niedziela, 29 października 2017

Szymon Majewski: „Róża w lodzie”, czyli Sztuka Podrywu wujka Szymona. Lekcja 1


Moja żona do dziś to wspomina. Może to właśnie przesądziło o sukcesie Operacji Magda? Kto wie? Oczywiście, ona mi tego nie powie - musi mieć przecież jakieś swoje tajemnice.

Zakochanie czyniło ze mnie MacGyvera miłości. Znacie ten stan, kiedy unosisz się na obłoczku miłości i masz wrażenie, że wszyscy są zakochani tak jak ty - milicjant, motorniczy, a nawet warszawska Syrenka. Wszyscy to widzą i zdają się mówić: „Oj, chłopie, wiemy, jakie cudo spotkałeś, podzielamy twój zachwyt, fruń dalej”.

Masz wrażanie, że w tych dniach żaden autobus się nie spóźnia, nie dostajesz mandatów, a dwójki w szkole smakują jak piątki.

Byłem tak wniebowzięty, że mogłem nie jeść, nie pić i nie spać.


Byłem zakochany po uszy, a nawet wyżej. Kiedy spotkałem Magdę, wszystko poszło na bok. Jako pierwsza – szkoła. Madzia była moją historią, matematyką i literaturą, szczególnie romantyczną.

Między randkami snułem plany, jak tu jeszcze bardziej zadziwić i zachwycić ukochaną. Mieliśmy po osiemnaści lat, był PRL, w sklepach nie było gotowych prezentów dla zakochanych, nie było też funduszy. Trzeba było sobie radzić jak Słodowy albo wspomniany MacGyver.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, zima trzymała w najlepsze i to właśnie zainspirowało mnie do realizacji akcji pod tytułem „Róża w lodzie”. Bo jak tu nie kochać najmocniej zimą, kiedy miłość smakuje jak pocałunki na klatkach schodowych na Bielanach.

Jadąc autobusem linii 157 (trasa z Gwiaździstej na Szczęśliwice, jak mogło być inaczej: ukochana z Gwiaździstej, to zakochany ze Szczęśliwic), wpadłem na pomysł podarowania Madzi róży… w lodowej bryle, jakby znalezionej na Antarktydzie.


Do realizacji przystąpiłem parę dni przed świętami. Kupiłem piękne róże i skróciłem tak, żeby zmieściły się do miski (wtedy to był chyba garnek).

Następnie, nalałem wodę do połowy i na powierzchni położyłem róże. Garnek wstawiłem na noc do zamrażarki, a rano miałem róże już do połowy zatopione w lodzie. Teraz nalałem wody po brzegi i znowu na noc wstawiłem garnek do zamrażarki.



Następnego dnia rano, konkretnie 24 grudnia, miałem piękne róże w lodzie - jeszcze tylko musiałem pod ciepłą wodą potrzymać garnek, żeby blok lodowy wypadł.

Tak przygotowany prezent znowu schowałem do garnka i po rodzinnej Wigilii pojechałem autobusem do Madzi…

Wręczając jej prezent pod choinkę, powiedziałem: „Zobacz, jakie cudo znalazłem w lesie…”.

Mówię Wam (a raczej piszę): efekt murowany! Trwa do dziś…


 

Szymon Majewski

środa, 25 października 2017

Warsztaty maseczek na Kawczej


Minęło już pół roku, gdy Wanda Bernat prowadziła w Biurze Elżbiety Hałas na Kawczej warsztaty nakładania maseczek z produktów Firmy Dr. Nona.
Czas więc na powtórkę.

Tym razem najbardziej popularna była maseczka "Czekoladowe szaleństwo" na bazie Chocoseenu i Kremu Dynamicznego.


Na początek trochę teorii.


A później już sama przyjemność:







Dziękujemy. Do zobaczenia na kolejnych warsztatach!

poniedziałek, 23 października 2017

Ewelina: Żółty proszek o zbawiennym działaniu




Ewelina Drela z Mapy Zdrowia o cynamonie (zdrowym!)




Witaj,

Jak się miewasz w (...) jesienną niedzielę? Mam nadzieję, że nieco odpoczywasz i masz w planach jakiś zdrowotny spacer? (...)

Nie wiem, jak Tobie, ale mi jesień kojarzy się z dojrzałymi, pachnącymi, czerwonymi jabłkami. Wczoraj do kuchni przywiódł mnie zapach smażonych jabłek... z cynamonem. Jak dla mnie jeden z najpiękniejszych zapachów na świecie.

Wiele osób uważa, że cynamon to zwyczajna przyprawa, po prostu żółty, pachnący proszek, który poprawia smak pieczonych jabłek, świetnie komponuje się w szarlotce, no, może jeszcze w grzanym winie.

Okazuje się, że cynamon nie tylko pięknie pachnie, ale również ma pozytywny wpływ na Twoje zdrowie.

Naukowcy, którzy badali przyprawy pod kątem ich leczniczego działania, dostarczyli nam ciekawej wiedzy, dotyczącej m.in. cynamonu. Już w starożytności cynamon rekomendowano jako antidotum na silne trucizny, środek moczopędny, wiatropędny i korzystnie wpływający na układ krążenia. Ale to nie wszystko.

Cynamon jest bogatym źródłem błonnika (...), żelaza, wapnia i manganu. Jest również naturalnym antyoksydantem, więc opóźnia procesy starzenia się komórek w organizmie. Co za tym idzie, jeśli będziesz dodawać cynamon do swoich potraw, wzmocnisz ochronę organizmu przed nowotworami i chorobami serca.

Picie gorącej wody z cynamonem ma działanie bakteriobójcze, przeciwgrzybicze i antyalergiczne,
A kiedy czujesz, że przemarzłeś w jesiennej słocie i „coś Cię bierze” - cynamon zadziała rozgrzewająco, zapobiegnie katarowi i drapaniu w gardle.

Serwis „New Scientist” informuje, że zaledwie pół łyżeczki cynamonu dziennie znacznie zmniejsza ilość cukru we krwi u cukrzyków. Ochotnikom z cukrzycą typu II podawano  codziennie po posiłkach 1, 3 lub 6 g cynamonu w proszku. W ciągu kilku tygodni stężenie cukru we krwi badanych osób było średnio o 20 % niższe niż w grupie kontrolnej. Odpowiadać za to ma zawarty w cynamonie rozpuszczalny w wodzie związek polifenolu (MHCP), który naśladuje działanie insuliny i uaktywnia jej receptory.

I pomyśleć, że szarlotka, przez wiele osób uważana za tuczące ciastko, może być tak zdrowa?

Dobrej niedzieli,
Ewelina


niedziela, 22 października 2017

Szymon Majewski: Służba zdrowia jak pończochy mojej mamy


Służba zdrowia. Problem tkwi w słowie „służba”. Jak służba, to znaczy, że ma nie być opłacana. Harcerze też służą i za tę służbę nie biorą pieniędzy. Służę, bo mam powołanie. To lekarze, pielęgniarki i technicy też powinni tych pieniędzy nie brać?

Tylko że lekarze służą nam. Chciałbym, żeby robili to jak najlepiej i chciałbym też, żeby polska służba zdrowia nie wyglądała jak… pończochy mojej mamy w PRL-u.

Oczywiście, dowodów na to, że służba zdrowia bywa „be”, jest sporo.

Sam na brzuchu mam nierówne cięcie po rozbabranym, z winy lekarza, wyrostku. Do dziś ludzie mnie pytają, czy nie dostałem nożem pod budką z piwem. Parę razy i mnie, i Wam zdarzyło się usłyszeć złą diagnozę. I właśnie w imię tego lęku, którego wtedy doświadczyłem, uważam, że lekarze powinni być dobrze wynagradzani, dobrze wyedukowani. Lekarze i cały szpitalny personel.

W moim życiu na poważnej ścieżce chorobowej i na moim „hipochondrycznym szlaku” spotkałem przeróżnych lekarzy. I tych, co mieli podejście, i tych bez podejścia, a nawet z odejściem od pacjenta. Pamiętam tylko tych świetnych, z misją i pasją w oku.

I dla nich warto wspierać służbę zdrowia, ponad partyjnymi sympatiami.

Moje wspomnienie losu służby zdrowia to powroty mojej mamy z 24-godzinnych dyżurów, bo były lepiej płatne i nie było kim ich obsadzić. Pamiętam, jak dyżury przedłużały się do 48 godzin, bo koleżanka zachorowała.



Mama pracowała w „krwiodawstwie”, konkretnie przy krzyżówkach, musiała być skupiona, bo często krew potrzebna była na cito, nie można było się pomylić, bo stawką było życie ludzkie.

Służyła w tym zawodzie 35 lat i nigdy nie narzekała. Jej marzeniem było zostać lekarzem, ale zdając na studia dwa razy, jako córka AK-owca nie dostała tak zwanych punktów za pochodzenie. Kiedy się urodziłem, marzenia o studiach prysły. Mimo to kochała swój zawód.

Za PRL-u służba zdrowia była niezauważalna, przezroczysta, miała działać i już.

A nie… Pamiętam, że był jeden dzień, kiedy służba zdrowia stawała się zauważalna - 8 marca, w Dzień Kobiet. Mama przynosiła do domu mało szlachetną paczkę, z której śmialiśmy się potem całymi dniami. Tekturowe pudło zawierało: pastę do podłogi BUWI, pumeks, majtki w jednym rozmiarze dla wszystkich pań (!) i pończochy!

Jako że socjalistyczna władza bardzo ufała obywatelom, trzeba było jeszcze podpisać listę, że się wzięło te „gifty” tylko raz…

Każda z tych z rzeczy służyła dzielnie, szczególnie pończochy jako towar w PRL-u deficytowy.

W przypływie dobrego humoru mama, rozwieszając pranie, a w tym znoszone, podziurawione pończochy przygotowane do repasacji, mówiła:

- Wywieszam flagę służby zdrowia! Oto mój herb!

Te pończochy rzeczywiście były symbolem służby zdrowia. Dobrze trzymały się na wierzchu, a im wyżej, tym miały więcej dziur nowych i tych starych, nie zawsze elegancko zaszytych.

Kto dziś, kurcze, oddaje pończochy do repasacji!?


Mama miała zresztą (dla mnie wtedy zabawną) zdrowotną obsesję pończochową, jak przystało na pracownicę resortu zdrowia - bała się, że jak zemdleje na ulicy i przyjedzie po nią karetka, to podczas reanimacji odkryją zrujnowane pończochy.

Mówiła: „Kiedy padnę na ulicy, przyjedzie erka, a w niej moi koledzy. Dobrze, że chociaż będę nieprzytomna, to nie zobaczę, co powiedzą, jak zobaczą moje pończochy”.

Najciekawsze jest, że gdy wybuchła wolność, te same pończochy ciągle wisiały na sznurku. Każdy rząd próbował reanimować służbę zdrowia i pończochy mojej mamy.

Żadne próby repasacji służby zdrowia nie dawały rezultatów. Moja starzejąca się mama przynosiła kolejne nowinki ze szpitala, które można by włożyć do jednego pudełka pod hasłem: „Teraz będzie dobrze”. Nie było.

Sztuczne oddychanie służbie zdrowia robili wszyscy, każda partia polityczna, i każda mdlała przy pierwszym masażu serca.

Pończochy wisiały i nadal wiszą.

Pamiętam, jak w okolicach 1997 roku mama zadzwoniła do mnie z radosną nowiną: „Synku, dostałam podwyżkę, 12 złotych, zapraszam cię na kawę”.

Poszliśmy. Podwyższono mamie z 810 na 822 złote.

Symbolem tych czasów był mały zeszycik mojej mamy z zapisanymi wydatkami na mleko, pieczywo i inne domowe sprawy.

Wiem, że takie zeszyciki były w wielu domach. I wiele zawodów też zasługuje na dobre wynagrodzenie.

Ten jednak jest szczególny. A może to czyste wyrachowanie, że wolałbym, by kiedy padnę podczas pisania felietonu dla Aletei, pochylił się nade mną dobrze opłacany, wypoczęty lekarz? A krew mi pobrała pani technik… w ładnych pończochach…

Wspieram lekarzy, wspieram pielęgniarki i techników.

Na zdrowie!

Szymon Majewski

poniedziałek, 16 października 2017

Ewelina: Nie daj sobie wcisnąć, że potrzebujesz tabletki



Ewelina Drela z Mapy Zdrowia radzi,
jak radzić sobie z przeziębieniami




Witaj,

Po treściach reklam w telewizji, radio i internecie widać, że powoli zaczyna się jesień. Co prawda, pogoda wcale na to nie wskazuje, ale z każdej strony jesteś namawiany do tego, żeby zabezpieczyć się na wypadek przeziębienia, grypy i choroby.

Najbardziej reklamują się najmniej zdrowe środki, te zawierające m.in. pseudoefedrynę (czyli pochodną amfetaminy) i inne ciekawe substancje. Im tabletka lub proszek bardziej napakowane chemią, tym szybciej mają zwalczać różne załamania odporności.

Bo przecież plucha, deszcz i zimno. Zmarzniesz na przystanku, to najlepiej weź od razu tabletkę. Tak na wszelki wypadek.

Czy wiesz, że jeśli oczyścisz organizm naturalnie, wzmocnisz go i dzięki temu, wzrośnie Twoja odporność? (...) I to beż żadnej chemii i bez tabletek.

A jeśli nawet zdarzy Ci się złapać jakiś drobny katar, mam dla Ciebie naturalne, domowe antidotum. Założę się, że masz ten „lek” w swojej kuchni, być może nawet dzisiaj go spożywałeś?

Sprawdź, na pewno masz. Powiem Ci szczerze, że to niepozorne zioło jest o wiele zdrowsze i skuteczniejsze niż wszystkie dostępne tabletki na katar i przeziębienie. Dam Ci nawet domową recepturę, abyś mógł wyleczyć naturalnie przeziębienie u dziecka.

To niepozorne, a tak cenne zioło to... majeranek. Zwykły majeranek, który zazwyczaj jesz razem z mięsem lub do placków ziemniaczanych.

Lecznicze działanie majeranku dobrze znane było już w starożytnym Egipcie, my jednak trochę o nim zapomnieliśmy, bo zastąpiliśmy go „cudownymi” tabletkami.

Egipcjanie stosowali majeranek nie tylko na przeziębienie, ale również jako antidotum na ukąszenia węży, skorpionów i innych dzikich zwierząt.

Na przeziębienie dobrze jest rozgrzać organizm pijąc napar z majeranku. Nie tylko rozgrzewa organizm, ale działa przeciwzapalnie i łagodzi kaszel. Jak go przygotować? To bardzo proste:

Odmierz 2 łyżeczki majeranku, zalej wrzącą wodą i odstaw do zaparzenia. Po odcedzeniu nadaje się do wypicia. Aby lekarstwo było skuteczne, należy go pić trzy razy dziennie. Jeśli chcesz zrobić inhalacje, nie czekaj, aż ostygnie. Wdychaj gorący napar. Możesz też do szklanki gorącego mleka dodać szczyptę majeranku, trochę miodu i wypić. Świetnie łagodzi ból gardła.

Jeśli Twój maluszek złapie katar, zamiast faszerować go tabletkami, przygotuj naturalną maść.

Trzeba utrzeć masło z majerankiem w proporcji (1:1) i pozostawić do następnego dnia. Następnie stopić na maleńkim ogniu i odcisnąć przez płótno. Do uzyskanej w ten sposób zielonkawej maści możesz dodać kroplę olejku majerankowego, sosnowego lub jałowcowego. Gdy już wszystko masz gotowe, pozwól, by masa zastygła. Maścią smarujemy zakatarzony nos z zewnątrz i od środka.

Jeśli cierpisz na bóle stawów i reumatyzm, również zaprzyjaźnij się z majerankiem. Przygotuj 1/3 szklanki majeranku i szklankę oliwy. Połącz i wymieszaj. Smaruj nią bolesne miejsca. Działa rozgrzewająco i łagodząco.

I pamiętaj! Nie musisz od razu łapać tabletek. Kiedyś leki nie były aż tak dostępne, a nasze babcie i prababcie znakomicie sobie radziły.

Dobrego dnia!
Ewelina

niedziela, 15 października 2017

Szymon Majewski: Kurtka pokoleń, czyli kultowy kawałek jeansu


Pisać o kurtce na pełnym duchowości i skupienia portalu? A dlaczego nie, jeżeli ten frywolny kawałek dżinsu łączy pokolenia i ma... 57 lat! 

Parę dni temu wróciliśmy z moim synem Antkiem z koncertu The Rolling Stones - genialnych, energetycznych dziadków, którzy, choć przypominają zmięte kartki papieru, ruszają się na scenie, jakby ciągle grali pierwszy koncert.

Jestem ich fanem od lat, ich fanem jest mój ojciec Tadeusz, słucha ich mój syn. A wszystkich nas, oprócz kapeli, łączy kurtka, którą mój tata kupił w 1960 roku. Za 1 dolara.

13 kwietnia 1967 r. był w niej na legendarnym koncercie w Sali Kongresowej. Gdy mój tata szalał na parkiecie, ja już ustawiałem się główką, by wyjść na świat. Urodziłem się dwa miesiące później. Kurta dżinsowa już wtedy miała 7 lat - teraz uważana by była za starą, a w tamtych czasach to była nówka, wszak to „Lee” za dolara. Coś takiego piechotą nie chodzi, tylko szaleje w Kongresowej.



Gdy moi rodzice się rozstali, kurtka została u nas, na Ochocie. Na początku nie była dla mnie niczym ciekawym, ale gdy zacząłem modulować głosem i z rakiety tenisowej robić gitarę, zauważyłem w szafie oldskulowy łach po ojcu. Zacząłem ją nosić, mając szesnaście lat - już wtedy miłością darzyłem The Rolling Stones. A gdy dowiedziałem się od ojca, że machał nią na koncercie w ’67, chciałem ją oprawić w ramki i tak nosić na plecach. Ojciec powiedział: „Ty wiesz, że jak zaczęli grać «Satisfaction», rzuciłem kurtką w górę i wróciła do mnie dopiero po godzinie. Ktoś mi ją odrzucił”.

Boże, marzyłem, żeby to był Jagger. Ojciec do dziś wspomina, jak przed koncertem doszło do zamieszek: „Pamiętam, jak milicjant dostaje w twarz kępą trawy wyrwaną z klombiku przed Pałacem Kultury”.

I jak miałem nie nosić takiej kurtki?! Niestety, wtedy były już lata 80., ciuch zaczął podupadać, sypały się rękawy, robiły dziury. Z pomocą przyszedł mi Dziadek, który wstawiał łaty i całe elementy z innych, nowszych kurtek. Tak oto moja kurtka stała się patchworkową kurtką, łączącą wczesny PRL, późny PRL i czasy Wolności. Dżinsowy Frankenstein.

W liceum mój kolega, Rafał Sławoń, napisał mi na plecach KULT, na cześć kapeli Kazika. Potem ten napis zakrył kolejny ekran dżinsowy, który sam sobie naszyłem, bo Dziadziuś już nie żył.

W 1990 roku pojechałem na mój pierwszy koncert Stonesów do Pragi. Pierwszy koncert Stonesów w nowej rzeczywistości. Byłem też w niej na koncercie Jaggera i spółki w Berlinie dwa lata później.



Mijały lata i oto miałem przyjemność oglądać Rolling Stonesów na Służewcu w 2007 roku.

Już rodzinnie, była ze mną wtedy moja 14-letnia córka Zosia. Trzymałem ją na barana, mając na plechach oprócz Zosi kurtkę mojego taty…

Kurtka przetrwała kolejne perypetie: pożar, przeprowadzki, zmiany stylu swojego pana, miłość do innych zespołów. Kurtka wisiała, Stonesi wciąż grali, a my z synem Antosiem marzyliśmy, żeby zobaczyć ich znowu. Tymczasem oni grali rzadziej i krążyli gdzieś daleko, aż w końcu stało się. Na wieść o tym, że będą grać w Amsterdamie, rzuciliśmy się i kupiliśmy prawie ostatnie bilety.

I tak oto 1 października, ja 50-letni Szymon, stałem w 57-letniej kurtce mojego 78-letniego ojca Tadeusza, z moim 22-letnim Antosiem. A najważniejsze, że skakaliśmy razem do „Let’s spend the night together” i „Satisfaction”!

Tak, przyznam się, piliśmy razem piwo.

Kółko się zamknęło? Skądże… Mam nadzieję, że za 20 lat będę tam z moimi dziećmi i wnukami…

Bo tego, że Stonesi będą jeszcze grać, jestem pewien.



Szymon Majewski

piątek, 13 października 2017

Wszechnica Żywieniowa SGGW - semestr zimowy


Zafascynowany jestem jakością wykładów Wszechnicy Żywieniowej SGGW.

Obecnie Wszechnica ogłosiła terminy i tematy spotkań w okresie październik 2017 - luty 2018. Terminarz publikuję poniżej.


Najbliższy wykład/prelekcja odbędzie się w środę 18 października. Szczegóły na poniższym plakacie. Uwaga - jest możliwość uczestniczenia w internecie on-line.


Jest też możliwość zapoznania się na stronie Wszechnicy z archiwalnymi prelekcjami.

poniedziałek, 9 października 2017

Ewelina: Dzięki TEMU szybko zapomnisz o jesiennej chandrze




Ewelina Drela z Mapy Zdrowia o jesieni:




Witaj,

Czy do Ciebie też już zagląda jesienna słota i chłód? Wczoraj, kiedy się obudziłam rano, za oknem było ledwie 2 stopnie. Trudno w to uwierzyć, skoro dwa dni wcześniej było 19. Mi trudno uwierzyć, a co ma powiedzieć organizm?

Pewnie jakoś się przyzwyczai, jak zawsze. Staram się mu w tym pomóc (...) Dzięki temu mam pewność, że oczyszczony organizm nie spłata mi figla i nie wpuści choroby już przy pierwszym chłodzie i deszczu.

Ale jesień to nie tylko początek kłopotów z odpornością. Od jakiegoś czasu w okolicy końcówki lata mówi się o tzw. jesiennej chandrze lub jesiennej depresji. Długo  zastanawiałam się, czy coś takiego naprawdę istnieje, czy jest to tylko kolejna dolegliwość wymyślona, aby zwiększyć zyski koncernów farmaceutycznych.

W końcu łatwiej sprzedać „naturalne” tabletki na jesienną depresję, kiedy przekona się ludzi, że naprawdę cierpią na takie schorzenie.

Okazuje się, że faktycznie, jesienna chandra została uznana jako jednostka chorobowa i faktycznie nazywa  się SAD, czyli Sezonal Affective Disorder, czyli sezonowe zaburzenia  nastroju. Główne objawy tej  choroby to senność, ospałość, apatia, zwiększony apetyt,  głównie na słodycze, brak energii i smutek.

Daliśmy sobie wmówić, że jesień jest szara, pozbawiona słońca, brudna i ciemna. A przecież wcale nie musi tak być. To prawda, jest mniej słońca, robi się coraz chłodniej, dzień się skraca już dość konkretnie. To pewnie może być powodem kiepskiego samopoczucia, ale bez przesady. Wcale nie musi.

Pomyśl, z czym kojarzy Ci się jesień z młodości? Mi najbardziej ze zbieraniem kasztanów i żołędzi, z których potem robiłam ludziki. Uwielbiałam szurać nogami  po drogach pełnych kolorowych liści, szukać między nimi dojrzałych orzechów. Te ładne, kolorowe liście zbierałam  i robiłam z nich bukiety. Nigdy nie dało się znosić do domu tyle skarbów, co jesienią.

Jesień zawsze była chłodna, często też deszczowa, ale przecież to też wcale nie musi być przykre. Trzeba się po prostu ciepło ubrać, założyć kalosze i można znów skakać w środek kałuży, jak dawniej.

Czemu Ci to wszystko opowiadam? Wcale nie dlatego, że jestem infantylna. Chcę Ci pokazać, że jesień, którą przez setki  reklam leków na chandrę, przeziębienie, grypę i syropów na kaszel, kojarzymy wyłącznie z nocą polarną, chłodem i mgłą, może być przyjemna. Trzeba tylko te przyjemności umieć zobaczyć i cieszyć się nimi. Tak po prostu.

Co z tego, że jesteś dorosłym mężczyzną? Co z tego, że nie wypada Ci zbierać kasztanów czy szurać nogami w liściach? A właściwie, pytanie powinno brzmieć, dlaczego tak uważasz, że Ci nie wypada?

Wczoraj byłam na spacerze w parku. W pewnym momencie zobaczyłam starsze małżeństwo, które
trzymając się za ręce... szurali nogami w liściach. Poważnie! I to był piękny widok.

Zamiast więc pozwalać sobie wmówić, że jest jesień, już teraz będzie szaro, buro i ponuro, zacznij dostrzegać pozytywne aspekty.

Korzystaj ze słońca jak najwięcej. Jeśli nie możesz wyjść na spacer w ciągu dnia w tygodniu, spróbuj chociaż łapać słońce w weekend. Zamiast widzieć to, że drzewa będą za chwilę puste i „gołe”, zobacz piękną feerię barw jesiennych liści.

Nie zakopuj się pod kołdrą. Wyjdź do ludzi. To bardzo pomocne i terapeutyczne. Badania pokazały, że człowiek, aby żyć,  potrzebuje przynajmniej 4 uścisków dziennie. Aby być zdrowym -  przynajmniej ośmiu. Więc przytulaj i ściskaj swoich najbliższych. Będzie cieplej na sercu i przyjemniej.

Zamiast narzekać na zimne, długie wieczory, przynajmniej raz w tygodniu (choć dla mnie raz to trochę mało), zaplanuj sobie wieczór relaksu. Po prostu odpocznij.

„Strać czas”, żeby potem zyskać o wiele więcej.  Przygotuj sobie wygodny fotel, ciepły koc i dobrą herbatę. Znajdź ciekawą książkę  i zamiast narzekać na zimne, długie wieczory, albo karmić się telewizyjną papką, po prostu przeczytaj dobrą książkę. Nie tylko odpoczniesz, ale też nakarmisz umysł czymś ciekawym, dobrym,pożytecznym.

Najważniejsze to nie dać się chandrze i jesieni. Ilekroć przyjdzie Ci do głowy jakieś narzekanie czy niezadowolenie, spróbuj w tym momencie znaleźć powód do radości.

Radosnej niedzieli,
Ewelina

niedziela, 8 października 2017

Szymon Majewski: Dobry pan! Czyli czego uczy mnie mój… pies


Lusia, nasza suczka, oczko w głowie całej rodzinki ma już... 17 lat, a może nawet 18!?

Jak była mała to uczyłem ją posłuszeństwa różnymi ludzkimi sposobami. Zdała ten egzamin, powiedzmy na 2+.

A teraz Lusia uczy mnie. Stara Lusia uczy i tresuje swojego starszego już pana.

Bo oto na przykład zmusza mnie do pracy.

Lusia każe mi pracować. Gdy się siedzę przy biurku Lusia kładzie mi się na stopie i wtedy najmniej przez godzinę nie mogę oderwać się od pracy. Za niektóre teksty do For Her jestem więc wdzięczny mojemu psu. To Lusia grzejąc mi stopę kazała mi rozwijać talent felietonisty i kto wie, czy nie zostanę dzięki niej pisarzem. Powstanie kiedyś jakieś moje dzieło i na pytanie dziennikarza, jak powstało, odpowiem:

– Mój talent pisarski zaczął się w momencie, gdy mój pies usiadł mi na nogę i już nie wstał. Żeby go nie budzić napisałem „Moje gorące stopy”.

Lusia na starość lubi spokój. Oj tak. Kocha go wręcz. Lubi spokój, więc mnie czasem nielubi, bo jestem niespokojny. Zawsze taki byłem, tylko pies mi się zestarzał i nie mogę go niepokoić.

Więc jak tylko zaczynam latać po mieszkaniu, gdy widzę wzrok Lusi i że przeze mnie się obudziła, od razu hamuję i szaleję trzy razy wolniej.



Dzięki niej staję się oazą spokoju, pół mnichem, teraz wchodząc do pomieszczenia gdzie jest pies najpierw borę głęboki oddech…

To dobre dla mnie. Pies uczy mnie spokoju, dzięki temu łatwiej też mają ze mną inni domownicy.

Kolejna rzecz  już nie jest dobra dla mnie, bo mój pies nie lubi gdy… kicham. A ja uwielbiam  kichać znienacka i głośno, jak dzikus leśny nieokrzesany. Lusia wtedy nagle podskakuje, myśli, że idzie burza albo, że strzelają.  Mam więc teraz wszędzie w domu tłumiki, czyli poduszki, moje zadanie to wytrzymać na chwilę z kichnięciem, podbiec, chwycić i przydusić nos.

Lusia nie lubi  też walizek. Czas „walizek” nadchodzi, gdy gdzieś jedziemy. Lusia zaczyna wtedy dyszeć i chodzić za nami. Wyczuwa naszą nerwowość. Musieliśmy więc zacząć pakować się wolniej, spokojnej albo w innych pomieszczeniach. Moja córka Zosia jest w tym mistrzynią i potrafi chować przed Lusią spakowaną torbę w piwnicy. Zanosi ją tam na palcach w nocy, kiedy Lu (jak mówimy na nią w skrócie) śpi.

Lusia nie podziela moich pasji muzycznych, przez nią muszę słuchać jazzu i Sinatry, no może Sade i Bryan Ferry też jeszcze ujdzie. Jednak nie Led Zeppelinów, których uwielbiam, przy „Whole how Lotta love” pies szuka miejsc, lata, dyszy i chce uciekać, dostaje też ślinotoku. Nie podoba je się hard rock. I jestem w kropce, bo na 50-tkę dostałem  adapter i zacząłem odbudowywać kolekcję Zeppelinów i Black Sabbath. A tymczasem hard rock jest po to, żeby słuchać go głośno, a jak tu podkręcić gałkę skoro obok kolumny śpi Lusia, czyli Lu, czyli Lunaszek.

Podkręcam delikatnie więc dopóki pies nie podniesie głowy.

Tak oto pies nauczył pana aportować sobie ciszę i spokój.

A najgorsze jest to, że zaczynam go lubić…

Ten spokój.

Bo Lusię to uwielbiam.


Szymon Majewski

poniedziałek, 2 października 2017

Ewelina: Schowaj ją pod kocem i dobra nasza!...kasza




Od Eweliny Dreli z Mapy Zdrowia:




Witaj,

Jesień zagościła już na dobre. Przyszła wraz z przepięknym superksiężycem. Oglądałeś zaćmienie? Ja wybrałam się na nocny spacer i powiem Ci szczerze, że czułam się jak w bajce. Księżyc w pełni wydawał się być na wciągnięcie ręki. 

Przypomniała mi się jedna z ulubionych książek z dzieciństwa, „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Tak piękny i ogromny chyba też mogłabym sobie ukraść. Pamiętasz, co zrobili Jacek i Placek, kiedy już złowili księżyc? Schowali.

I tak mi się dziwnie skojarzyło... tylko się nie śmiej. Moja mama, kiedy gotowała kaszę, chowała ją potem pod kocem. Nigdy tego nie rozumiałam. Zawsze myślałam, że to ma sprawić, że kasza nie ostygnie.

A na poważnie, jeśli wiesz, czemu ugotowaną kaszę zawijało się w koc, powiesz mi?

Przez to dziwne skojarzenie chciałam Ci dzisiaj opowiedzieć o naprawdę smacznym i zdrowym deserze, który jest idealny na jesienne popołudnia.

A właściwie... nie, to nie chodzi tylko o deser. Tak naprawdę chciałam Ci opowiedzieć o tym, co bardzo zdrowe, tanie, ale jakoś takie... zapomniane.

O mojej ulubionej kaszy jaglanej. A przepis na pyszny deser - przy okazji.

Powiem Ci szczerze, że nie przepadam za kaszą gryczaną. Wiem, że jest zdrowa i warto ją jeść, ale jakoś tak... no nie bardzo. Zdecydowanie wolę kaszę jaglaną. Kiedy się gotuje, już nie mogę się doczekać, czasami zdarza się, że zjadam ją ot tak, „na sucho”.

Kasza jaglana robiona jest z prosa, to jedna z najstarszych i najzdrowszych kasz, a dodatkowo jest bardzo uniwersalna - możesz ją jeść jako dodatek do mięs, sałatek, a także deserów.

Wiesz, czemu kasza jaglana jest taka zdrowa? Ma stosunkowo mało skrobi, jest bezglutenowa, za to jest w niej mnóstwo łatwo przyswajalnego białka. Zawiera całe bogactwo witamin z grupy B, żelazo i miedź.


To wszystko oznacza dla Ciebie, że jest lekkostrawna i nie uczula. Dodatkowo witaminy z grupy B poprawiają koncentrację i pamięć, a także dbają o Twoje jelito grube. (...)

Kasza jaglana zawiera również sporo tryptofanu. Brzmi groźnie, ale jest bardzo pożyteczna. Stymuluje układ odpornościowy i wpływa na poprawę nastroju.

Jeśli masz problem z włosami i paznokciami, również powinieneś jeść kaszę jaglaną. Zawarty w niej krzem wzmacnia naturalnie włosy, kondycję skóry i paznokci.

Ale to nie wszystko. Kasza jaglana bardzo rozgrzewa, jest więc idealna na jesienną słotę i chłód. Jest szczególnie zalecana przy przeziębieniach i chorobach górnych dróg oddechowych. Co więcej, usuwa nadmiar śluzu z organizmu, dlatego warto ją jeść podczas kataru czy przy zapaleniu zatok. A ze względu na właściwości antygrzybiczne uznawana jest za naturalny antybiotyk.

A jak ugotować kaszę jaglaną, żeby była najsmaczniejsza i nie miała w sobie tej charakterystycznej goryczki?

• Odmierz taką ilość kaszy, którą chcesz zjeść i wsyp ją na sitko. Włóż pod strumień zimnej wody i wypłucz dokładnie. Dzięki temu kasza pozbędzie się goryczy.
• Zagotuj wodę w proporcji 2:1 (czyli dwie szklanki
wody na jedną szklankę kaszy). Do wrzącej wody wrzuć opłukaną kaszę, dodaj odrobinę soli oraz jedną łyżkę oliwy.
• Gotuj kaszę do momentu, aż cała woda wsiąknie w kaszę (trwa to ok. 15 minut).
• Ja preferuję kaszę sypką. Jeśli wolisz taką kleistą, gotuj ją odrobinę dłużej.
• Zdejmij garnek z palnika, przykryj go i odstaw jeszcze na 10 minut. Teraz już możesz delektować się zdrową i pyszną kaszą.

Chcesz poznać mój przepis na pyszny, jesienny deser? 

Proszę bardzo:

Potrzebujesz:
1.    Ugotowaną kaszę jaglaną.
2.    Rodzynki
3.    Dwie łyżki miodu
4.    Banan
5.    Suszone owoce, jakie lubisz
6.    Orzechy, jakie lubisz

Przepis jest bajecznie prosty. Do ugotowanej kaszy jaglanej dodaj wymoczone i poprószone mąką rodzynki, pokrojonego banana, pokrojone suszone owoce i posiekane orzechy. Wszystko to wymieszaj z miodem. Smacznego!

Dobrej niedzieli!
Ewelina

PS. Nie zapomnij przygotować swojego organizmu na zimę i deszczową jesień. Oczyść organizm, wzmocnij odporność i odzyskaj energię. (...) A jesienna depresja... jaka depresja?


niedziela, 1 października 2017

Szymon Majewski: Dwie Panie M., czyli Mama kontra Żona. A pośrodku ja


Tu musiało dojść do kolizji. Bo oto nagle zderzyły się dwa światy. Dwie różnie komety spotkały się na mojej satelicie.

O ile do tej pory na mojej Drodze Mlecznej krążyła z troską moja Mama Maria, było cicho jak w Kosmosie, o tyle - gdy nagle w naszą atmosferę wleciało cudowne ciało niebieskie, czyli moja przyszła Żona Magda - wybuch był blisko.

Moja Mama nie żyje od dziesięciu lat, ale często z moją Żoną wspominamy ten czas i te słodkie mamino-żonine potyczki.

Dwie panie łączyło jedno. Obie były zakochane we mnie po uszy. Jedna biorąca mnie z całym inwentarzem - moja Mama. I druga, nie biorąca mnie z inwentarzem, bo go nie miałem (no, może rower), krytyczna i próbująca mnie trochę ulepić - Żona Magda.

A w czym Żona będzie lepić? W mężu, który według Mamy jest rzeźbą doskonałą, skończoną! Wszak to rzeźba, na której widnieje jej podpis. Moja kochana Mama nawet mój bałagan uważała za cechę wielkiego artysty i zapowiedź geniuszu! Moja Żona odwrotnie - jako zapowiedź przyszłych kłopotów i potykania się o rzeczy.



Synek, według mojej Mamy, miał się nie przemęczać, bo jak go tu męczyć, skoro on chorowity?

A według mojej Żony, synek to Pan Mąż, który, jak trzeba, to się męczy dla niej i dla dzieci.

Stąd od czasu do czasu, gdy panie się spotkały, dochodziło do genialnych dialogów.

Mama Maria:

- Szymon, czy ty się wysypiasz? Wyglądasz na zmęczonego. Wiesz, że nie możesz się męczyć.

(Tu nastąpiła bezcenna mina mojej Żony.)

Magda odpowiadała:

- Oj, nic mu nie będzie. Duży jest. Wyśpi się w niedzielę.

(Tu mina Mamy.)

I odzywałem się ja:

- Jest OK. Śpię dużo. Tylko dziś coś źle spałem.

Błąd! To uruchamiało inny czuły punkt Pani M., czyli Mamy: zdrowie synka! Dialog więc toczył się dalej.

Pani Mama:

- Źle spałeś, może za dużo jesz na noc? Co ty w ogóle jesz?

(Mina Żony.)

Magda:

- Szymon zjadł golonkę. Sam chciał. Prosił, to kupiłam.

(Mina Mamy.)

I ja:

– Tak, nie powinienem…, ale miałem ochotę.

Wtedy Mama rzucała pocisk w powietrze:

– Szymon, powinien uważać. Szymon ma delikatną wątrobę.

Adresat pocisku był jeden. Moja Żona. To do jej kuchni wpadał granat, więc jak przystało na wojenkę, Żona znowu odpowiadała miną.

Podczas naszych spotkań min było tyle, że tworzyło się całe pole minowe, które ja musiałem rozbrajać.



Innym razem, siedząc na kanapach, moja Żona musiała wysłuchiwać kolejnej tyrady:

- Wiesz, Szymek jest ogólnie wątły, słaby i szybko się męczy. Najważniejszy jest wypoczynek, nie może się przepracowywać.

A tymczasem wokoło biegała dwójka małych dzieci, burczało wstawione pranie, a ja - wychowując je z Żoną i pracując - męczyłem się!

Moja Żona grała w Realu, Mama w Nierealu.

Real Żony to były dzieci, dom, remont.

Niereal Mamy: dziecko Szymek męczy się domem i remontem.

O ile moja Mama u nas w domu była w trudniejszym położeniu, bo wiadomo, że grała nie na swoim terenie, o tyle u siebie, w małym mieszkanku na Ochocie, odzyskiwała rezon.

Tu dochodziło do wojny Kotleta Smażonego ze Szpinakiem Blanszowanym z dodatkiem Sera Halumi.

Pierwszy strzał padał przy jedzeniu.

- Jedz , bo nic nie jesz. Odbuduj siły, wzmocnij się, jedzenie matki może mało finezyjne, ale zupa to zupa, a kotlet to kotlet.

„Finezyjne” było szpilką wbita w upodobania kulinarne mojej Żony.

Podając ciasto, Mama jakby chciała osłodzić gorycz tego, co padało za chwilę:

- Pamiętaj, że twój pokój zawsze tu jest, tu jest twój dom.

Ja wtedy, widząc minę Żony, śpieszyłem z ustami pełnymi kotleta:

- Uhm… Jest tu… i tam, ale bardziej jednak już tam niż tu… Eh…

Ale gdzie jest przecież dom synka? Tam, gdzie jego samochód. Na potwierdzenie moja Mama nagle wnosiła blaszaną straż pożarną:

- A to ulubiony samochodzik Szymka, straż pożarna, która nie spada ze stołu.

A przy stole siedział jej syn, ojciec dwójki dzieci, który właśnie przyjechał ulubionym samochodzikiem, 12-letnią Fiestą z dwoma fotelikami dla dzieci.



Pojedynek rozgrywał się też w sferze werbalnej, każda z Pań M. inaczej wymawiała moje imię. Moja Żona - twardo, po partnersku, namaszczając mnie na rycerza: Szymon, Szyyymon.

Moja Mama, która tego rycerza wychowała, wolała:

- Szymeek… Szymuś, synuś, synku.

Pamiętam, że wracając od mamy, wsiadałem do naszej Fiestki jako Szymuś i miałem dwadzieścia minut, by wysiąść jako Szymon.

Czasem się udawało.

Pozdrawiam wszystkich Grzegorzów, Marków, Stefanów, którzy dla Mam zawsze będą Grzesiami, Mareczkami i Stefankami.

Jakoś trzeba, Panowie, się w tym odnaleźć.


Szymon Majewski