niedziela, 14 maja 2017

Szymon Majewski: Moja koleżanka Porażka


Szymon Majewski: Moja koleżanka Porażka

Czyli jak kop w siedzenie może być inspirujący!

Parę dni temu zagrałem mój monolog „One Mąż Show” po raz dziewięćdziesiąty któryś. Niedługo zagram, a raczej opowiem go po raz setny! Gram go już trzy lata i czerpię z tego największą, najwspanialszą radość. Sam sobie go wymyśliłem, napisałem i z takim pomysłem zwróciłem się do Krystyny Jandy. Pamiętam, jak zadzwoniłem do niej trzy lata temu i powiedziałem:

- Pani Krystyno, co pani na to, żebym w pani teatrze opowiadał o mojej żonie?

- Wspaniale, przyjeżdżaj i opowiadaj!

I tak oto nagle w ciągu tygodnia zacząłem próby, w ciągu trzech miesięcy odbyła się premiera i zacząłem występować z małżeńską opowieścią na małej scenie Och-Teatru. I tak oto w wieku 47 lat przydarzyła mi się najwspanialsza przygoda zawodowa! I to w jakim momencie!
 

Wcześniej straciłem program w telewizji, potem w radiu, a następnie spaliło nam się mieszkanie… Wszystko w jednym roku! „Suma wszystkich strachów” – tak nazywam ten czas w moim i naszym rodzinnym życiu.

Ale teraz, gdy z niecierpliwością czekam na kolejny występ i kiedy stoję na scenie Och-Teatru, chcę podziękować tym, bez których by tego nie było. Oczywiście mojej żonie - za miłość i inspiracje, pani Jandzie - za otwarcie drzwi do Och-Teatru i… paradoksalnie TVN i Radiu ESKA.

Tak! Bo choć byłem zły i zdołowany, to dzięki tym paru życiowym strzałom uruchomiłem w sobie moc SuperSzymka i zmusiłem moje szare komórki do pracy. I właśnie wtedy, gdy wyświetlił mi się wielki neon „Co teraz ?”, zacząłem szukać w szufladach mojej głowy pomysłów, inspiracji, czegoś, co we mnie siedziało i drzemało od dawna. A że mój łepek nie znosi próżni, zaczęły kiełkować we mnie pomysły, które tliły się kiedyś w jego najdalszych szufladach.



Jako komik i showman robiłem, rzecz jasna, różne rzeczy, wachlarz, że tak powiem, mam szeroki, ale żeby porwać się z własnym tekstem, o własnym życiu i zrobić z niego monolog? Ba! Zaliczyć debiut teatralny? To by parę lat wcześniej nie przyszło mi do mojej szołmeńskiej głowy.

Potrzebny był widać knock-out, liczenie i odebranie pasa mistrza wielu konfederacji.

W porażce, uwierzcie mi, jest coś totalnie ożywczego, cudowne „nie mam nic” może cię wspaniale otrzeźwić.

Ex-szołman, ex-radiowiec, ex-posiadacz dwupoziomowego mieszkania. Przegrany i pogorzelec w jednym - strzepuje popiół i idzie dalej.

Ale moment, gdy stałem na przeciwko dwudziestu, pięćdziesięciu lub stu osób, dał mi niezwykłą siłę! Uwierzyłem w siebie, zobaczyłem na nowo, jak to jest być autorem i aktorem jednocześnie. To było początkiem „restauracji” Szymona. Może mi się to należało po latach obrastania w piórka i ciuszki szołmeńskie?

I nie był to wcale żaden intratny sukces - pieniądze w teatrze są zupełnie inne. Ale dał mi wiarę i pomógł znaleźć nowego widza albo raczej tego, który lubi mnie naprawdę?

Wkrótce potem wróciłem do Radia Zet, do korzeni. A „One Mąż Show” gram cały czas i kocham to robić, bo nie ma bardziej prywatnego kontaktu z widzami…

Mówi się: „odniosłem sukces”, ale może trzeba zacząć mówić: „odniosłem porażkę”.

Ją ją odniosłem bardzo daleko.

Szymon Majewski


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz