poniedziałek, 29 maja 2017

Ewelina: Drobne wąsate ziarenka, które zadbają o TWOJE zdrowie




 Wiadomość od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:





Witaj słonecznie,

Nareszcie wiosna zawitała do nas na stałe, można schować kurtki, czapki i zimowe buty i cieszyć się prawdziwie zieloną, wszechobecną wiosną. (...)

Na pewno nie raz zastanawiasz się co by zdrowego ugotować, co dałoby Ci maksymalną ilość niezbędnych składników odżywczych. Ostatnio media się rozpisały na temat różnego rodzaju superfoods.

Mam jednak nadzieję, że nie straciłeś/nie straciłaś całkiem dla nich głowy - pamiętaj że nasze rodzime rośliny są tak samo cenne i większość supergwiazd ma swoje odpowiedniki w Polsce. Jest jednak kilka roślin wyjątkowych pod względem niesamowitej ilości dobrych składników.

Jedną z nich jest komosa ryżowa. Jeśli jeszcze nie udało Ci się spróbować - zachęcam Cię do tego gorąco. Ta roślina uprawiana jest w Peru, ma wręcz niesamowity skład. To gatunek kaszy (a w zasadzie gatunki, bo można ich spotkać już nawet w Polsce trzy rodzaje - biała, czerwona i czarna).




Te drobne wąsate ziarenka, które po ugotowaniu  wyglądają jak małe przecinki są bogatym źródłem pełnowartościowego białka.


To cecha unikalna w świecie roślin. Ma także duże ilości zdrowych kwasów tłuszczowych i wielu witamin i składników mineralnych. Co więcej, ma właściwości antyoksydacyjne, a nawet antynowotworowe.

Te bogate w skrobie nasiona nie są zbożami - to to tak zwane pseudozboże. Nazywana jest złotem inków, co nie powinno dziwić - jej właściwości są niesamowite.

Komosa zawiera także saponiny, które mogą wykazywać właściwości antyalergiczne i przeciwgrzybicze i przeciwwirusowe.

Naukowcy z Zakładu Bromatologii Uniwersytetu Jagiellońskiego twierdzą, że jako jedna z nielicznych roślin zawiera komplet aminokwasów egzogennych - czyli takich, które muszą być nam  dostarczone w postaci pożywienia.

Jak smakuje? Ma delikatnie orzechowy smak. Zresztą - najlepiej spróbować samemu.

Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę Ci zdrowego kolejnego tygodnia.

Ewelina



niedziela, 28 maja 2017

Szymon Majewski: Koń to jest sztuka!



Szymon Majewski: Koń to jest sztuka!

Czyli mój Dziadek kontra awangarda.

Dziadek wkurzał się bardzo, kiedy się śmiałem z jego malarskiego zacięcia. Nie były to straszne drwiny, ale wystarczyło spytać dlaczego sosna fruwa na obrazie, a Dziadek czerwieniał.

Zaczął malować na emeryturze „z potrzeby serca” jak mawiał. Siedział do rana do wieczora i konstruował swoje obrazy. Konstruował, bo jego obrazy były rodzajem puzzle. Lewa strona - fragment lasu z Mazur, rzeka „pożyczona” od Szyszkina, prawa strona obrazu - kawałek  ryciny, wzięty z gazety Stolica. Dziadek był malarzem samoukiem, uczył się sam na własnych błędach. Uwielbiał klasyczne malarstwo pejzażowe, nienawidził „wydziwiania”, którego symbolem była wszelka awangarda. Krzyczał jak pokazywałem mu prace Henryka Stażewskiego:

-Co to jest, co z tego, że widzę kwadrat? Gdzieś mam jego trójkąty. Najpierw niech mi konia namaluje, a potem niech maluje kwadraty! Koń, to koń. Jak Kossak namalował konia to było coś!

Denerwowałem go czasem pokazując Warhola:

-  Zupa to żaden temat. Człowiek, koń są ważni. Ja nie chcę oglądać zup.


Tanew, mal. Skiba Włodzimierz
Nie lubił też jak darłem łacha z Matejki, zawsze go pytałem:
-  Dziadku, jak jeden gość widział Bitwę pod Grunwaldem, Hołd Pruski i Kopernika wstrzymującego słońce?

Wkurzał go ten żart, uważał Matejkę za wieszcza.

-  Nie będę malował tego, czego nie ma. Maluję to, co jest. Mówił, gdy wypuszczałem go na rozmowy o ekspresjonizmie i abstrakcji.

Nie lubił tez golizny. Nawet tej mistrza Rubensa:

- Koń i pies zasłaniają się ogonem tylko człowiek się odsłania.

Dziadek choć był piewcą koni, nigdy ich nie potrafił namalować, próbował, ale nie dało rady, człowieka tym bardziej. Najlepiej wychodziły mu pejzaże i kwiaty. Miała je w różnych wersjach cała rodzina. Jeśli chodzi o pejzaże, z reguły malował Tanew i jej okolice, miejsca z naszych wakacji. Jak mu się nie podobał brzeg Tanwi na zdjęciu, brał fragment z innej rzeki, stąd zdarzyło mu się parę razy, że lewy brzeg rzeki i prawy dzieliło od siebie ponad trzysta kilometrów, a były na jednym obrazie. Żeby zgadzały się proporcje, dziadek najpierw na płycie  rysował kratki w które „wpisywał” drzewa i chałupy.


Białowieża, mal. Skiba Włodzimierz
Nie cierpiał awangardy, choć jeden ze swoich pomysłów uznał za rewolucyjny, na jednym drzew z leśnego pejzażu Puszczy Białowieskiej powiesił prawdziwą kapliczkę z siedzącym Jezusem. Był dumny z tego pomysłu i nie dał sobie złego słowa powiedzieć.

Tematy pozyskiwał z gazet, ze zdjęć, ale raz przyniósł temat z filmu, na jakimś westernie, na którym był spodobała mu się rzecz jasna rzeka. Pytał mnie, czy da radę pójść tam z aparatem i zrobić jej zdjęcie. Szykował się do tej szpiegowskiej operacji, ale niestety film zdjęli.

Żeby Dziadka zadowolić trzeba było powiedzieć: - Nad czym teraz Dziadek pracuje?

Promieniał, tu następował cały rytuał pokazywania nowych prac i narzekania na brak farb.

Wszystkie obrazy podpisywał pseudonimem z AK „Skiba Włodzimierz”. Najbardziej lubiłem Dziadka „Dworek w Żelazowej Woli” w klimacie jesiennym.


Dworek w Żelazowej Woli, mal. Skiba Włodzimierz
Co ciekawe, jednego obrazu u nie skończył, podchodził do niego parę lat, ale jakoś nie mógł zmierzyć się z tematem. Jest to kościółek Witkacego w Jaszczurówce…
Niedokończone sosenki ciągle czekają na Skibę.

Szymon Majewski

poniedziałek, 22 maja 2017

Ewelina: Morwa biała na ratunek Twojej trzustce. I nie tylko!



    Od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:





Witaj,

W ten zimowy, majowy poranek spieszę z nowymi wieściami dotyczącymi Twojego zdrowia. Mam nadzieję, że pogoda Cię nie odstrasza i dostarczasz sobie dużej dawki ruchu (...).

Już niedługo wiosna wybuchnie w końcu milionem kolorów i zapachów. Coraz więcej będzie okazji do spacerów ale i coraz więcej pokus w postaci lodów, gofrów, słodkich deserów z bitą śmietaną czy przesłodzonych napojów.

Warto ich unikać jak ognia. To tykające bomby zegarowe, które w naszym organizmie sieją spustoszenie - nie tylko są pustymi kaloriami, ale powodują dosłownie rozstrój organizmu, który dostaje nagle ogromną dawkę cukru bez odpowiedniej dawki błonnika, która zwykle występuje w „prawdziwym”, nieprzetworzonym jedzeniu i pomaga tej potężnej dawce energii uwalniać się stopniowo.

A tutaj dostajesz nagły strzał energii, trzustka musi natychmiast wypuścić równie ogromną dawkę insuliny. Po tym gwałtownym skoku glukozy we krwi masz równie drastyczny jej spadek. I zaczynasz być z powrotem głodny, chce Ci się spać i... nie masz energii. Jeśli to się dzieje raz na jakiś czas - zdrowy organizm jest w stanie dość szybko opanować sytuację.

Jeśli jednak takie sytuacje zdarzają Ci się często albo zdarzały często - miej się na baczności. Cukrzyca typu II i I zbiera coraz większe żniwo u coraz młodszych ludzi. Niestety, głównym winowajcą jest tragiczna dieta zachodnia.

Przeciążona trzustka zaczyna coraz gorzej reagować, produkuje błędne ilości insuliny lub tkanki uodparniają się na nią. I zaczynają się kłopoty. Jeśli więc masz na sumieniu niezbyt zoptymalizowaną dietę pod kontem cukru - pora się przyjrzeć temu co jesz.



Jeśli natomiast już masz problemy z cukrem i poziom glukozy w Twojej krwi jest za wysoki, warto zaopatrzyć się w morwę białą. Możesz ją spotkać w większości dobrze zaopatrzonych sklepów spożywczych. Na pewno znajdzie się też w supermarketach i sklepach ze zdrową żywnością.



Najłatwiej ją stosować w formie herbatki - ma ona niesamowite właściwości - przede wszystkim właśnie pomaga regulować poziom glukozy we krwi.

Morwa biała zawiera związek zwany DNJ - jego specyficzne działanie polega na spowolnieniu rozkładu zawartej w pożywieniu skrobi na cukry proste. Ten typowy skok energii po posiłku (i cukru we krwi) nazywa się zjawiskiem hiperglikemii poposiłkowej.

Innym ciekawym składnikiem regulującym gospodarkę cukrową jest kwercetyna - rodzaj flawonoidu. Jego zadaniem jest hamowanie działania enzymu reduktazy aldozy.

To enzym odpowiedzialny za syntezę sorbitolu z nadmiaru glukozy. Jego nadmiar jest bardzo niebezpieczny dla naszego układu nerwowego, oczu oraz nerek.



Morwa biała to naturalny składnik, który warto Wprowadzić do swojej diety, zwłaszcza, gdy lubisz słodycze.

Jednak nie zastąpi ona zdrowego rozsądku i dobrze zbilansowanej diety. I podobnie jak inne substancje, najlepiej działa w organizmie oczyszczonym ze złogów i toksyn.

Jeśli więc nie zawsze dbasz o dietę i zdarza Ci się podjadać słodycze, warto pomyśleć nie tylko o morwie białej, ale przede wszystkim o usunięciu tych wszystkich szkodliwych substancji (...).

Dobrej niedzieli,
Ewelina





niedziela, 21 maja 2017

Szymon Majewski: Od Piszczela do Pakera


Szymon Majewski: Od Piszczela do Pakera

Czyli jak prawie zostałem kulturystą.

Moje przezwiska, gdy byłem jeszcze piętnastoletnim leszczem, mówiły za siebie: Piszczel, Bambus.

Moja Mama była ciągle wzywana do szkoły w związku z moim niedożywieniem. PRL oskarżał ją o to, że jej latorośl nie załapuje się na żadne statystyki żywienia i normy średniego nastolatka z tego czasu. Dodatkowo miałem cienką kondycję, podczas długich biegów robiło się mi słabo, kręciło się w głowie podczas apeli, mdliło mnie i słabłem na widok zupy mlecznej.

Nie byłem żadną konkurencją dla szerokich w barach chłopaków z innych klas, nadrabiałem rzecz jasna żartami, ale już na ulicy nie budziłem respektu, można było mnie zdmuchnąć z powierzchni chodnika. Chudy byłem strasznie, pamiętam jak lekarka szkolna stwierdziła, że mam zanik mięśni nóg! Była wielce zdziwiona, że po badaniu o własnych siłach pobiegłem grać w piłkę. Najgorzej jednak, że dziewczyny w ogóle nie zawieszały na mnie oka. Miałem piętnaście lat, wesołe spojrzenie, okulary, poczucie humoru i skórę i kości na stanie.

Postanowiłem więc swojego wrażliwego ducha obudować mięśniami i wzmocnić Szymka. U jednego z wujków na półce, znalazłem legendarny podręcznik Stanisława Zakrzewskiego „Jak stać się silnym i sprawnym” i zacząłem ćwiczyć.

Do moich treningów dołączył Paweł Szadkowski - kolega z podwórka. Trenowaliśmy ze starymi 3-kilogramowymi odważnikami, znalezionymi w piwnicy, jednak już po dwóch tygodniach machaliśmy nimi jak bobas grzechotkami. Mięśni nie przybywało, powychodziły nam tylko żyły. Przydałaby się nam sztanga, co wtedy w PRL-u było kompletnie nieosiągalne. Taki sprzęt miały tylko kluby. I wtedy z pomocą przeszedł nam mój Dziadek, powiedział, żebyśmy sami zrobili sztangę.

Ze szkoły przyniosłem wielkie puszki po ogórkach. Gryf sztangi pomógł mi zorganizować kolega z harcerstwa, który był magazynierem w 16-tce i dał nam jeden z niepotrzebnych masztów do dużych harcerskich  namiotów tzw. „dziesiątek”. Do roboty został zaangażowany okoliczny murarz Stefan, który trzymał się terminów, ale nie trzeźwości. Najpierw jedna puszka z gryfem została zalana betonem, potem druga.



Premiera sztangi miała miejsce w mieszkaniu, Stefan przyniósł swoje 23-kilowe dzieło pod wieczór, był w podkoszulku i widać było, że tego dnia postawił na tradycyjny doping żytni w postaci wódki. Mimo krzyków Mamy postanowił nam zaprezentować sztangę i swoją sprężystość na środku pokoju. Gdy ją dźwignął i podniósł zaczął się zataczać zahaczając o radio i wazon, rzucało nim strasznie, Mama i Dziadek biegali po pokoju łapiąc sprzęty, a ja ubezpieczałem Stefana i jego akrobacje. Na naszych oczach dźwignął sztangę trzy razy, spocił się, oczy my wyszły na wierzch i zaczął dyszeć. Dopiera wizja zawału przekonała Stefana do zakończenia prezentacji - musiał uwierzyć mamie, w końcu była ze służby zdrowia.

I tak oto miałem pierwszą w życiu sztangę, od tej pory z Pawłem wywijaliśmy nią na tysiąc sposobów wykuwając podwaliny polskiej szkoły kulturystyki. Nasze wymiary poszybowały, moja klatka, gdy zaczynałem trenować miała obwód 88 cm, a już po roku ćwiczeń napompowałem się, wywijając betonową sztangą do 103 cm w klacie…





Jeżdżąc nad morze, już się nie chowałem za tyczkami parawanów.

Teraz moja oldskulowa sztanga ma już 35 lat! Zatoczyła szerokie koło, swoje „szkatuły” i „baniaki” wyciskali na niej moi kuzyni i koledzy.

I choć teraz więcej we mnie  kultury niż „styki” to jednak lubię powywijać czasami oldskulowym żelastwem.

Szymon Majewski


poniedziałek, 15 maja 2017

Ewelina: Niby chwast, ale ma niezwykłe właściwości zdrowotne




 Od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:





Witaj,

Jak Ci minęła majówka? Tak... wiem, że pogoda nas nie rozpieszcza tej „jesiennej wiosny”. Mam nadzieję, że mimo wszystko nie tracisz wigoru i dobrego nastroju. Na szczęście należysz do niewielkiej jeszcze grupy osób którzy odżywiają się i żyją świadomie.

Teraz szczególnie, kiedy pogoda pokazuje swoją kapryśną twarz i temperatura zmienia się jak w kalejdoskopie, (...) nie potrzebujesz teraz ani przeziębienia, ani spadku odporności, ani kłopotów trawiennych.

Ostatnio dużo piszę o ziołach - nie bez powodu - to wspaniałe rośliny, które są często tak pospolite, że mijamy je codziennie wychodząc na zewnątrz.

Często traktowane są niestety jak chwasty - mają bowiem rewelacyjną odporność i mocne geny gwarantujące im przetrwanie w gąszczu naszych wypielęgnowanych trawników i zadbanych łąk.

Jedną z takich popularnych roślinek jest doskonale Ci znany mniszek lekarski, popularnie zwany mleczem. Rośnie dosłownie wszędzie, jest przekleństwem miłośników równo przyciętych trawników i ogródków, w których wszystko „powinno być” nieskazitelne i rosnąć pod linijkę.


Okazuje się, że nie bez powodu to zioło rośnie tak blisko nas. Jest bowiem remedium na ogromną ilość różnych schorzeń i niedomagań. Zbiera się jego ziele, kwiaty oraz korzeń. Wczesną wiosną młode, jasnozielone listki są niemalże pierwszymi roślinami, które wychylają głowy spod ziemi. Wtedy zbiera się je i wykorzystuje do sałatek, soków itp.

Teraz natomiast liście już są dojrzałe i rośliny wypuściły piękne, słonecznie żółte kwiaty, które tworzą kolorowe dywany na miejskich ulicach. I wyobraź sobie, że te właśnie kwiaty są niezastąpionym lekiem na choroby gardła, wzmacniają system immunologiczny (czyli odpornościowy), zawiera ogrom witamin A, C, B, oraz wielu minerałów.

W ich skład wchodzi także inulina, która reguluje poziom cukru we krwi, garbniki, które mają działanie przeciwzapalne, antybakteryjne i przeciwświądowe.

Dzięki temu, poza łagodzeniem kaszlu w przeziębieniach, pomagają także zwalczać infekcje. Triterpeny z kolei, wspomagają regulowanie poziomu cholesterolu we krwi.

Uff... i pomyśleć że to wszystko o „chwastach”!

Mam nadzieję, że przekonałam Cię, że to jest jedna z najwspanialszych roślin, jakie mogą urosnąć w Twoim ogrodzie. A co z tymi żółtymi główkami zrobić, żeby miały takie cudowne działanie? Najlepiej syrop lub miód.

Oba robi się tak samo - syrop po prostu krócej się gotuje, zostawiając roztwór w wersji płynnej, podczas gdy miodek gotuje się aż do momentu, kiedy lekko stężeje w garnku. To dość pracochłonny proces, jednak nie jest trudny, więc spokojnie sam możesz sobie zapewnić kolejne naturalne lekarstwo w domowej apteczce.

Wystarczy nazbierać ok 400 główek w suchy, ciepły dzień, kiedy kwiaty są otwarte. Pamiętaj, żeby kwiaty zbierać z daleka od ruchliwych ulic i dróg, bo te zawierają więcej ołowiu i szkodliwych substancji.

Następnie wysyp je na papier i poczekaj, aż mali mieszkańcy żółtych łebków się z nich ewakuują (nie myśl, że jesteś jedynym chętnym na te rarytasy!),

Po kilku godzinach wrzuć już czyste kwiaty do garnka, zalej wodą i gotuj wywar przez ok. 15 min na wolnym ogniu.

Potem należy go odstawić na ok dobę, odfiltrować wywar i dodać kilogram cukru oraz sok z 2 cytryn, podgrzewając wszystko i nieustannie mieszając aż do zgęstnienia. I to wszystko :)

Zdrowej niedzieli!
Ewelina

niedziela, 14 maja 2017

Szymon Majewski: Moja koleżanka Porażka


Szymon Majewski: Moja koleżanka Porażka

Czyli jak kop w siedzenie może być inspirujący!

Parę dni temu zagrałem mój monolog „One Mąż Show” po raz dziewięćdziesiąty któryś. Niedługo zagram, a raczej opowiem go po raz setny! Gram go już trzy lata i czerpię z tego największą, najwspanialszą radość. Sam sobie go wymyśliłem, napisałem i z takim pomysłem zwróciłem się do Krystyny Jandy. Pamiętam, jak zadzwoniłem do niej trzy lata temu i powiedziałem:

- Pani Krystyno, co pani na to, żebym w pani teatrze opowiadał o mojej żonie?

- Wspaniale, przyjeżdżaj i opowiadaj!

I tak oto nagle w ciągu tygodnia zacząłem próby, w ciągu trzech miesięcy odbyła się premiera i zacząłem występować z małżeńską opowieścią na małej scenie Och-Teatru. I tak oto w wieku 47 lat przydarzyła mi się najwspanialsza przygoda zawodowa! I to w jakim momencie!
 

Wcześniej straciłem program w telewizji, potem w radiu, a następnie spaliło nam się mieszkanie… Wszystko w jednym roku! „Suma wszystkich strachów” – tak nazywam ten czas w moim i naszym rodzinnym życiu.

Ale teraz, gdy z niecierpliwością czekam na kolejny występ i kiedy stoję na scenie Och-Teatru, chcę podziękować tym, bez których by tego nie było. Oczywiście mojej żonie - za miłość i inspiracje, pani Jandzie - za otwarcie drzwi do Och-Teatru i… paradoksalnie TVN i Radiu ESKA.

Tak! Bo choć byłem zły i zdołowany, to dzięki tym paru życiowym strzałom uruchomiłem w sobie moc SuperSzymka i zmusiłem moje szare komórki do pracy. I właśnie wtedy, gdy wyświetlił mi się wielki neon „Co teraz ?”, zacząłem szukać w szufladach mojej głowy pomysłów, inspiracji, czegoś, co we mnie siedziało i drzemało od dawna. A że mój łepek nie znosi próżni, zaczęły kiełkować we mnie pomysły, które tliły się kiedyś w jego najdalszych szufladach.



Jako komik i showman robiłem, rzecz jasna, różne rzeczy, wachlarz, że tak powiem, mam szeroki, ale żeby porwać się z własnym tekstem, o własnym życiu i zrobić z niego monolog? Ba! Zaliczyć debiut teatralny? To by parę lat wcześniej nie przyszło mi do mojej szołmeńskiej głowy.

Potrzebny był widać knock-out, liczenie i odebranie pasa mistrza wielu konfederacji.

W porażce, uwierzcie mi, jest coś totalnie ożywczego, cudowne „nie mam nic” może cię wspaniale otrzeźwić.

Ex-szołman, ex-radiowiec, ex-posiadacz dwupoziomowego mieszkania. Przegrany i pogorzelec w jednym - strzepuje popiół i idzie dalej.

Ale moment, gdy stałem na przeciwko dwudziestu, pięćdziesięciu lub stu osób, dał mi niezwykłą siłę! Uwierzyłem w siebie, zobaczyłem na nowo, jak to jest być autorem i aktorem jednocześnie. To było początkiem „restauracji” Szymona. Może mi się to należało po latach obrastania w piórka i ciuszki szołmeńskie?

I nie był to wcale żaden intratny sukces - pieniądze w teatrze są zupełnie inne. Ale dał mi wiarę i pomógł znaleźć nowego widza albo raczej tego, który lubi mnie naprawdę?

Wkrótce potem wróciłem do Radia Zet, do korzeni. A „One Mąż Show” gram cały czas i kocham to robić, bo nie ma bardziej prywatnego kontaktu z widzami…

Mówi się: „odniosłem sukces”, ale może trzeba zacząć mówić: „odniosłem porażkę”.

Ją ją odniosłem bardzo daleko.

Szymon Majewski


poniedziałek, 8 maja 2017

Ewelina: Młode pędy zapewnią Ci zdrowie na cały rok


 Od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:






Witaj słonecznie,

Mimo że już za nami pierwsze dni wiosny, zimno i gdzieniegdzie mróz trzyma nas w okowach zimy. Raz jest ciepło, raz zimno - znasz tą huśtawkę z pewnością. Niestety, takie wahania temperatury, zmienna wilgotność powietrza i co chwilę padający deszcz lub nawet śnieg na przemian z już coraz bardziej grzejącym słońcem są przyczyną spadku naszej odporności.

Z pomocą przychodzi nam matka natura -  w bożej apteczce zawsze znajdziemy remedium na różne dolegliwości.

Wystarczy wiedzieć, co pomoże Ci w określonych dolegliwościach. Nie zawsze jedynym rozwiązaniem jest tabletka z apteki, dodatkowo napakowana pochodnymi narkotyków, takimi jak pseudoefedryna.

(...) zamiast faszerować się tabletkami z powodu wzdęć, zaparć, problemów trawiennych, wystarczy naturalnie i bezboleśnie oczyścić organizm. Raz a dobrze.

Teraz akurat mamy idealny czas na zbiory pędów sosny. Przy wiosennych i jesiennych przeziębieniach i infekcjach górnych dróg oddechowych, idealny będzie syrop lub miód z młodych, wiosennych pędów sosny.




Jak je zbierać? Najlepiej w rękawicach. Za pomocą sekatora lub ostrego noża odcinamy ok 10-12 centymetrowe pędy - dłuższe będą miały już mniej cennych składników. Ucinamy jasnozielony przyrost z lepką brązową łuską. Możesz też zbierać małe szyszeczki i kwiatostany męskie - one także mają właściwości lecznicze.

Przede wszystkim pamiętaj, aby zbierać pędy z kilku drzew aby nie ograbić jednej sosny. Zbieraj tyle, ile jest Ci potrzebne - ważne jest to, aby przetworzyć surowiec w miarę od razu. Jeśli nie możesz się tym zając od ręki, przechowuj zbiory w pudełku wyłożonym mokrym ręcznikiem papierowym lub ściereczką. Trzymaj je w lodówce, po uprzednim natarciu ich alkoholem.

Ano właśnie - ważne aby pędy natrzeć alkoholem - spirytusem, rumem lub innym i zostawić je w misce na kilka godzin lub całą noc. To ułatwia nam pozyskanie leczniczego soku, zwiększając ekstrakcję. Nie trzeba pozbywać się brązowych łusek - pamiętaj, że zawierają one olejki eteryczne i żywice, które także mają działanie przeciwzapalne.

Do słoików układasz warstwami lub uprzednio zmieszane sosnowe wąsy i cukier trzcinowy lub zwykły. Ważne, aby ostatnia, wierzchnia warstwa składała się ze sporej ilości cukru, przykrywającego całość i na to dolewasz ok 2-3 łyżki alkoholu.



Syrop dojrzewa i tworzy się od ok 2 tygodni nawet do miesiąca. Zaglądaj do niego czasem, być może trzeba dodać więcej cukru lub alkoholu. Cały proces tworzenia syropu widać już po jednym dniu - ilość pędów się zmniejsza a soku zwiększa. Jeśli całość jest za sucha - dolej odrobinę alkoholu. Słoik zakręć ale nie dokręcaj do końca i postaw na słońcu.

Co do proporcji: na dużą szklankę pędów użyj tyle samo cukru i ok 100 ml alkoholu. Po ok 2-4 tygodniach syrop jest gotowy - przelej go do słoika, odsączając pozostałości sosnowe i zażywaj w przypadku nieżytu gardła, przeziębień, infekcji wirusowych. Od wieków nasze babcie znają antybakteryjne i antywirusowe działanie tego syropu. Warto mieć go na spiżarnianej półce - możesz go przechowywać nawet 7 lat.

Nie zapomnij też (...), że regularne oczyszczanie organizmu z toksyn pomaga w zwiększeniu jego odporności - a to na wiosnę szczególnie ważne.

Trzymaj się ciepło! (I oby syrop nie był potrzebny!)

Ewelina


niedziela, 7 maja 2017

Szymon Majewski: Mój syn pije!



Szymon Majewski: Mój syn pije!


Czyli mój pierwszy powrót „na rauszu”.

Tak długo byłem w harcerstwie, że musiałem się w pewnym momencie „odharcerzyć”. Miałem już dziewiętnaście lat i w końcówce liceum zacząłem wirować towarzysko.

Na drodze to pełnego „zbaciarzenia” stała jednak moja Mama! Oj, niewinny ci ja byłem, jak jakiś łabądek. Jak tylko impreza zaczynała toczyć z górki i budziły się demony, Szymek brał nogi za pas albo strategicznie unikał alkoholu.

Mama kochała mnie bezkrytycznie, bezstresowo i nadwrażliwie. Miała gołębie serce, które po rozwodzie jeszcze się nadwątliło, pracowała ciężko w służbie zdrowia - i jak z tym wszystkim miałby synuś pójść imprezowym szlakiem! Nigdy! Wystarczyło, że się nie uczyłem…

Do dziś, a stuknie mi już w czerwcu okrągła pięćdziesiątka mam na swoim koncie dwa upicia się: jedno w okolicach dwudziestki, drugie pięć lat później! I to tyle! Więcej grzechów nie pamiętam…

Nie dawało rady. Nawet dzieci moich nie opiłem z teściem jak należało, a namawiał bardzo.

Prawdą jest, że alkoholu nie lubię. Niech nikt mi nie mówi, że wódka jest pyszna (znam takich), wina to dla mnie jakieś „kwasigruchy”, po piwie chce się spać. Cenię sobie odlot wewnętrzny wynikający z mojej energii i chęci zabawy. Cóż, a może po prostu siedzi we mnie wciąż ten skaut?

I tak zresztą w związku z tym, że śmigam w szołbiznesie ciągle jeszcze jestem podejrzewany o bycie zakładnikiem różnych substancji.

I ta moja Mama!!!

Kochani, jak ja miałem się upijać, gdy w domu czekała na mnie wylękniona mama i reagowała nadwrażliwie, jak się spóźniałem nawet o trzy minuty. A jak raz przyszedłem do domu „zawiany”, „na cyku”, „na rauszu” i po zajrzeniu do kieliszka, to do dziś pamiętam Mamy reakcję!

Zresztą co to było za napicie się?! Jakieś dwa lub trzy kieliszki paździerzowego wina z Rafałem i Tulczykiem! Ot co.

Pamiętam ten dzień, stanąłem w przedpokoju, musiałem mieć coś w oczach, albo raczej mój oddech, przedarł się z przedpokoju do kuchni i zaniepokoił Mamę. Moje ciało próbowało przyjść mi na ratunek i pilnowało chwiejnie swoich granic. Mama wysunęła głowę z kuchni, spojrzała na mnie, po czym cofnęła się, usiadła na krzesełku chowając twarz w ręce i powiedziała:

- Mój syn pije.

Koniec! To był wyrok! Wolałbym, żeby w moją stronę poleciała ścierka, wałek albo weki ze śliwkami.

- Mój syn pije.

To brzmiało jak diagnoza choroby alkoholowej w ostatnim „mysim” już stadium.

To była cała moja Mama, kochająco-katastrofizująca. Pamiętam, że potem starałem się z reguły nie narażać jej na „załamania kuchenne” i wybiegać te mikre procenty, zanim wróciłem do domu…


Jak tu imprezować, żeby mamy nie stresować?

poniedziałek, 1 maja 2017

Ewelina: Eliksir zdrowia i młodości w czystej postaci dostępny od ręki

Od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:

Witaj,

Jak się miewasz? Mam nadzieję, że święta się udały i mimo ciągłej walki zimy z wiosną nie tracisz dobrego nastroju. Swoją drogą pogoda ostatnimi czasy dosłownie mnie rozbraja. Rano leży śnieg, żeby w ciągu dnia temperatura skoczyła do 11 stopni.

Nie dość, że działa to destrukcyjnie na organizm, to jeszcze jest po prostu męczące. Jak się ubrać, żeby się nie przeziębić, ale też nie zmarznąć? Powiem Ci szczerze, że większość moich znajomych chodzi przeziębionych.

Dlatego teraz tym bardziej potrzebujesz oczyszczenia i wzmocnienia - właściwie od zaraz, kiedy nie dość, że pogoda jest kapryśna jak kobieta ciężarna, to jeszcze jesteś po ogromnej tłustej uczcie świątecznej.

To wszystko zalega w Twoim organizmie, produkując gnijące złogi i emitując zabójcze toksyny. Organizm jest coraz bardziej osłabiony, bo walczy z wewnętrznym śmietnikiem, więc jak ma być zdrowy? (...)

Ale dzisiaj miało być o eliksirze zdrowia. Czy w ogóle istnieje coś takiego? I to jeszcze dostępne od ręki? Dokładnie tak! Jeśli jeszcze go nie odkryłeś, to czas najwyższy.

Nie dość, że ma niesamowite działanie zdrowotne, to jeszcze jest dostępny od ręki - i to nie w aptece - i nie kosztuje miliony. Co to takiego?

Sok z brzozy.
Pewnie się dziwisz. Sok z brzozy? Ale jak to? Smak trochę rozczarowuje - ot zwykła, lekko słodzona woda. A co tak naprawdę się za nią kryje?





 Zacznijmy od tego, że jest prawdziwą bombą witaminową. Jedna szklanka tego soku zaspokaja twoje dzienne zapotrzebowanie na witaminę C, witaminy z grupy B, aminokwasy, sole mineralne, miedź, żelazo, wapń, fosfor, magnez i potas.

Zawiera naprawdę gigantyczne ilości przeciwutleniaczy, więc wspomaga leczenie chorób niedokrwiennych serca i zapobiega zakrzepicy. A poza tym - jest eliksirem młodości dzięki temu, że zwalcza działanie wolnych rodników.

A i to nie wszystko. Ogólnie dostępny sok z brzozy pochodzi z pnia (oskoła), ale jeśli cierpisz na choroby reumatyczne lub RZS - poszukaj soku lub maści z liści brzozy. Wcierana z w bolesne miejsca pomaga skutecznie łagodzić ból.

Świeży brzozowy sok ma działanie moczopędne i oczyszczające, (...) pomaga wydalać złogi z organizmu. Dodatkowo jeśli masz skłonności do kamieni nerkowych - picie soku z brzozy pomoże w ich zapobieganiu.

W medycynie ludowej sok z brzozy znany jest również z działania przeciwnowotworowego. Poleca się picie go głównie nałogowym palaczom, ale również wszystkim osobom cierpiącym na chorobę nowotworową. Zbawiennie działa w tym przypadku duża zawartość witaminy C.

Na co warto uważać kupując ten eliksir zdrowia i młodości? Jest on dostępny niemal w każdym sklepie, jednak zawsze sprawdzaj jego skład. Zdarza się, że producenci dodają do soku chemiczne konserwanty i…cukier. Niepotrzebnie.

Sok z brzozy jest naturalnie słodki, ponieważ właśnie z brzozy pozyskuje się… ksylitol, który pewnie dobrze znasz. Zatem kupują sok z brzozy czytaj etykiety i wybieraj ten jak najbardziej naturalny i najmniej zakonserwowany.

Dobrej niedzieli,
Ewelina