poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Szymon Majewski: Lany Poniedziałek


Szymon Majewski: Lany Poniedziałek

Czyli czar mokrych wspomnień.

Teraz to nie poszaleję. Cienko u mnie ze śmigusem, moja żona, choć kocha się kąpać, to zabaw z polewaniem nie lubi. Kiedyś, na początku, jak dzieci były małe, coś tam jeszcze się „pośmigusowało”, ale i tak trudno było poszaleć, bo tuż za nami biegła moja żona z mopem krzycząc:

„Koniec, stop! Stop! Błagam! Wszystko mokre, podłoga się niszczy!”. I jak tu kultywować tradycję, jak za tobą biegnie estetka.

Za to gdy byłem mały, w naszym mieszkanku na Ochocie w śmigus-dyngus panowała totalna anarchia! Bo jak można nazwać mokry tajfun, po którym raz wstały klepki i odeszła farba ze ścian!? Mama schowana w kuchni była bezpieczna, do głównych porachunków w śmigus-dyngus dochodziło między mną, tatą i dziadkiem. PRL uzbroił wszystkich w plastikowe jajeczka (były w każdym sklepie), ale w domach sięgało się po cięższy sprzęt: dziadek lał z kubka, ojciec nie pamiętam z czego, a ja używałem… pompki do piłki. To był mój patent, zasysałem wodę niczym strzykawką z umywalki i efekt był piorunujący: czasami strumień był na parę metrów – pamiętam, bo zniszczyłem dwie pompki. W wodnym szale, wpadłem na pomysł rzucania po ścianach mokrą piłką tenisową, ciesząc się, że woda cudownie rozbryzguje się po mieszkaniu!

Mama ze swojej kryjówki wychodziła jak już było po wszystkim, gdy po śmigusie u Majewskich spadało ciśnienie w warszawskich wodociągach. Wszystko było mokre, kołdry, jaśki, dziadek, tata i ja też. Nawet makatki i obrazy nie wytrzymywały serii z wodnych automatów.

Na tym tle, zawsze staroświecko wypadała babcia Stasia, która odwiedzając nas tego dnia, wyciągała z torebki perfumy i mówiąc:

„Chodźcie kochani, tradycja do tradycja” - wypuszczała  na każdego po dwie krople.

Ja już o tej porze byłem mocno rozwodniony, bo tuż  po porannym domowym dyngusie toczyłem regularne wodne wojny na osiedlu. Walczyliśmy na podwórka, bandami po piętnastu, dwudziestu. W chwilach wolnych od walki, znudzeni, polewaliśmy się między sobą. Pamiętam, że czasami było pięć stopni, a ja przemoczony chodziłem pół dnia po mieście. Nie wiedzieć czemu miałem kalosze, do których spływała cała woda i chlupała cały dzień. „Gumiaki” były jednak argumentem, dla mamy:

- Masz kalosze?

- Mam.

- To idź.

Jednak największą wodną wojnę stoczyłem w schronisku na Turbaczu, parę lat później, będąc w harcerstwie. Byliśmy tam na obozie wędrownym z 16-tką. Pamiętam, że  do godziny 24-tej siedzieliśmy przy kominku, bratając się z jakąś drużyną krakowską, ale już parę minut przed północą, zaczęliśmy się szykować do wielkiej wojny warszawsko- krakowskiej. Napełnione kubły i butelki czekały już w pokojach. Braterstwo braterstwem, ale Mokra Wojna musiała zebrać swoje żniwo.

Punkt dwunasta Szwejk dał rozkaz do ataku i się zaczęło. Żeby oszczędzić potrzebne podczas wędrówki ubrania, biegaliśmy w samych gatkach na boska. Ze schroniska zrobiliśmy basen. Wojna trwała z pół godziny i skończyła ją interwencja dyrektora schroniska, który wpadł na nasze piętro i zabrał nasze legitymacje szkolne i studenckie! Tak oto wodni partyzanci, musieli sprzątać schronisko i odpracowywać własne dowody tożsamości.

Dyrektora najbardziej wkurzył fakt, że oblężonym i zamkniętym „Krakusom” laliśmy wodę pod drzwi…

Dziś o tak niechlubnym śmigusie mogę tylko pomarzyć. Wspomnienia przywołuje lany poniedziałek, a także ból korzonków - efekt młodzieńczych fascynacji H2O.


Szymon Majewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz