

Ewelina: właściwości papryczek ostrych Jalapeno

Oto kolejna wiadomość od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:


Witaj,

Jak mija Ci niedziela? Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, że to był tydzień okazywania miłości. Także sobie. Dlatego znów małe przypomnienie, żebyś dbał o siebie i swoje zdrowie.

Zastanawiałam się, o czym do Ciebie napisać i przyszedł mi do głowy ciekawy temat, ostatnio dość popularny. Ponieważ mamy boom na egzotyczne przyprawy, potrawy i zioła – postanowiłam dziś przybliżyć Ci temat ostrych papryczek Jalapeno, Habanero, Piri-Piri itp. i ich wpływu na Twoje zdrowie.

papryka chili jalapeno

Bo przecież różnie się o nich mówi. Przykładowo, moja mama nigdy w życiu nie dałaby się namówić na zjedzenie takiej papryczki, bez względu na jej właściwości zdrowotne.

Ciągle powtarza, że cierpi na schorzenia jelitowe i coś takiego jest całkowicie wykluczone. (...)

Była niechętna, ma złe doświadczenie z błonnikiem i różnymi suplementami diety. Uwierz, bóle spastyczne po kiepskiej jakości błonniku są nie do zniesienia. (...)

Dziś chciałabym zaprosić Cię do świata egzotyki i wyjątkowo pikantnego smaku. No właśnie - dla tego są sprowadzane z ciepłych rejonów świata. Ale nie tylko...

Substancją odpowiedzialną za te specyficzne właściwości wszelkich ostrych papryczek jest kapsaicyna - substancja czynna w nich zawarta. Ona odpowiada jednak nie tylko za walory smakowe - jest też, a może przede wszystkim naszym sprzymierzeńcem zdrowotnym.

Jej nadmiar może spowodować poważne konsekwencje zdrowotne - stąd ostrzegawczy, charakterystyczny, ostry smak i pieczenie, palenie pojawiające się w ustach po jej spożyciu. A także czerwony, jaskrawy kolor - zwykle w naturze sygnalizujący ostrzeżenie.


Jakie zatem ma prozdrowotne właściwości? Przede wszystkim pomaga w regulowaniu pracy układu nerwowego - hamuje wydzielanie neuropeptyd - białek, które naukowcy łączą między innymi z migreną. Te białka są także odpowiedzialne za zapalenia stawów - stosuj więc jako pomoc ostre papryczki, jeśli cierpisz na te schorzenia, aby ograniczyć ból.

Chyba najbardziej znanym działaniem wszelkich pikantnych przypraw i warzyw jest stymulacja termiczna, rozgrzewające działanie. Pomaga to nie tylko w przeziębieniach, ale także w zapaleniu zatok.

Dodatkowo kapsaicyna pomaga w regulowaniu poziomu trójglicerydów i cholesterolu - wspiera więc układ krwionośny i pomaga zachować zdrowe serce. Niektóre badania wykazują także krótkotrwałe działanie przeciwzakrzepowe tej substancji.

Badania prowadzone nad kapsaicyną dowodzą jej działania cytotoksycznego, czyli przeciwnowotworowe. Rzeczywiście, w krajach, w których jest to popularna przyprawa obserwuje się znacznie mniejsze ilości nowotworów (głównie prostaty).

Warto więc raz na jakiś czas dodać tej super pikantnej papryczki do sosu, zupy czy konserw, soków, smoothies i zadbać o swoje zdrowie. Jeśli nie przepadasz za kuchnią meksykańską, której królową jest właśnie chili i inne jej ostrzejsze odmiany, możesz dodać papryczki przy tworzeniu przetworów jak np. ogórków konserwowych, sosów pomidorowych, a także zup i sosów.

Przy gotowaniu koniecznie uważaj na oczy i inne błony śluzowe, aby się nie zatrzeć przez przypadek - palący ból staje się nie do zniesienia!

Jednak mimo wszystko - kto by pomyślał że taki mały dodatek do potraw może mieć tak wspaniałe właściwości. Nawet jeśli niekoniecznie przepadasz za ostrym jedzeniem - warto sobie od czasu do czasu pozwolić na odrobinę szaleństwa!

Pikantnego dnia!
Ewelina

niedziela, 26 lutego 2017

Szymon Majewski: Okulary na drzewie z widokiem na rzekę

Felieton Szymona Majewskiego:


Szymon Majewski: Okulary na drzewie z widokiem na rzekę

Czyli o tym, jak drugi raz pożegnałem się z Mamą…

Gdy zmarła moja mama, przez długi czas nie lubiłem chodzić na cmentarz. Grób rodzinny przykryty kamieniem, choć piękny, nigdy nie chciał mi się kojarzyć z brakiem obecności mamy. Denerwował mnie ten rytuał stawiania zniczy, kładzenia kwiatów, nie lubiłem tego, bo oznaczał dla mnie pogodzenie się z faktem odejścia mamy. Nie chciałem przyjąć, że Ona spoczywa tu gdzieś pomiędzy blokami.

Chciałem ją „pochować” na swój sposób, tak bym mógł swoje myśli kierować gdzieś indziej, w miejsce miłe i ważne dla niej. Dlatego zrobiłem coś innego, coś tak bardzo mojego, co pozwoliło mi mieć swoje magiczne miejsca związane z mamą i z pamięcią o Niej.

Od powojnia moja rodzina na wakacje jeździła do Ulanowa i na Zwolaki. Ulanów to miłe miasteczko w widłach Tanwi i Sanu, Zwolaki to mała miejscowość obok, położona w Lasach Janowskich. Mieszkała tam nasza ciocia Cyrylla Nowak, czyli ciocia Cyrysia. Wszystkie wakacje spędzaliśmy tam, bywało, że siedziałem u niej nawet dwa miesiące z dziadkiem, a mama czasami przyjeżdżała na trzy tygodnie. Uwielbiała to miejsce, piękne polany na rzeką Tanwią, dziewanny, pola i las. Mama w zasadzie kochała każdy las, ale ten ulanowski najbardziej. Tam zawsze odpoczywała i ładowała baterie na kolejny tok, jak to mówiła „słodkich zmagań“

Dlatego latem, kilka miesięcy po jej śmierci, zabrałem parę jej rzeczy i razem z moją rodziną i Jaśkiem, przyjacielem mamy, który był z nią przez ostatnie lata, pojechaliśmy do Ulanowa.

 
Jej czapkę zawiesiłem wysoko na drzewie, wspiąłem się tam z bratem Karolkiem. Czapka zawisła na sośnie, parę metrów nad ziemią w Dolinie Wilczego Kła, tak to miejsce nazwał dziadek, a ja nawet to lubiłem, bo zawsze wydawało mi się takie indiańskie, jak z książek Maya.

Okulary mamy, przyczepiłem na drzewie, ale już nad Tanwią, żeby mogła sobie popatrzeć na rzekę, którą tak kochała i na most między Zwolakami a Dąbrówką, gdzie chodziła, żeby popatrzeć na zachód słońca.

Jej zegarek, który jeszcze chodził, przypiąłem do pnia drzewa na wysokości paru metrów, żeby odmierzał czas Księżycowej Polanie [to kolejna nazwa dziadka]. To było miejsce, gdzie często jeździliśmy rowerami na pikniki.

Niedaleko był stary most, w jego poręczy nad strumykiem schowałem kalendarzyk mamy, ostatni kalendarzyk z zaznaczonymi datami, godzinami spotkań itp. Zapakowałem go do słoika i wepchnąłem dość głęboko, żeby został tam na lata.

A buty mojej mamy spłynęły Tanwią do Sanu, a potem do Wisły. Lubię marzyć, że płyną dalej i że zwiedzają świat.

Cały czas rodzinnie monitorujemy te miejsca. Czapka mamy ciągle wisi w koronie drzew, a najfajniejsze jest to, że ptaki zrobiły sobie w niej gniazdo i co roku rodzą się młode. Kalendarz został na moście, ale niestety nie mogliśmy znaleźć zegarka mimo, że zaznaczyłem drzewo. Okulary też zniknęły, może zardzewiały i spadły, gdy wiał wiatr na Tanwią.

Wierzę w to, że to są jej miejsca, jej ślady i jak myślę o niej to widzę spokojną Tanew i las, który kochała.

Szymon Majewski

czwartek, 23 lutego 2017

Radioklinika o smogu i roślinach domowych


Radioklinika opublikowała ciekawy artykuł pod dużo obiecującym tytule:


Temat na czasie, gdy ciągle walczymy za smogiem, a dodatkowo zafundowano nam w Polsce masową wycinkę drzew.

Na początek artykułu - wprowadzenie:

Doskonale wiemy, jakim powietrzem oddychamy żyjąc w dużych miastach i miasteczkach. Ostatnie informacje w mediach wręcz „trąbiły” na temat smogu. Był on jednym z głównych tematów, które mogliśmy usłyszeć w miejscach publicznych.

Jedni twierdzą, że to sprawa wykreowana przez media jak jedna z wielu, dla innych to problem teoretyczny (słynna wypowiedź Ministra Zdrowia), inni zaś zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. Uważają smog za poważny problem społeczny, który powoduje wiele problemów zdrowotnych i jest pośrednią przyczyną zgonów.


Europejska Agencja Środowiska alarmuje, że z powodu chorób związanych z wysokimi zanieczyszczeniami powietrza, w naszym kraju umiera 45 tysięcy osób w skali roku. To kilkanaście razy więcej niż w wypadkach samochodowych…

Zachęcam do zapoznania się z pełnym tekstem artykułu "Smog | Jak stworzyć przyjazny mikroklimat we własnym domu?", tym bardziej, że w dalszej części autorka - Monika Dubicka, prezentuje nam 10 roślin domowych, które oczyszczą nam powietrze w mieszkaniu.

I na koniec artykułu - wezwanie, aby nie przesadzać!



poniedziałek, 20 lutego 2017

Ewelina: Dlaczego zepsute jedzenie jest najzdrowsze?

Wiadomość od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:

Witaj,

Dziś temat nieco szokujący jak na dzisiejsze czasy. (...)

Kto powiedział że zdrowe jedzenie to tylko i wyłącznie świeże, surowe produkty? Przewrotne pytanie, nieprawdaż?

Dzisiaj z każdej strony jesteśmy niemal bombardowani informacjami, żeby przejść na dietę ściśle surową (raw), wegańską surową (wegan raw) lub drastycznie ograniczyć produkty tak zwane przetworzone.

Nic dziwnego, że stwierdzenie że zepsute jedzenie jest dla Ciebie najzdrowsze, wręcz staje się lekiem, wydaje się niedorzeczne.

Jednak sprawa nie jest taka prosta jak się wydaje. Rzeczywiście, surowa dieta bogata we wszystkie składniki odżywcze jest bardzo zdrowa i nie mam jej nic do zarzucenia.

Jednak organizm długo się przestawia na taki styl odżywiania, przystosowuje wszystkie narządy do pracy, musi wyprodukować jednych enzymów trawiennych nagle więcej, innych mniej.

Przede wszystkim jednak jesteśmy bardzo złożonym organizmem, w naszym przewodzie pokarmowym i rozrodczym znajduje się wiele rodzajów flory bakteryjnej, która wspomaga procesy trawienne, jej odpowiedni poziom gwarantuje odpowiednie ph poszczególnych rejonów ciała. (...)

Osłabienie organizmu spowodowane wysiłkiem, trudnościami życiowymi, przewlekłym stresem, obecność antybiotyków w jedzeniu lub też przyjmowanie antybiotyków lub nawet ziół o działaniu antywirusowym (czystek, wrotycz) w dużym stężeniu i ilości, powoduje nie tylko usunięcie wirusa ale też innych, nie tak silnych przecież bakterii i mikroorganizmów.

Objawia się to w postaci biegunki, wysypów skórnych, miejscowych drożdżyc, u kobiet w okolicach intymnych. Bowiem utrata tych dobrych bakterii powoduje rozrost drożdżaków, którymi bakterie się żywią.

I wtedy właśnie z pomocą przychodzi nam wspaniały sprzymierzeniec - „zepsute jedzenie”!

Tak, właśnie proces fermentacji i rozkładu powoduje powstanie środowiska i odczynu sprzyjających  rozwijaniu się tych małych mikroorganizmów, które działają na nas zbawiennie i leczniczo. To nie przypadek, że u naszych babć pełno było przetworów typu kapusta kiszona, ogórki kiszone, zsiadłe mleko, kefir.



Teraz dochodzą do tego towarzystwa jeszcze jogurty, dla których hoduje się specjalne kultury bakterii jogurtowych, sery pleśniowe, długo dojrzewające itp.

Mało tego, w sklepach można kupić specjalne zestawy do hodowli tych bakterii jogurtowych i samemu produkować jogurty, przy okazji zwiększając swoją świadomość, czym jest jogurt.

Zauważ że wszystkie te wyżej wymienione produkty zawierają ogrom witamin z grupy B, a także właśnie te probiotyczne bakterie.

Polecane są właśnie na zimę - kiedy nie mamy dostępu do zbyt dużej ilości surowych warzyw i owoców rodzimie produkowanych. Natura wie co robi - w zimie bowiem potrzebujemy więcej tych probiotyków - wcale nie w formie sztucznych kultur bakterii w postaci tabletek czy sztucznie doprawianych jogurtów.

Nasz organizm jest cudownym, żyjącym laboratorium, w którym te bakterie same się namnażają do właściwego poziomu, wystarczy mu regularnie dostarczać wraz z kiszonkami, kefirami, zsiadłym mlekiem małe ich ilości.

Ilości wyprodukowane w sposób naturalny - nie chcemy przecież faszerować się chemią - bo po co, skoro mamy tak cudowną naturalną aptekę w zasięgu ręki (i to za grosze!)

Jak widzisz natura zna odpowiedź na każde pytanie i każdy problem. Warto sięgać po naturalne probiotyki - zepsute jedzenie górą!

Dobrego dnia Ci życzę i zdrowia!
Ewelina 

niedziela, 19 lutego 2017

Szymon Majewski - Człowiek Śmiechu

Felieton Szymona Majewskiego.


Szymon Majewski - Człowiek Śmiechu

Czyli jak cię widzą, tak cię piszą.

Było to parę lat temu, jadę taksówką, akurat rozmawiam przez telefon, taksówkarz z zaciekawieniem patrzy na mnie, gdy kończę spogląda i mówi:

- Wiedziałem! Cały on, cały pan! Nic pana nie rusza. Po prostu wesoły człowiek.

Spojrzałem na niego. Miałem dwie możliwości, albo powiedzieć jak jest albo powiedzieć jak nie jest, czyli potwierdzić fakt, że spotkał uśmiechniętą kalkomanię. Trasa była krótka, więc wybrałem drugą opcję:

- Jasne, ma się rozumieć!

Taksówkarz wyraźnie zadowolony, że utwierdziłem go w tym jak zręcznym jest psychologiem, na pożegnanie przybił mi piątkę i odjechał.

A gdybym powiedział tak:

- Wie pan, teraz się śmieję, bo rozmawiam z kolegą, ale mam stany depresyjne od lat, mam też nerwicę lękową, oczywiście staram się sobie radzić, ale bywa różnie. Dużo siły daje mi rodzina, żona i dzieci, ale przez długi czas nie mogłem sobie poradzić po śmierci mojej mamy, chodziłem na terapię, leczyłem się farmakologicznej, nie potrafiłem też za bardzo poradzić sobie z presją zadań, które miałem, prowadząc tak duży program. Miliony widzów, tysiące oczekiwań, ciężar sławy, który była dla mnie za duży. Chciałem dać siebie wszystkim, a gdy już zacząłem, nie miałem siły postawić granic, a czułem że muszę. Gdy moja mama zaczęła chorować, jeździłem do niej do szpitala już z postawionymi włosami do programu, w kolorowych ciuchach. Wychodziłem ze szpitala, by za pół godziny bawić widownię i Polskę lub latać po ulicach jako Ącki. Mogłem być częściej w domu i nie byłem, za to też mam do siebie żal. I wie Pan, w końcu po wielu latach terapii powoli zacząłem z tego wychodzić, z dnia na dzień brałem coraz mniejszą dawkę leków. Aż w końcu, wziąłem już ostatnią pigułkę i tego dnia… spaliło nam się mieszkanie.

Żeby tego było mało w tym czasie, w przykrych okolicznościach rozstałem się z firmą, z którą pracowałem wiele lat, a potem z drugą.

Ale tak, proszę pana, jestem szczęśliwy, bo mam kapitalną rodzinę i pracę, która jest źródłem radości i satysfakcji. A uśmiecham się dlatego, bo zadzwonił do mnie mój przyjaciel, który zawsze jest w stanie mnie rozśmieszyć…

O już chyba jesteśmy na miejscu.


Szymon Majewski

czwartek, 16 lutego 2017

Co z tym ryżem?


Tomasz Kobosz z Medexpressu, opierając się na informacjach BBC News, publikuje ciekawy artykuł, o zawartości arsenu w ryżu.
Warto z tym tekstem się zapoznać:


Ryż staje się coraz bardziej popularny na europejskich talerzach. Co trzeba wiedzieć o zawartości związków arsenu w białych ziarenkach?

Związki arsenu (najczęściej jako kwasy arsenowy i arsenawy) występują naturalnie w wodach gruntowych. Arsen jest jednak toksyczny - w Unii Europejskiej ma on status substancji rakotwórczej.

W krajach o szczególnie wysokim poziomie zanieczyszczenia wód związkami arsenu (np. Bangladesz) mówi się o „pełzającej epidemii” nowotworów, chorób serca i zaburzeń rozwojowych, których przyczyną jest właśnie arsen.

Pierwiastek ten, jako składnik gleby i wód gruntowych, przenika praktycznie do wszystkich roślin, jednak w większości przypadków jego stężenie w pokarmach pochodzenia roślinnego jest znikome.

Wyjątkiem jest ryż. Ze względu na sposób jego uprawy (jako roślina wodolubna przez większą część okresu wegetacyjnego ryż musi rosnąć w płytkiej wodzie) jego ziarna zawierają 10-20 razy więcej związków arsenu, niż ziarna zbóż uprawianych „na sucho”. Czy to jednak dla konsumentów wystarczający powód do niepokoju?



- Wpływ arsenu na organizm jest zależny od dawki, dlatego można się tu posłużyć analogią do palenia papierosów - im więcej, tym większe zagrożenie. Kilka porcji ryżu tygodniowo z pewnością nie zaszkodzi osobie dorosłej - tłumaczy w rozmowie z BBC News prof. Andy Meharg z Queen's University w Belfaście, specjalista od wielu lat zajmujący się arsenem.

Jednak, jak uważa prof. Meharg, [w Wielkiej Brytanii] potrzebne są regulacje prawne, które w jakiś sposób chroniłyby osoby, w których diecie znajdują się znaczne ilości ryżu, a szczególnie odżywiane w taki sposób dzieci (chodzi tu także o ryż przetworzony, np. różnego typu ryżowe „chrupki”, chętnie zjadane przez najmłodszych).

- Nie od dziś wiadomo, że związki arsenu u dzieci wpływają niekorzystnie na rozwój układu immunologicznego, proces wzrostu oraz na rozwój intelektualny - dodaje prof. Meharg.

Konsumenci mają jednak wpływ na to, ile arsenu trafi do ich organizmów wraz z ryżem. Bardzo wiele zależy tu bowiem od sposobu jego gotowania. Jak radzi prof. Meharg, najmniejsze stężenie związków arsenu uzyskamy, jeśli przed ugotowaniem pozostawimy ryż przez noc w wodzie (500 ml wody na 100 g ryżu), następnie wylejemy ją, zastępując świeżą. Poziom arsenu w potrawie będzie wtedy o 80 proc. niższy, niż przy klasycznym gotowaniu, kiedy niemoczony wcześniej ryż pochłania całą wodę.

Jeśli na moczenie ryżu nie ma czasu, poziom toksycznych związków można nieco obniżyć gotując go po prostu w bardzo dużej ilości wody (proporcje 5:1).






Najczęściej nie znamy kraju pochodzenia ryżu, który spożywamy, a na pewno nie znamy stopnia zanieczyszczenia gleby i wód gruntowych w miejscu uprawy.
Tym bardziej pamiętajmy o pozostawianiu na noc ryżu w wodzie, oraz o gotowaniu w dużej ilości wody!

poniedziałek, 13 lutego 2017

Ewelina: Zdrowe jedzenie – tanie czy drogie


Wiadomość od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:

Witaj,

Jak się czujesz? Jestem pewna, że masz już tak dużą wiedzę z zakresu  zdrowego stylu życia, że żaden wirus ani żadne choróbsko nie ma do Ciebie dostępu.

(...) przed nami trudny i kontrowersyjny temat.

Warto sobie uświadomić pewną kwestię, wydawałoby się banalną, ale jednak krąży wiele mitów na ten temat. Mówię tu o micie „zdrowe odżywianie jest drogie, nie stać mnie na to”.

Ale czy na pewno? Jest co najmniej kilka sposobów na obalenie tego mitu. Ważne jest w tym wszystkim Twoje podejście do tematu, to co słyszałeś już od dziecka i słyszysz do teraz w mediach, przykład jaki czerpiesz z rodziny i przyjaciół.

Dziś definitywnie obalimy ten mit! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo kiedyś rozmowa na ten temat z przyjacielem, otworzyła mi oczy i uwolniła głowę.

Zaczęło się od tego, że żyjemy w takich czasach, że nie zawsze można sobie pozwolić na przysłowiowe kokosy.

Niestety tak zwana zdrowa dieta, czy też zdrowy sposób odżywiania się i życia jest kojarzony z dietą dla zamożnych.

Drogie zakupy, wymyślne potrawy, egzotyczna kuchnią, małe porcje (żeby zaoszczędzić), wielodniowe przygotowania (egzotyczne zakupy z absurdalnych przepisów trzeba przecież zrobić nieraz w kilku sklepach, często zamawiając jakiś specjalny produkt, którego nie ma na półkach nawet w sklepach ze zdrową żywnością).

Nic bardziej mylnego!

Jest jednak jedno ALE - jeśli tylko masz głowę na karku. Oczywiście - każdą dietę czy sposób odżywiania można sprowadzić do zakupu najdroższych, ekskluzywnych produktów, przysłowiowego ptasiego mleka i… pustego portfela. Nie o to jednak chodzi.

Wszystko zależy od Ciebie i Twoich wyborów. Niestety, od kilkudziesięciu lat media dosłownie bombardują nas reklamami gotowych produktów.

Zachłysnęliśmy się luksusem „niegotowania”, gotowego jedzenia i pseudojedzenia przygotowanego na masową skalę z dodatkiem tony chemii i konserwantów (no przecież jakoś to wszystko musi z fabryki przez transport, hurtownię, magazyn, a na końcu sklep trafić do Twojej lodówki).

Wmawiano nam przez lata, że gotowy sos pomidorowy jest z niewiadomych przyczyn lepszy niż ten domowy, że makaron kupiony w sklepie jest lepszy niż kasza, że sok z koncentratu jest lepszy niż kompot.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu tego wszystkiego po prostu nie było w sklepach. Pogoń za pieniądzem nie miała tak ogromnej skali, nie dotykała aż tak jak dzisiaj przeciętnego Kowalskiego.

Pierwszym z obiecanych sposobów na obalenie mitu że zdrowe żywienie jest drogie jest uświadomienie sobie, że mamy do wyboru - albo dziś płacić więcej za zdrowe, ekologiczne warzywa od rolnika, półprodukty, od czasu do czasu jakiś rarytas egzotyczny lub przyprawa - i żyć długo i zdrowo albo jeść świństwa nafaszerowane chemią za grosze, napychać brzuch truciznami i bardzo szybko wylądować u lekarza, który przepisze na nasze schorzenia powstałe z głupoty tonę leków. Krótka piłka!

A z tych bardziej codziennych - warto sobie zdać sprawę, że zdrowe gotowanie wcale nie musi być drogie.

Patrząc na naszą tradycyjną polską kuchnię, opartą na polskich owocach, warzywach, kaszach, zdrowym mięsie i wędlinach, dziczyźnie, grzybach leśnych - czy naprawdę musisz kupować kilogram bananów za 7 zł jeśli kilogram jabłek kosztuje maksimum 2 zł?




Czy musisz kupować grzyby zamiast w lecie spędzić kilka weekendów na spacerach w lesie, gdzie możesz nazbierać własne?



Nasze polskie produkty są po pierwsze zdrowsze - bo nie potrzebują tak intensywnego konserwowania żeby w całości dotrzeć na nasze stoły, są pyszne, pełne witamin, smaku i... tanie. Kilogram ziemniaków za 90 groszy czy bataty za kilkanaście zł za kilogram.




Zgoda - mogą się różnić składnikami. Jednak wystarczy sobie uświadomić, że polska kuchnia od stuleci żywiła i żywić będzie zdrowych ludzi i znajdziesz w niej absolutnie wszystkie składniki odżywcze potrzebne do zdrowego życia.

Moda na zachodnie i egzotyczne = drogie produkty przyszła niedawno. Jednak podstawą żywienia powinna być kuchnia rodzima. Bardzo ważne jest kupowanie produktów wtedy, kiedy jest ich dostatek i odpowiednie ich przetwarzanie - suszenie, kiszenie, mrożenie. Kupujesz wtedy najtaniej jak się tylko da. I jeśli kupisz w dużych ilościach (do przetwarzania), cena będzie jeszcze niższa.

A czy wiesz już jak skutecznie nabawić się zdrowia i odzyskać energię?

Zachęcam Cię gorąco do gotowania w domu - przekonasz się wtedy że kosztuje to grosze i jedzenie jest o niebo lepsze, pełne wartości odżywczych bo przygotowane na bieżąco i oczywiście przepyszne.

Zamiast makaronu ze sklepu - zrób makaron z kefiru, mąki, jednego jajka i odrobiny soli (kluski kładzione) koszt ok 2 zł za ogromny garnek kluchów.

Mam nadzieję że przekonałam Cię że zdrowe jedzenie nie musi być drogie. Sięgaj po rodzime produkty, kupuj w sezonie, gotuj w domu, wystrzegaj się gotowych dań, rób przetwory i mrożonki, kupuj w dużych ilościach na dłuższy czas - Twój portfel pokocha te jakże proste rady.

Zdrowego dnia!
Ewelina


niedziela, 12 lutego 2017

Szymon Majewski: Banda „Urwiska“

Felieton Szymona Majewskiego:



Szymon Majewski: Początki przestępczości zorganizowanej
 w Polsce – Banda „Urwiska“


Czyli Zeznanie Sroczki – Herszta Bandy.

Tak, przyznaję się, jestem bandytą o ksywie „Sroczka”. Razem z kolegami na Ochocie, przy ul. Szczęśliwickiej, w 1975 r. założyliśmy bandę „Urwiska”. Było nas czterech, dwóch Piotrków, Paweł i ja.

„Dyzio”, „Monter” i ja „Sroczka”. Ksywki drugiego Piotrka nie pamiętam. Była to przestępczość „dobrze zorganizowana” - obiady w domach i koniecznie powrót na Dobranockę.

Spotykaliśmy się za śmietnikiem przy domu Dyzia. By zająć się „bandyterką” trzeba najpierw było dotrzeć na miejsce kryjówki przez jezdnię i spojrzeć w prawo i w lewo jak kazały mamy.

Zakres zadań bandy „Urwiska” był prosty: dbanie o własny teren tj. kwadrat ulic Częstochowska i Szczęśliwicka, Rokossowska i Białobrzeska. Ponadto: zabawa w wojnę - czyli rekonstrukcja ulubionych scen z Czterech Pancernych, a także śledzenie dozorcy z naszej kamienicy z… niewiadomych powodów, ale chyba dlatego że nosił beret i dlatego wydawał nam się tajemniczy. Zasady były proste: Nie lubimy kotów! Wolimy gołębie! Nie trawimy starszych pań siedzących na ławce, bo nas gonią i uprawiają monitoring trzepaka.

Akcje kończyliśmy przed Dobranocką oglądaną wspólnie u mnie lub u Pawła.

Gang „Urwiska” miał na swym koncie parę przestępstw, do najgłośniejszych należało zbicie szyby na tablicy ogłoszeń osiedlowych. Zrobiliśmy to grając piłką na klatce schodowej Dyzia [niechcący]. Z reguły nie wypuszczaliśmy się na inne tereny, pilnując wpływów „Urwiska” na na naszym podwórku. Często też bawiliśmy się w przewracanki, takie swojskie, dziecięce MMA, czyli każdy na każdego. Nawet byłem w tym dobry, długi i chudy, wiłem się jak węgorz i jakoś wychodziłem na swoje. Nie wiem dlaczego, ale dobrze… dusiłem!


W rekonstrukcjach westernów i Czterech Pancernych też byliśmy nieźli, zawsze najpierw trzeba było ustalić kto jest kim, czyli kto jest Jankiem Kosem a kto Gustlikiem, na końcu zawsze zostawał Szarik do obsadzenia. Tę rolę dostawał często ktoś młodszy, spoza bandy – taki był warunek: chcesz się bawić? Aportuj i noś meldunki!

Ja zawsze chciałem być szeryfem, jednak miałem pewną przypadłość – uwielbiałem ginąć na różne sposoby. Generalnie chodziło mi o zejście bohaterskie i to najlepiej na początku. Były o to awantury w Bandzie, bo to bez sensu, żeby szeryf ginął od razu. Ginąłem więc parę razy. Co tam logika! Byliśmy wszak Bandą i to my ustalaliśmy reguły.

Wolałem jednak ginąć w zabawach z II Wojny, bo wtedy się dostawało serią i można było ułożyć fajną choreografię ginięcia. Prosiłem kolegów o długie serie z paru karabinów.

Banda „Urwiska” miała swoją „kutą” księgę zasad i praw. Zapisane było tam kto należy do „Urwiska” i kto jest naszym wrogiem.

Nie lubiliśmy dozorcy, bo podejrzewaliśmy go o… przemyt. Nie wiedzieliśmy co to znaczy, ale robiło to na nas wrażenie.

Jak mieliśmy parę groszy to kupowaliśmy oranżadę w proszku marki „Safari”, sypaliśmy sobie na dłoń i lizaliśmy cudowny, słodki, kwasek cytrynowy. Gdy ktoś podchodził i mówił: „Spóła” oznaczało to, że trzeba się podzielić.

Często też staliśmy na rogu i wyliśmy. Kiedyś moja mama spytała sąsiadki:

- Widziała pani mojego syna?

- Tak, stoi na rogu i wyje z kolegami.


Szymon Majewski

czwartek, 9 lutego 2017

Dr Borkowski o wybranych lekach

dr n. farm. Leszek Borkowski
Były prezes Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, dr n. farm. Leszek Borkowski, na podstawie komunikatów Europejskiej Agencji Leków oraz Polskiego Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, przekazuje  kolejne informacje na temat bezpieczeństwa wybranych leków.

Oto kolejna informacja (zalecenia dla podmiotów odpowiedzialnych ze strony grupy koordynacyjnej CMDh/ EMA/ oraz komitetu PRAC /EMA/ oceniającego bezpieczeństwo stosowania produktów leczniczych):

Alprostadyl /Prostavasin, Prostin VR, Vytaros/ – stosowany w zaburzeniach  erekcji.
U pacjentów biorących lek z istniejącym ryzykiem choroby niedokrwiennej serca  i udarem naczyniowym mózgu występuje zwiększone ryzyko niedokrwienia mięśnia sercowego i udaru naczyniowego mózgu związanego ze stosowaniem alprostadylu.

Bupropion /Oribion, Welbutrin, Zyban, Mysimba/.
Stosowanie tego leku jest obarczone ryzykiem występowania  hiponatremii jako ryzyka działania niepożądanego o częstości nieznanej.

Deksametazon /Cresophene, Dexadent, Dexafree, Dexamytrex, Demezon, Dexaven, Dexapolcort, Ozurdex, Pabi-Dexametazon, Dexamytrex, Dexapolcort N, Maxitrol, Mybracin, Primadex, Tobradex, Tobrosopt-Dex/. 
Pacjenci z nowotworami układu krwiotwórczego leczeni tym lekiem w monoterapii  lub w skojarzeniu z innymi chemioterapeutykami są narażeni na wystąpienie zespołu rozpadu guza.
Należy szczególnie kontrolować pacjentów z grupy wysokiego ryzyka zespołu rozpadu guza , do której należą pacjenci z wysokim indeksem proliferacyjnym, dużym rozmiarem guza oraz o dużej wrażliwości na leki cytotoksyczne. Do objawów TLS /tumor lysis syndrome/ zaliczymy skurcze mięśni, osłabienie mięśni, splątanie, zaburzenia widzenia lub utratę wzroku oraz płytki oddech.
Deksametazon w postaciach farmaceutycznych przeznaczonych do stosowania do oczu lub na skórę jest wchłaniany ogólnoustrojowo i może prowadzić do wystąpienia zespołu Cushinga i lub zahamowania czynności nadnerczy u predysponowanych pacjentów, w tym  dzieci oraz pacjentów leczonych inhibitorami CYP3A4. Inhibitory CYP3A4 mogą zmniejszać klirens deksametazonu co może prowadzić do nasilenia działania lub zahamowania czynności nadnerczy – wystąpienia zespołu Cushinga. Pojawiający się obrzęk i zwiększona masa ciała, widoczne szczególnie na tułowiu i twarzy to zazwyczaj pierwsze objawy choroby Cushinga.  Kolejno pojawiają się zaburzenia hormonalne - nasilony wzrost owłosienia na ciele, szczególnie u kobiet, osłabienie mięśni, fioletowe rozstępy na skórze, zwiększone ciśnienie krwi, nieregularne miesiączki lub brak miesiączki, zmiany ilościowe białka i wapnia w organizmie, zahamowanie wzrostu dzieci i młodzieży.

Gabapentyna /Gabagamma, Gabapentin, Grimodin, Neuran, Neurontin, Symleptic/
może powodować reakcje anafilaktyczne:
- trudności w oddychaniu,
- obrzęk warg, gardła i języka,
- niedociśnienie tętnicze.

Inhibitory enzymu konwertującego angiotensynę /ACE/ "prile" 
mogą powodować hiperkalemię z: Cyklosporyną, Heparynami, niesterydowymi  lekami przeciwzapalnymi.

Karboplatyna /Carbomedac, Carboplatin/ 
powoduje przypadki zespołu rozpadu guza TLS w monoterapii oraz leczeniu skojarzonym. Konieczna jest baczna obserwacja pacjenta ze zwiększoną proliferacją guza i dużą podatnością na działanie leków cytostatycznych.
Wywołuje niedokrwistość hemolityczną z występowaniem indukowanych lekiem przeciwciał odpornościowych.
Może indukować, po upływie kilku lat od leczenia, przypadki ostrej białaczki promielocytowej, zespołu mielodysplastycznego lub ostrej białaczki szpikowej.
Prawdopodobnie stymuluje występowanie choroby zarostowej żył.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Ewelina: Myjesz surowego kurczaka? To może Cię zabić!

Ewelina Drela z Mapy Zdrowia:

Witaj,

Jak mija Ci niedzielne przedpołudnie? Mam nadzieję, że jesteś zdrowy i odpierasz ataki grypy i innych chorób. 

Pamiętaj, żeby wzmacniać swoją odporność zwłaszcza teraz i szczególnie zadbać o swój organizm. (...)

Apropo jedzenia. Od urodzenia (albo i wcześniej) zawsze słyszałam, że przed jedzeniem czy gotowaniem należy dokładnie umyć wszystkie składniki pod bieżącą wodą. A zwłaszcza wszelkiego rodzaju mięso, jajka, owoce i warzywa. 

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mycie surowego kurczaka przed gotowaniem czy pieczeniem może być niebezpieczne dla mojego zdrowia, a nawet życia. Brzmi dziwnie, prawda?

Wszyscy wiedzą, że surowy kurczak, którego kupujesz w sklepie, u rzeźnika, a nawet u znajomego rolnika, ma na sobie mnóstwo szkodliwych bakterii, takich jak salmonella czy listeria, które powodują potworne i pustoszące organizm zatrucia pokarmowe. 


Wydaje się to zupełnie logiczne, że pierwsza rzecz, którą robisz z surowym kurczakiem, kiedy zamierzasz go ugotować, to mycie. I to jak najbardziej dokładne.

To, co teraz przeczytasz może Cię zszokować, ale nie mogłam i nie chciałam ukrywać przed Tobą tej prawdy. Naukowcy z Uniwersytetu Drexel przeprowadzili badania i specjalne testy naukowe. 

Udowodnili, że kiedy myjesz surowego kurczaka, tak naprawdę roznosisz wszystkie szkodliwe bakterie po całym mięsie, mało tego, po całej kuchni, sprzęcie, sobie, naczyniach. 

Mycie mięsa nie zabija żyjących w nich bakterii, a jedynie je rozprzestrzenia. Ten proces, zwany jest aerolizacją. Sprawia, że Twoja kuchnia (i Ty sam) pełna jest niebezpiecznych bakterii. 

Pamiętaj, że bakterie takie jak listeria, żyją na mięsie z kurczaka w ogromnych ilościach i tak naprawdę mogą Cię zabić.

Poważnie, jeśli bakterie listerii dostaną się do Twojego krwiobiegu, prawdopodobieństwo zgonu wynosi 1 do 5, u dzieci znacznie się zwiększa. 

A przecież listeria to tylko jeden z tysiąca różnych bakterii żyjących na surowym mięsie z kurczaka. Poza nimi są jeszcze bakterie salmonelli, pałeczki z rodzaju kampylobakter, i wiele innych. 

Co zatem zrobić, żeby móc gotować czy upiec kurczaka i nie zapaskudzić siebie i kuchni milionem szkodliwych bakterii?

Przede wszystkim, jeśli zamierzasz dotykać surowego mięsa z kurczaka, załóż jednorazowe rękawiczki, które potem natychmiast wyrzucisz. 

Poza tym naukowcy z Uniwersytetu Drexel zalecają, żeby w ogóle nie myć mięsa z kurczaka. Zamiast tego po prostu upiecz go lub ugotuj. Wszystkie kurczakowe bakterie giną już w temperaturze 80 stopni Celsjusza. 

I pamiętaj o dwóch  rzeczach - dokładnie wyczyść i zdezynfekuj powierzchnię, która miała kontakt z mięsem z kurczaka i trzymaj go z daleka od innych produktów spożywczych.

A jeśli zobaczysz, że ekspedientka na stoisku mięsno-warzywnym podaje komuś skrzydełka z kurczaka, a potem, nie myjąc dokładnie rąk, bierze się za krojenie wędliny, zwróć stanowczo uwagę albo porozmawiaj z kierownikiem sklepu.

Dobrej niedzieli,
Ewelina

niedziela, 5 lutego 2017

Szymon Majewski: Szymon Nie-kiep


Szymon Majewski: Szymon Nie-kiep

Był Dzień Dziadka, więc czas na „Hołd dla Dziadka”.

Ostatnio był Dzień Dziadka. O dziadkach i babciach nigdy dość, bo to cudowne instytucje. Moja babcia Cesia, czyli Cecylia zmarła kiedy miałem dwa lata. Żałuję bardzo, ale jej nie pamiętam, znam ją tylko z opowieści jako spokojną, kochającą babcię, będącą przeciwieństwem energetycznego, impulsywnego męża Ignacego.

A skoro po Dniu Dziadka wszyscy piszą o dziadkach to ja też go z chęcią wspomnę, tym bardziej, że jak wiecie był dla mnie bardzo ważny.

Bo to dzięki dziadkowi Ignacemu nie jestem „kiepem”.

Z wielu tekstów dziadka pamiętam jeden, który myślę, uratował mnie przed popadnięciem w marazm czy klasyczny dół okresu dojrzewania. Często w chwilach kryzysu pozebraniowego, czyli tuż po powrocie mamy z zebrania w szkole, dziadek rzucał krzepiący wierszyk:

„A że Szymon nie jest kiep to z tej mąki będzie chleb!”.

Pamiętam, że tekst ten wypowiadany przez dziadka w momentach totalnego zwątpienia pomagał mi wierzyć w siebie. Dziadek odpalał go w najtrudniejszych chwilach, kiedy nawet już mama miała dość, kiedy pojawiała się po wywiadówkach z kolejnymi niusami na temat jego wnuczka. Już jej mina w przedpokoju mówiła wszystko, cisza i brak: „No co tam u was?” były jasnym komunikatem - w szkole jest źle, wnusio mimo wcześniejszych zapowiedzi nie będzie Einsteinem.

Dziadek Ignalek, czując co się zbliża zaczynał:

- A że Szymon nie jest kiep…!

I już przynajmniej robiło się wesoło. Mamy rolą jest się przejmować, po to mamy… mamy. Zwłaszcza, gdy tak jak moja samotnie wychowywała „żywe srebro“ czyli Szymka. I tu sprawdza się genialnie dziadek , jako katalizator i bufor codziennych rodzinnych wypadków i kraks.

Te siłę daje im wiek i doświadczenie. Te piękne i życiowe, że „wszystko już było”.

Jego innym życiowym powiedzonkiem było „I sto koni nie dogoni straconego czasu”. Ten już bardziej groźny slogan miał mnie ustrzec przed tak zwanymi „zaległościami”, czyli niezbyt sumiennym odrabianiem lekcji. Widząc mnie w fazie leżenia na materacu, w tak zwanym barłogu, czyli przepuszczającego czas przez palce, tudzież zbijającego bąki wnusia, dziadek wypuszczał „sto koni”.

Wolałem jednak „A że Szymon nie jest kiep…”.

Był jakoś dla mnie łaskawsze i dające szansę.

Było jeszcze coś, coś bardziej filozoficznego, tłumaczone z niemieckiego, głoszone przez Ignasia, gdy była burza. Jako malec strasznie się bałem burz, dostawałem gorączki i uciekałem pod kołdrę. Wtedy słyszałem dziadka mówiącego „Pamiętaj, jeszcze wiele burz przejdzie nad twoją głową”, co w kontekście wojennych, życiowych doświadczeń dziadka brzmiało tym mocniej. Generalnie, czasami mnie wtedy to wkurzało, bo siedzącego Szymusia pod kołdrą interesowała ta jedna konkretna burza, która waliła piorunami, ale z czasem zacząłem rozumieć o co dziadkowi chodziło.

Dlatego powoli siwiejąc i szykując się do roli dziadka Szymka, trzymam te teksty w zanadrzu i nie zawaham się ich użyć kiedyś w przyszłości, gdy będę miał wnuki.

Przypominając, że copy right jest prapradziad Ignasia.

Mam nadzieję Dziadku, że pozwolisz. To taka trochę sztafeta pokoleń…

Szymon Majewski

piątek, 3 lutego 2017

To był piękny rok... z Firmą Dr. Nona International

czyli Firmowe Podsumowanie Roku 2016.

Wszystko przebiegło zgodnie z planem.


Do Krakowa przyjechała 6-osobowa delegacja z Warszawy, z naszą Top-Liderką Elżbieta Hałas.

Elżbieta Hałas
Okolicznościową imprezę prowadziły Krystyna Jankowicz i Lidia Kamisińska.

Lidia Kamisinska i Krystyna Jankowicz
Wśród osób wyróżnionych "za zaangażowanie i okazaną pomoc w realizacji spotkań z cyklu PASJA DOBREGO ŻYCIA" znaleźli się Elżbieta Hałas i Michał Ostrowski.



Natomiast w gronie osób z największymi dokonaniami biznesowymi nie mogło zabraknąć naszej Top-Liderki Elżbiety Hałas.


Ciekawe informacje o produktach Firmy Dr. Nona przypominały nam Beata Nowotnik i Natalia Samarec.

Beata Nowotnik
Natalia Samarec
Z wynikami finansowymi DNI - Polska oraz z dokonaniami organizacyjno-szkoleniowymi zapoznali nas Prezes Dmitrij Bululukov i Dyrektor Agata Janiec.

Prezes Dnitrij Bululukov i Dyrektor Agata Janiec
Najpopularniejszym produktem Roku 2016 w Polsce był... BALSAM SOLARIS!
Specjalne podziękowania należą się Radzie Dyrektorów (z naszą Elą Hałas) i pracownikom DNI - Polska.

Pracownicy DNI - Polska obecni na Podsumowaniu Roku 2016
Przed nami prawie cały rok 2017, a w nim czekamy w Warszawie na wyjątkowych gości:
- w kwietniu - na Halinę Trojanowską,
- w czerwcu - na założycieli: dr Nonnę Kuchinę i Prezydenta Firmy Michała Shneersona.


Na zdjęciu od lewej: Paweł Samarec, dr Nonna Kuchina, Prezydent Michał Shneerson, Natalia Samarec, Halina Trojanowska.

Dziękujemy!