niedziela, 30 kwietnia 2017

Szymon Majewski: Najpiękniejszy dzień w życiu


Szymon Majewski: Najpiękniejszy dzień w życiu

Czyli mądrość filozofa Kefira.

Co ma kefir do szczęścia? Już wyjaśniam.

Był wrzesień 1989 roku, siedziałem na ławce, przy ulicy Szczęśliwickiej na Ochocie, w ręku miałem Kefir, którego kultury bakterii zaczynały przeganiać lekkiego kaca. To były pierwsze dni jesieni, wiaterek rozwiewał moje włosy, było ciepło, obok ławki siedziała sunia Mucha i czekała na opakowanie po kefirze.

Dziwna rzecz, jak ktoś mnie teraz pyta o najszczęśliwszy dzień w życiu, to zawsze widzę tę ławkę na Ochocie i kefir, który trzymam w ręku.

Bardziej niż kac, moją głowę drążyło wspomnienie drobnej blondynki, którą spotkałem parę dni temu i która przesłoniła mi cały świat.

Przesłoniła niezdaną maturę i to, że mnie szuka armia i że nie jestem na żadnych studiach.

Nie wiedziałem jeszcze, że będzie moją żoną, ale byłem zakochany tak bardzo, że mogłem nie jeść, nie pić, a nawet przestać oddychać.

Miała na imię Magda. Właściwie byłem zakochany już po godzinie, ale nie chciałem jej tego mówić, żeby nie wyjść na psychopatę.




Na pierwszą randkę poszliśmy na Stadion X-lecia, na koronie stadionu siedzieliśmy pół dnia, leżąc na ławkach i całując się bez przerwy. Po meczu Polska - Finlandia rozegranym parę lat wcześniej stadion był pusty i dogorywał, wkrótce mieli zrobić z niego targ słynny na całą Europę i Azję.

Wtedy jednak stadion był tylko dla nas.

Gdy siedziałem na tej ławce, pijąc kefir, wspominając ostatnie dni, nie wiedziałem, że Magda będzie moją żoną, że będziemy mieli Zosię i Antka i, że 20 kwietnia 2017 roku miną 24 lata od daty naszego ślubu.

Ślub braliśmy w Pałacu Ślubów na Starym Mieście, uroczystość trwała tylko trzydzieści minut, a Madzia (nie wiem czy mogę pisać na portalu Aleteia, ale cóż, wybaczcie) była w czwartym miesiącu ciąży… Śmiała się ze mnie, bo przez całą ceremonię jej przyszły mąż szukał… Mamy. Tak, Mama gdzieś zagubiła się w krużgankach Pałacu Ślubów i nie mogłem bez niej zacząć.

Pewnie dziwnie zapowiadał się przyszły mąż krzyczący: „Gdzie jest mama? Gdzie moja mama? Widziałeś mamę?”.

…..

Ale wtedy pijąc kefir jeszcze tego nie wiedziałem, ale wszystko naokoło miało na imię Magda…

Ale ten dzień na ochockiej ławce podarował mi jeszcze jedno: motto życiowe które znalazłem na… kefirze. Zanim dałem go do wylizania Muszce zerknąłem na opakowanie i przeczytałem :

„Spożyć przed terminem”. Kurcze, jakie to mądre, i pomyśleć, że kefir na to wpadł. Filozof Kefir.

Wczoraj był 20 kwietnia. 24 lata razem. Jakie to gody? Kefirowe?




Szymon Majewski

czwartek, 27 kwietnia 2017

Maseczki na Kawczej

Przyzwyczailiśmy się, że mówiąc o maseczkach kosmetycznych Dr. Nona, mamy na myśli maseczkę iłową do twarzy.

Maseczka iłowa do twarzy Firmy Dr. Nona (iły z Morza Martwego)
Ale w tym celu można wykorzystywać też inne produkty Dr. Nona.
M.in. mówiła o tym na spotkaniu w Warszawie, w dniu 29 marca b.r., nasz Top-Lider Halina Trojanowska.

Halina Trojanowska, Elżbieta Hałas i Paweł Samarec
Wspomniane wyżej inne maseczki kosmetyczne z produktami Firmy Dr. Nona, przydatne są szczególnie przy cerze delikatnej i wrażliwej, czy też  naczynkowej i trądzikowej, dla alergików.

Ostatnio, warsztaty przygotowywania i nakładania maseczek kosmetycznych z produktami Firmy Dr. Nona, poprowadziła - w Biurze na Kawczej - Wanda Bernat.

Wanda Bernat w czasie pokazu maseczek
Warsztaty przeznaczone były dla struktury Elżbiety Hałas oraz zaproszonych gości.


Efekty były widoczne gołym okiem.


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ewelina: Tanio i bezglutenowo? Dobra (kasza) nasza!

 Ewelina Drela z Mapy Zdrowia pisze...

Witaj, 

Wiosna za pasem, krokusy i żonkile wychylają kolorowe główki spomiędzy kiełkujących źdźbeł trawy - czas wzrostu, zmian, porządków (...). Pewnie okna już wymyte, a mieszkanie wysprzątane?

Pamiętaj, regularne oczyszczanie organizmu jest również bardzo ważne. Jak na pewno wiesz - jeśli porządki robisz regularnie, nie trzeba się napracować za dużo. Jeśli jednak zapomnisz o tym - dużo wysiłku trzeba włożyć, żeby z powrotem doprowadzić organizm czy mieszkanie do porządku. (...)

Dziś tymczasem chciałabym przypomnieć Ci o najstarszej kaszy, jaką znamy - kaszy jaglanej. Ziarna prosa z których powstaje uprawiano już w Neolicie - to aż 4 tysiące lat temu. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak dużo można z niej zrobić - to cudowne ziarna, z których możesz przygotować zarówno śniadanie, obiad, jak i kolację oraz deser.

Wszystko dzięki specyficznej konsystencji - kasza jaglana jest bardzo kleista. Jeśli chodzi o właściwości zdrowotne - przede wszystkim jest lekkostrawna. Może być stosowana przez osoby cierpiących na celiakię lub hashimoto, dla których wskazana jest dieta bezglutenowa.

Jest wspaniałym źródłem witamin i minerałów, żelaza, magnezu, potasu, a także wapnia i fosforu. Doskonała dla osób ograniczających lub niejedzących mięsa i nabiału - zawiera duże ilości witamin z grupy B (B1, B2, B6).

Z ciekawostek - kasza jaglana może być dobrym remedium na katar - dzięki swoim właściwościom antywirusowym zmniejsza stan zapalny, zawiera dużo antyoksydantów, czyli substancji neutralizujących wolne rodniki. Jaglanka jest zatem świetnym elementem diety antyrakowej.

Co ciekawego można przyrządzić z kaszy jaglanej? Jest wdzięcznym składnikiem kotletów bezmięsnych - ze względu na kleistą konsystencję.

Lekko rozgotowana kasza jaglana doskonale sprawdzi się jako spoiwo - można dodać wtedy do niej zeszkloną cebulę i dowolne, rozdrobnione warzywa, świeże lub suszone zioła, sól i pieprz, potem uformować kulki i kilka minut smażyć na oleju lub piec w piekarniku. Jeśli dodasz do tego iście sałaty, świeże, pokrojone warzywa i bułkę - masz pyszny, zdrowy, bezmięsny burger.

Zapomnij więc o nudnej suchej kaszy z mięsem i surówką- wystarczy puścić wodze kuchennej fantazji. Możesz też upiec jagielnik - odpowiednik sernika.


Inną, ciekawą formą deseru jest połączenie kaszy z bananem i masłem  orzechowym - taki deser można jeść na zimno i na ciepło.

Zdrowego dnia,
Ewelina


niedziela, 23 kwietnia 2017

Szymon Majewski: „A ja mam szesnaście lat, nie wiem sam, kto serce mi skradł“


Szymon Majewski: „A ja mam szesnaście lat, nie wiem sam, kto serce mi skradł“

Czyli o tym, jak się zakochałem w pewnej 16-tce, mając 16 lat i... zawaliłem rok w szkole.

Jak się zakochuję to na umór, unoszę się pół metra nad ziemią, a w głowie mam stan ciągłej wiosny. Pierwszy raz zakochałem się w drużynie 16 WDH, drugi raz w mojej żonie. Obie te miłości przetrwały, obie we wczesnym stadium miały dla mnie bolesne konsekwencje, ale… dałem radę i w miłości tej trwam nadal.

Miałem szesnaście lat i ze wszystkim byłem na bakier, z Mamą, Dziadkiem, szkołą, sąsiadami, a nawet sobą. Ponieważ liceum mnie przytłoczyło, a zwłaszcza matematyka (zresztą do dziś uważam, że to odmiana science fiction) Mama z Dziadkiem podjęła plan awaryjny i postanowili zawezwać korepetytora.

Po tygodniu poszukiwań pojawił się student Politechniki Marek. Mój korepetytor mozolnie próbował mnie przekonać do funkcji trygonometrycznych, algorytmów, całek i różnej maści walców i ostrosłupów. Była zima 1982 r., student urywał się ze strajków, przychodził i  rozjeżdżał mnie matematycznym walcem, a następnie zasiadał nad ciastem i herbatą z Dziadkiem i Mamą.

W przerwie między polem kwadratu a kątem kąta w kącie powiedział mi o tym, że jest drużynowym 16 WDH im. Zawiszy Czarnego. „Harcerz” – pomyślałem. - „Chodzą w krótkich spodniach, tną ich komary, myją się w jeziorach…”.

Marek Gajdziński, czyli „Szwejk” miał jednak dar przekonywania, bo już dwa miesiące później paradowałem w krótkich spodenkach po Gorcach, przy temp. – 4 stopnie.

Tak zaczął się najwspanialszy czas w moim życiu, „Szesnastkowy sen”, który trwał parę lat. Choć zyskałem cudownych przyjaciół i sens mojego młodego życia, to zawaliłem szkołę. Cóż, tak miało być.

A najlepsze jest to, że jak miałbym znowu położyć na szali kolejny rok stracony w szkole i rok w 16 WDH im. Zawiszy Czarnego, wybieram to drugie! Ryzykowne, wszak harcerze powinni temat szkoły mięć ogarnięty, bo to też rodzaj służby, ale u mnie się nie dało, bo wpadłem po uszy, zakochałem się w 16-tce.

Ostrosłupy i pola trójkąta przegrywały z cotygodniowymi biwakami w Puszczy Bolimowskiej, leśnymi rajdami w deszczu na rowerach, nocami na dworcach lub pod gołym niebem albo po stodołach w górach, kąpielami w Rawce w końcu marca, kiedy śnieg leżał na polach.

Pamiętam nasze górskie maratony: wyjazd w piątek na noc do Zakopanego, przebieżka po Tatrach i hop do pociągu i powrót do domu. Czasami wracałem do domu w poniedziałek rano, zamieniałem plecak na torbę i od razu leciałem do szkoły. Jak ja miałem wyciągać X przed nawias, gdy do wtorku spałem na lekcji, a już w czwartek myślałem, gdzie by tu znowu ruszyć?

Pamiętam, że czasem w nocy śniły mi się mapy!

Przede wszystkim jednak wciągnęła mnie służba: w stanie wojennym roznoszenie paczek, Biała Służba przy papieskich pielgrzymkach, warty przy Grobie Piłsudskiego.

Teraz jak o tym myślę, jestem przekonany, że w takiej „intensywności” przeżywana młodość, wypełniona przyjaźnią, spotykaniem ciekawych ludzi i służba jest cenniejsze niż siedzenie w poczciwej nawet budzie…

Byli tacy, co potrafili to połączyć, jednak ja byłem tak oczarowany, że w moim życiu „rozbłysło” coś tak wyjątkowego, że poddałem się temu całkowicie.

Śmieszne, że takie uczucie miałem potem, gdy spotkałem „Osiemnastkę”, która miała na imię Magda i ciągle jest moją żoną…


    Fragment Ballady o Szesnastce

    sł. Jarosław Kopaczewski

    „A ja mam, szesnaście lat,
    Nie wiem sam kto serce mi skradł.
    Chyba skradła je dziewczyna,
    Co niebieskie oczy ma,
    A jej imię wciąż wspominam,
    Bo szesnastką jest, w Szesnastce jest,
    Z Szesnastką jest jak ja”


Szymon Majewski


czwartek, 20 kwietnia 2017

Tesco ostrzega przed niebezpieczną zabawką


Sieć Tesco ostrzega przed niebezpieczną zabawką.
Producent - firma Kids II UK Limited poinformowała o wycofaniu ze sprzedaży wadliwego produktu. Chodzi o grzechotki Kids II Oball zakupione po 1 stycznia 2016 r. Wycofanie dotyczy modelu numer 81031 (różowa, niebieska, zielona, pomarańczowa) z jedną komorą zawierającą wszystkie pomarańczowe koraliki, oznaczonego następującym kodem "T": T3065, T0486, T1456, T2316 i T2856. Kod ten znajduje się na małym trójkącie na wewnętrznej powierzchni produktu.


W komunikacie czytamy: Istnieje ryzyko, że małe koraliki mogą wydostać się z komory. Dla dzieci poniżej trzeciego roku życia tego typu małe części mogą stanowić ryzyko zadławienia się. Firma KidsII UK Limited dziękuję Państwu za współpracę i przeprasza za wszelkie niedogodności.

Tesco zapewnia, że do zwrotu towaru w sklepie nie jest konieczny paragon.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Ewelina: Schrzań te Święta - to zdrowo!

Od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia na Święta:

Schrzań te Święta - to zdrowo!

Mamy Wielkanoc, mnogość świątecznych potraw, barw, jajek, nowalijek i tradycyjnie uwarzonych dań. Mam nadzieję, że w tym natłoku smaków, aromatów i kolorów nie zapominasz (...) wiosenny czas sprzyja oczyszczaniu organizmu, regeneracji, odnowie, wszelkim porządkom.

A właśnie - na pewno znasz co najmniej kilka tradycyjnych potraw wielkanocnych, w których skład wchodzi nasz dzisiejszy bohater numer jeden. Ćwikła, żurek z chrzanem, jajka z chrzanem, chrzan w gałązce wkładany do koszyczka.





Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jest to prawdopodobnie najzdrowszy składnik świątecznych potraw. Dziś przyjrzymy się zdrowotnym właściwościom chrzanu.

Jest on niezastąpionym składnikiem kiszonych ogórków, ćwikły i innych przetworów, które mają długi termin przydatności do spożycia. Nie bez powodu, jak się domyślasz.

Przede wszystkim ma wspaniałe właściwości antybakteryjne, charakterystyczny, pikantny smak, ostry aromat - świeżo tarty bywa tak intensywny, że potrafi się zakręcić łezka w oku kiedy go powąchasz.

Przede wszystkim zapewnia trwałość przetworom. A sama roślina - niepozorna, jak większość najbardziej wartościowych ziół - jest chwastem. Jeśli masz w ogrodzie chrzan - doskonale wiesz jak trudno się go jako nieproszonej rośliny pozbyć.

Okazuje się jednak, że to wspaniała, lecznicza roślina pomagająca w nieżycie nosa, zatok, bólach stawów i reumatycznych. Można go tez stosować w kosmetyce do wybielania znamion i piegów.

Najważniejszym składnikiem chrzanu są glukozynolany. W wyniku ich rozkładu powstają substancje zwane izotiocyjanianami - to właśnie one są odpowiedzialne za intensywny aromat i smak tej cudownej rośliny.

Poza tym w chrzanie pełno jest pożytecznych witamin i minerałów: witaminę C, tiaminę, ryboflawinę, niacynę, witaminę B6, kwas foliowy, witaminę A, witaminę E, witaminę K, Wapń, Żelazo, Magnez, Fosfor, Potas, Sód, Cynk.

Na pewno znasz chleb pieczony na liściu chrzanu. Zachowuje on świeżość dużo dłużej niż zwykły chleb - właśnie dzięki działaniu chrzanu. Naukowcy wciąż badają działanie antynowotworowe tego szlachetnego chwastu. Reguluje on także trawienie, pozytywnie wpływa na układ immunologiczny. Nie bez powodu znalazł się w tak wielu tradycyjnych potrawach. (...)

Życzę Ci wszystkiego najzdrowszego na te święta.
Ewelina

 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Szymon Majewski: Lany Poniedziałek


Szymon Majewski: Lany Poniedziałek

Czyli czar mokrych wspomnień.

Teraz to nie poszaleję. Cienko u mnie ze śmigusem, moja żona, choć kocha się kąpać, to zabaw z polewaniem nie lubi. Kiedyś, na początku, jak dzieci były małe, coś tam jeszcze się „pośmigusowało”, ale i tak trudno było poszaleć, bo tuż za nami biegła moja żona z mopem krzycząc:

„Koniec, stop! Stop! Błagam! Wszystko mokre, podłoga się niszczy!”. I jak tu kultywować tradycję, jak za tobą biegnie estetka.

Za to gdy byłem mały, w naszym mieszkanku na Ochocie w śmigus-dyngus panowała totalna anarchia! Bo jak można nazwać mokry tajfun, po którym raz wstały klepki i odeszła farba ze ścian!? Mama schowana w kuchni była bezpieczna, do głównych porachunków w śmigus-dyngus dochodziło między mną, tatą i dziadkiem. PRL uzbroił wszystkich w plastikowe jajeczka (były w każdym sklepie), ale w domach sięgało się po cięższy sprzęt: dziadek lał z kubka, ojciec nie pamiętam z czego, a ja używałem… pompki do piłki. To był mój patent, zasysałem wodę niczym strzykawką z umywalki i efekt był piorunujący: czasami strumień był na parę metrów – pamiętam, bo zniszczyłem dwie pompki. W wodnym szale, wpadłem na pomysł rzucania po ścianach mokrą piłką tenisową, ciesząc się, że woda cudownie rozbryzguje się po mieszkaniu!

Mama ze swojej kryjówki wychodziła jak już było po wszystkim, gdy po śmigusie u Majewskich spadało ciśnienie w warszawskich wodociągach. Wszystko było mokre, kołdry, jaśki, dziadek, tata i ja też. Nawet makatki i obrazy nie wytrzymywały serii z wodnych automatów.

Na tym tle, zawsze staroświecko wypadała babcia Stasia, która odwiedzając nas tego dnia, wyciągała z torebki perfumy i mówiąc:

„Chodźcie kochani, tradycja do tradycja” - wypuszczała  na każdego po dwie krople.

Ja już o tej porze byłem mocno rozwodniony, bo tuż  po porannym domowym dyngusie toczyłem regularne wodne wojny na osiedlu. Walczyliśmy na podwórka, bandami po piętnastu, dwudziestu. W chwilach wolnych od walki, znudzeni, polewaliśmy się między sobą. Pamiętam, że czasami było pięć stopni, a ja przemoczony chodziłem pół dnia po mieście. Nie wiedzieć czemu miałem kalosze, do których spływała cała woda i chlupała cały dzień. „Gumiaki” były jednak argumentem, dla mamy:

- Masz kalosze?

- Mam.

- To idź.

Jednak największą wodną wojnę stoczyłem w schronisku na Turbaczu, parę lat później, będąc w harcerstwie. Byliśmy tam na obozie wędrownym z 16-tką. Pamiętam, że  do godziny 24-tej siedzieliśmy przy kominku, bratając się z jakąś drużyną krakowską, ale już parę minut przed północą, zaczęliśmy się szykować do wielkiej wojny warszawsko- krakowskiej. Napełnione kubły i butelki czekały już w pokojach. Braterstwo braterstwem, ale Mokra Wojna musiała zebrać swoje żniwo.

Punkt dwunasta Szwejk dał rozkaz do ataku i się zaczęło. Żeby oszczędzić potrzebne podczas wędrówki ubrania, biegaliśmy w samych gatkach na boska. Ze schroniska zrobiliśmy basen. Wojna trwała z pół godziny i skończyła ją interwencja dyrektora schroniska, który wpadł na nasze piętro i zabrał nasze legitymacje szkolne i studenckie! Tak oto wodni partyzanci, musieli sprzątać schronisko i odpracowywać własne dowody tożsamości.

Dyrektora najbardziej wkurzył fakt, że oblężonym i zamkniętym „Krakusom” laliśmy wodę pod drzwi…

Dziś o tak niechlubnym śmigusie mogę tylko pomarzyć. Wspomnienia przywołuje lany poniedziałek, a także ból korzonków - efekt młodzieńczych fascynacji H2O.


Szymon Majewski

niedziela, 16 kwietnia 2017

Śpiewajmy radosne Alleluja


Czytelnikom bloga oraz osobom odwiedzającym mój profil na Facebooku
życzę
Błogosławieństwa Chrystusa Zmartwychwstałego

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Ewelina: Tę bombę zdrowotną wyhodujesz na własnym oknie

Od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:

Witaj!


Wiosna już praktycznie w  pełni, niedługo wszystko wybuchnie kolorami, zielenią, pięknymi zapachami i dźwiękami świergoczących ptaków. Ech... tęskniłam za wiosną, szkoda że potrwa tak krótko...

Z tego wszystkiego pomyślałam, że przypomnę Ci dzisiaj o jednej wspaniałej, niedocenianej, niemalże zapomnianej roślinie.

Mam na myśli pietruszkę, ale tym razem natkę, czyli tę zieloną część. (...)


Nie wiem, czy wiesz, ale nać pietruszki ma częściowo podobne właściwości jak błonnik, z tym, że działa od środka. Oczyszcza organizm z toksyn, działa antyseptycznie.

Jej moczopędne działanie znały doskonale nasze babcie. Natka pietruszki pomaga przy kamicy nerkowej, stanach zapalnych pęcherza.Zawiera apiol i mirystycynę - to dwie substancje działające dezynfekująco i  właśnie moczopędnie.

Dzięki temu wspaniale oczyszczają organizm z toksyn (...). Pomaga także pozbyć się nadmiaru wody zalegającej w organizmie.

Natka pietruszki jest również bogata w żelazo, jest więc bardzo wskazana przy dietach bezmięsnych i wegańskich.Wapń, magnez i potas, które też zawiera w dużych ilościach, pozytywnie wpływają na układ krwionośny i serce.

Co ciekawe - pietruszka ma działanie rozkurczowe-pomaga zatem przy bólach menstruacyjnych. Zwiększa też krwawienie więc jest wskazana przy zaburzeniach miesiączkowania.

Jak ją używać? Do wszystkiego! Posypuj nią zupy, kanapki, dodawaj do sosów, sałatek, zrób z niej pietruszkowe pesto. Jej specyficzny smak z pewnością ożywi każdą potrawę. Możesz ją dodawać do gotującej się zupy, omletów, jako dodatek do kaszy.

Jej wyhodowanie jest dziecinnie proste. Wystarczy włożyć do doniczki wypełnionej ziemią korzenie pietruszki. Mogą nawet dotykać siebie, nie potrzebują dużo miejsca. Jedynie ważne jest, aby ich „główki” wystawały nieco ponad ziemię. Niebawem zauważysz, jak pojawią się zielone listki.


Polecam serdecznie - zdrowo, tanio, naturalnie!

Zdrowego dnia,
Ewelina

niedziela, 9 kwietnia 2017

Szymon Majewski: Historia na dwóch kółkach



Szymon Majewski: Historia na dwóch kółkach

Czyli zielony wehikuł Dziadka Ignacego.

Odzyskałem go dziesięć lat temu. Stał w szopie na Dąbrówce, pod drugiej stronie Tanwi. Nie było to proste, moje śledztwo trwało parę dni. Kiedy dwadzieścia lat wcześniej wracaliśmy z  ostatnich wakacji z Dziadkiem (czego wtedy nie wiedzieliśmy), Dziadek poprosił miejscowego rolnika o przechowanie roweru na ten jeden rok…

Po śmierci Dziadka Ignasia często wracałem pamięcią do naszych wspólnych wakacji  na Tanwią, do miejscowości Zwolaki i naszych wypraw do lasu. I zawsze w tych wspomnieniach  był ukochany zielony rower Dziadka, niemiecki Diamant. Niezawodny, smukły, ze wspaniałym skórzanym siodełkiem. Na mnie, paroletnim brzdącu rower ten robił wielkie wrażenie, siodełko wyglądało jak wzięte z motocykla, miało sprężyny i pięknie trzeszczało podczas jazdy. Dziadek i Diamant byli nierozłączni. Zanim dziadek kupił mi składaka, a potem Waganta, polską pół-kolarzówkę, byłem wożony w koszyczku. Jechałem przodem do Dziadka, dzień w dzień pruliśmy do cioci do Ulanowa albo na obiad na Podlądzie.



Trasa wiodła nad rzeką albo przez las. Tam trzeba było uważać, czasami gdy długo było sucho, pojawiał się piach i parę razy zaliczyliśmy kraksę.

Dziadek był staroświeckim cyklistą, miał specjalne spinki na nogawki, w swoim starym mundurku i rogatywce, wsiadając na niego jak na konia wyglądał jak ułan.

Rower był wypieszczony, po sezonie i przed sezonem zawsze był przez dziadka rozkręcany i skręcany. Jak byłem mały zawsze w tym uczestniczyłem, nazwy rowerowych części brzmiały dla mnie tajemniczo: piasta, dynamo, torpedo.

Albo towot, smar do roweru z… 1941 roku, w metalowej puszce z niemiecką „gapą” na wieczku, być może zdobycz z Powstania.

Dziadek nazywał rower „poczciwą kobyłą” lub „krążownikiem” mówił, że o towarzysza leśnych przygód trzeba dbać. Rower oddawał miłość i służył Dziadkowi wiernie; raz nawet prowadził podchmielonego do domu. Na wakacjach Dziadek umówił się z jednym z kolegów, miejscowych starych partyzantów na omówienie kwestii naszych obiadów w ośrodku. Jednym z elementów spotkania było tzw „opicie” dawnych czasów. Dziadek powiedział nam, że może być niełatwo i żebyśmy odebrali go o północy na moście.

Czekaliśmy w umówionym miejscu na moście nas Tanwią, parę minut po dwunastej ujrzeliśmy ledwo pulsujące światełko z dynama „krążownika”. Po chwili w świetle księżyca pojawił się dziadek wsparty na rowerze, wracający z partyzanckiego spotkania.



Mimo że już miałem z osiem lat i miałem swój rower, uwielbiałem dosiadać Dziadkowego Diamanta. Na Zwolakach nauczyli mnie jeździć pod ramą, na stojąco.

To fakt, rower Dziadka był juczną kobyłą, zawsze gdy przyjeżdżaliśmy na wakacje, Dziadek wychodził po nas i wszystkie walizki jechały na rowerze.

Do dziś pamiętam Dziadka Ignasia, jadącego zawsze rano ze świeżym mlekiem w metalowych kankach…

Kiedy dziesięć lat temu, po dwudziestu latach znalazłem Diamanta w szopie na Dąbrówce, nie przypominał siebie sprzed lat, stał cały w pajęczynach z drewnianymi pedałami i z oponami związanymi sznurkiem…

Jeszcze sto złotych za „opiekę” i był z powrotem nasz.

W drodze z ostatnich wakacji wracał na dachu samochodu, dziwnie się prezentował obok „górali” moich dzieci…

Niejedno pewnie miał im do opowiedzenia…



Szymon Majewski


czwartek, 6 kwietnia 2017

Leki na zgagę a uszkodzenia nerek


Opublikowane badania sugerują, że popularne leki na zgagę, przyjmowane przez miliony osób na świecie, mogą prowadzić do długotrwałego uszkodzenia nerek - bez żadnego ostrzeżenia.


Leki, zwane inhibitorami pompy protonowej (IPP), zmniejszają objawy zgagi, obniżając ilość kwasu w żołądku. Należą do nich leki takie jak esomeprazol, omeprazol, rabeprazol.

Lekarze wcześniej obserwowali pacjentów pod kątem poważnych problemów z nerkami, obejmujących zmniejszenie oddawania moczu, obrzęk nóg, kostek lub stóp i nudności. Takie objawy miały być ostrzeżeniem przed trwalszym uszkodzeniem nerek i w ich efekcie lekarze często rezygnowali z przepisywania leków pacjentom.

Al-Aly Ziyad, autor badania i profesor medycyny ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Waszyngton i jego współpracownicy przeanalizowali dane zebrane od 125 000 amerykańskich pacjentów stosujących IPP i odkryli, że u ponad połowy osób, u których doszło do przewlekłego uszkodzenia nerek, nie stwierdzono wcześniej poważnych problemów z tym narządem.

Badanie wykazało również, że u osób korzystających z IPP przewlekła choroba nerek rozwijała się średnio o 20 % częściej w porównaniu z pacjentami biorącymi blokery receptora H2. Leki te również zmniejszają produkcję kwasu żołądkowego i są dostępne bez recepty.

To nie pierwszy raz, gdy IPP doprowadziły do problemów zdrowotnych. Ich stosowanie jest związane z częstszym występowaniem złamań, zapalenia płuc, infekcji jelita bakterią C. difficile i niskimi poziomami witaminy B12 oraz magnezu.

"Leki te należy stosować przy najniższej dawce i przez możliwie najkrótszy czas odpowiedni dla leczonej choroby" - podają specjaliści.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Ewelina: Zaproś królową na obiad i przestań chorować

Od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:

Witaj,

Jak się miewasz? Wydaje się, że wiosna w pełni, a mimo to większość znajomych kicha. Chciałoby się już założyć lżejszą kurtkę, a tu ciągle zmiany pogody. No cóż - wiosna jak panna - bywa kapryśna. I nieprzewidywalna.

To już najwyższy czas żeby przestać obawiać się Przeziębienia czy jakiejś podłej wirusówki, która odbierze Ci radość z wiosny i budzącej się do życia zieleni! Zacznij zdrowe i bezpieczne oczyszczanie organizmu (...).

Nie łudź się, że jeśli zaczniesz stosować suplementy witaminowe, brać kolejne kolorowe tabletki, uchronisz się przed wiosennym przeziębieniem. Wszystkie tabletki trafiają do jelit. Jeśli jelita są zanieczyszczone, witaminy i minerały z tabletek nie dotrą tam, gdzie powinny.

To, co powinieneś  zrobić najpierw, to gruntowne oczyszczenie organizmu i zastosowanie zdrowej, pełnowartościowej diety. Dopiero, kiedy masz czyste jelita, Twój organizm odzyskuje witalność, poprawia Ci się odporność i wówczas możesz stosować suplementy witaminowe i mineralne.

Ale, ale. Miało być o królowej i pewnie zastanawiasz się, o co chodzi z tą królową. W końcu Anglia daleko, a gdzie tam nam do tego, żeby gościć królową. :)

Wspominał ją już Adam Mickiewicz, pisząc o niej, że jest „jak śnieg biała”. Tak naprawdę jej kwiaty mogą być białe, kremowe, a nawet różowe. Mowa oczywiście o...

gryce, a dokładniej kaszy gryczanej.

To jest królowa kasz, dla której warto zrobić miejsce na stole i w codziennym jadłospisie.

Dlaczego królowa? To się za chwilę okaże.

Kaszę gryczaną możesz jeść spokojnie nawet, jeśli jesteś uczulony na gluten. Jest bezpieczna, ponieważ jest całkowicie bezglutenowa.

Jest bogatym źródłem białka, zawiera go od 10 do 16 %, Co więcej, Twój organizm przyswoi białko kaszy gryczanej lepiej niż to pochodzące ze zbóż czy roślin strączkowych. Kasza gryczana zawiera też cenne aminokwasy: lizynę i tryptofan, niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania organizmu, których jednak nasz organizm sam nie wytwarza.

Nie wiem, czy wiesz, że gryka jako roślina jest wykorzystywana w przemyśle farmaceutycznym. Jest bogatym źródłem kwasów organicznych oraz rutyny, która uszczelnia naczynia krwionośne.

W samej kaszy gryczanej, poza białkiem jest głównie skrobia i odrobina tłuszczu. Dlaczego więc warto ją jeść?

Ma w sobie bogactwo witamin - z grupy B, witaminę PP, E, niacynę, kwas foliowy oraz kwas pantonenowy,  mnóstwo soli mineralnych, takich jak wapń, fosfor, magnez, żelazo, nikiel, kobalt, krzem, miedź, cynk, jod oraz bor.

Kasza gryczana zawiera też sporo błonnika, porcja kaszy dostarcza prawie 20 % dziennego zapotrzebowania na błonnik. (...)

A to jeszcze nie wszystko. Kasza gryczana może Ci pomóc zachować młodość i zdrowie. Zawiera sporo przeciwutleniaczy – głównie flawonoidów. Jest też bogata w rutynę. Ocenia się, że zjedzenie 100 gram kaszy gryczanej odpowiada spożyciu jednej tabletki Rutinoscorbinu.

Flawonoidy również leczą i zapobiegają różnym chorobom. Wychwytują wolne rodniki, działają przeciwnowotworowo, przeciwmiażdżycowo, przeciwzapalnie i wzmacniają naczynia krwionośne.

Okazuje się, że dobra nasza kasza. Zrób więc na swoim stole i w jadłospisie miejsce dla królowej kasz i ciesz się dobrym zdrowiem!

Zdrowej, pogodnej niedzieli,
Ewelina

niedziela, 2 kwietnia 2017

Szymon Majewski: Wszystkie słoiki mojej Mamy

 Felieton Szymona Majewskiego:


Szymon Majewski: Wszystkie słoiki mojej Mamy


Czyli słoikami odmierzam czas.

Każda mama robi słoiki i wysyła nas z nimi do miejsca zamieszkania. Słoik to baza, to zakręcona miłość mamy, tak, słoik powinien stać w Sèvre jako wzorzec matczynej miłości.

Można być „słoikiem” z innego miasta, można być „słoikiem” z tego samego miasta. Czasami słoik w plecaku przemierza tylko dwie ulice. Ale zawsze jest tym samym, dużym ładunkiem zawekowanej miłości… w sosie własnym.

Pamiętam moje, które stanowiły pierwsze kroki w samodzielność. Pierwsze poważne słoiki - aż sześć - zawierały kutię! Genialny, makowy przysmak litewski, który mama robiła po mistrzowsku. Proces kręcenia maku był dramatyczny: mama sypała mak, ja kręciłem maszynką, a Dziadek trzymał stół w kuchni, bo inaczej cały „chodził”. Później Mama brała między nogi makutrę i drewnianą buławą (tak ją nazywałem) tarła mak.

Kutię kochałem i zawsze był jej nadmiar, a ponieważ tuż pod Świętach Bożego Narodzenia jechaliśmy na zimowisko z 16-tką, kutia ładowana była w słoiki i tak uzbrojony w sześć słoików jechałem do Zakopanego.

W kwaterze na Gubałówce miał miejsce swoisty wyścig pt. „Zdążyć przed skiśnięciem”. Na ogół udawało nam się zjeść wszystko, ale raz mieliśmy obsuwę i poważne jelitowe konsekwencje.

Co dom to innych słoik.

Jeden z moich znajomych dostawał słoiki na… używane skarpetki obozowe. Żeby nie nękać namiotowiczów zapachem, mama dała mu na każdy dzień słoik, by zawekowane zabrał do domu.

Słoiki dostawałem też na biwaki. Te zawierały bigos, czasem klopsy. Było to trochę niemęskie, kiedy wszyscy wyciągali puszkę mielonki ja miałem od Mamy klopsy w sosie koperkowym. Pamiętam, że niezjedzonych nie chciało się nam wozić z powrotem, więc zakopywaliśmy je w lesie, zaznaczając na mapie. Wiem, że mój drużynowy Szwejk ma do dziś „puszkową mapę” Puszczy Bolimowskiej. Jakby co, jakby znowu trzeba było do lasu iść, czy jako harcerz czy jako partyzant to jesteśmy gotowi tam przetrwać. Klopsy mamy czekają pod świerkiem.

Później słoje odmierzały czas mojej dorosłości, łączyły mnie z domem, były taką gastronomiczną pępowiną. Miałem w domu słoik od mamy, miałem Mamę w domu.

Najpierw, gdy ukrywałem się przed wojskiem u Cioci Lulki (pisałem od tym tydzień temu), a potem gdy na początku radia zamieszkałem z kolegą na Stegnach.

Gdy dekowałem się u Cioci na Bielanach, słoiki woziłem w plecaku, a jak go nie miałem to po kieszeniach.

Słoik mamy raz posłużył mi jako broń w walce, gdy wracałem w nocy od mamy, jakiś dresiarz zaczął bić w autobusie heavymetalowca. Razem z kierowcą i jednym pasażerem ruszyliśmy mu na pomoc. Uciekł, a na odchodnym dostał ode mnie słoikiem z bigosem, pamiętam, jak w zwolnionym tempie bigos rozbryzguje się na dresie chłopaka, eksplodując kapustą, śliwkami i grzybami…

Matczyna rakieta klasy „Twist – open” po ogórkach z Tolkmicka.

Słoiki były kochane, romantyczne, dawały przetrwać trudny czas budowania samodzielności, kiedy człowiek nie miał na jedzenie.

Słoiki karmiły mnie, gdy budowałem swoją rodzinę i pozwalały nam cieszyć się matczynym rosołkiem, gdy raczkowaliśmy jako rodzice raczkujących dzieci…

Dlatego ze wzruszeniem patrzę, gdy nasza Zosia wychodzi od nas z gorącym słoikiem kaszy.


Szymon Majewski